Panie na Białym Domu

Panie na Białym Domu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Postępowanie współmałżonka nieraz wymagało od Hillary Clinton salomonowych wyborów: między miłością do męża a miłością własną, między potępieniem opinii publicznej a głosem serca
Hillary Clinton w ciągu ostatnich ośmiu lat dała wszystkim żonom lekcję poglądową i to nie tylko na temat, kim powinna być żona prezydenta, ale jaka w ogóle powinna być żona. Czuła, wierna, sprawiedliwa, wyrozumiała i oddana? Jak powinna się zachowywać kobieta, której ambicje sięgają dalej niż cień współmałżonka? Nawet tego, który akurat jest prezydentem. Pani Clinton dawała sobie radę z problemami, które nadszarpnęłyby niejednym, nawet całkiem szczęśliwym małżeństwem. Była kobietą publicznie kochaną i publicznie zdradzaną. Szanowaną i na oczach wszystkich poniżaną. Trzeba przyznać, że postępowanie współmałżonka nieraz wymagało od niej salomonowych wyborów: między miłością do męża a miłością własną, między potępieniem opinii publicznej a głosem serca. Aktualnie pani Clinton przygotowuje się do opuszczenia Białego Domu i kontynuowania własnej kariery politycznej w Nowym Jorku. Właśnie obchodziła srebrne wesele.
"Spędziłam ze swoim mężem ponad połowę życia. Mamy z sobą tyle wspólnego i w naszej rodzinie jest tyle miłości, że mam zamiar spędzić z Billem resztę życia". Prezydentowa rozwiała pogłoski o rychłym rozstaniu Clintonów. O zawieszeniu broni między małżonkami niech świadczy także fakt, że i prezydent jest zadowolony i bez zastrzeżeń akceptuje polityczne plany swej żony, mówiąc przy każdej okazji, że konsekwentnie pracowała na nie od chwili ukończenia z wyróżnieniem wydziału prawa.
Czy rzeczywiście Clinton, jak spekuluje wielu, po zakończeniu kadencji stanie się mężem swojej żony? Tylko. No cóż, nawet jeśli były prezydent zaszyje się w domowym zaciszu, to i tak nie będzie siedział bezczynnie. Ma zamiar napisać biografię. Za jedyne 6 mln USD. Za takie pieniądze można być mężem swojej żony i chyba nikomu - ani żonie, ani mężowi - nie będzie to przeszkadzało. "Zostałam żoną Billa, ponieważ to jedyny mężczyzna, który się mnie nie boi" - pani Hillary ostatecznie zamknęła usta wszelkim malkontentom, nie wierzącym w udany związek silnej kobiety z mężczyzną bez lęku. Czy tak będzie mogła kiedyś powiedzieć o swoim mężu kolejna prezydentowa na Białym Domu? Z pewnością nie będzie łatwo zastąpić Hillary Clinton i pozycji, na jaką wyniosła nie tylko bycie prezydentową, ale i kobietą. Kto nią zostanie - czy Laura Bush? Jakie ma szanse? Na razie, gdzie tylko się da, dzieli się z opinią publiczną swoimi pomysłami na bycie first lady: "Żona prezydenta jest jedną z najbardziej widocznych kobiet na świecie. Jest symbolem kraju, jego tradycji i wartości. Tak pojmuję swoją rolę". Misją ewentualnej pani prezydentowej będzie, jak zapowiada Laura Bush, specjalny program edukacyjny: Ready to Read. Pracując przez wiele lat jako nauczycielka i bibliotekarka, pani Bush wie, jak poważnym problem społecznym jest analfabetyzm. Dlatego od lat bierze udział w akcjach nakłaniających rodziców i ich dzieci do czytania. "Kto umie czytać i czyta, do tego należy świat" - to jedno z charytatywno-wyborczych haseł Laury Bush. Jeśli jej mąż wygra, będzie robiła to, czym zajmowała się przez całe dorosłe życie. Z pozycji prezydentowej będzie jej łatwiej.
Co proponuje kolejna kandydatka na first lady, Tipper Gore? Kiedy jej mąż, Al Gore, został kongresmenem, musiała podjąć trudną decyzję - zająć się prowadzeniem domu czy też kontynuować karierę fotografa prasowego. Jak wybrała, wiadomo. Stanęła przy mężu. Czy tego żałuje, nie wiadomo.W każdym razie nigdy rozczarowania nie okazywała. Wiadomo natomiast, że przez ostatnich dwadzieścia lat pani Gore każdą wolną chwilę poświęcała chorym psychicznie, bezdomnym, znajdującym się na marginesie społecznym kobietom i ich dzieciom. Przychodziło jej to tym łatwiej, gdyż po chorobie syna, czego nie ukrywa, sama przeszła okres głębokiej depresji. Pomogli jej inni. W kontekście zainteresowań kandydatek na first lady pożyteczne wydają się badania przeprowadzone na zamówienie amerykańskiej wersji "Marie Claire", a dotyczące zbliżających się tam wyborów. Jedno z pytań postawionych respondentkom brzmiało: "Który z problemów społecznych Ameryki interesuje cię najbardziej?". Pierwsze miejsce u respondentek zajęła edukacja, aborcja, opieka zdrowotna, dostęp do broni, ochrona środowiska i bezpieczeństwo. Z tej wyliczanki wynika, że obie kandydatki na first lady mają spore szanse na "wstrzelenie się" ze swoją charytatywną aktywnością w oczekiwania amerykańskich wyborców. Teraz decydujący krok należy już tylko do ich mężów, kandydujących na prezydenta. Z sondaży wynika, że u kobiet, które zagłosują,większe szanse ma Al Gore. Bo przystojniejszy, bo młodszy i - co udowodnił - namiętny. Uchodzi także w oczach żeńskiej części opinii publicznej za wiernego męża i czułego ojca. Ale to nie wszystko. Gore postrzegany jest przez elektorat kobiecy jako adwokat ich praw i interesów. Obiecuje kobietom prawo do aborcji, zapewnia o zniwelowaniu nierówności w wynagrodzeniach. Nie krytykuje feminizmu, nie boi się silnych kobiet i - jak jego poprzednik - jest mężczyzną bez lęku. Czy to wystarczy jednak, żeby zostać panią na Białym Domu? Byłabym zapomniała. Laura Bush jest szatynką, a Tipper Gore platynową blondynką.

 
Więcej możesz przeczytać w 43/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0