Samotność Abu-Amara

Samotność Abu-Amara

Arabscy sąsiedzi Izraela nie chcą umierać za Jerozolimę na wezwanie Jasera Arafata
Służby wywiadowcze Izraela i USA są zgodne co do tego, że lider Autonomii Palestyńskiej Jaser Arafat jest zdecydowany kontynuować intifadę aż do chwili proklamowania suwerennego państwa, co może nastąpić już 15 listopada tego roku albo 1 stycznia przyszłego roku. "Arafat z różnych powodów postanowił opłacić utworzenie Palestyny 'krwią i etosem'"- stwierdza w tajnym raporcie George Tenet, szef CIA. A przecież jeszcze miesiąc temu Amerykanie odrzucali (lub udawali, że odrzucają) podobne oceny przedstawiane przez Izrael.
Prawdopodobnie jednym z głównych powodów, które pchnęły ekipę Arafata do wznowienia walki z Izraelem, była obawa przed zbliżającą się eksplozją niezadowolenia społecznego w Strefie Gazy i na Zachodnim Brzegu. Żyjąca w nędzy ludność palestyńska w każdej chwili mogła się zbuntować przeciw władzom Autonomii, które wobec tego postanowiły skierować wybuch przeciw Izraelowi.


Trzeba zabić ten pokój, dobry tylko dla ludzi z dużym brzuchem, a nie dający nic zwykłemu arabskiemu człowiekowi - tłumaczył ostatnio reporterom palestyński chłopiec koło Betlejem, trzymając w jednej ręce odłamek skalny, a w drugiej koktajl Mołotowa. Nie mający nic do stracenia młodzi Palestyńczycy widzą, jak rośnie w oczach bogactwo oficjeli Autonomii i ich okazałe rezydencje na skraju slumsów. Nic dziwnego, że bojąc się - lub nie chcąc jeszcze otwarcie występować przeciw własnym władzom - z tym większą desperacją atakują Izraelczyków.
W atakach tych od początku główną rolę odgrywają bojówki Tanzim (po arabsku: organizacja), które dawniej całkowicie podlegały Arafatowi, ale ostatnio coraz bardziej się usamodzielniają. Uzbrojone w broń maszynową oddziały składają się z dawnych aktywistów intifady, rozgoryczonych tym, że wszystkie intratne stanowiska przechwycone zostały przez ludzi, którzy po utworzeniu Autonomii przybyli wraz z Arafatem z Tunisu.
W czasie ataku izraelskich helikopterów na Gazę w odwecie za lincz w Ramallah nieznani sprawcy skorzystali z okazji, żeby podpalić kilka restauracji z wyszynkiem alkoholu. Początkowo sądzono, że było to dziełem islamistów, ale okazało się, iż za zamachem stali członkowie Tanzimu. Chcieli przeszkodzić ludziom Arafata, określanym w Autonomii mianem "OWP-Tunis", w czerpaniu zysków ze sprzedaży alkoholu, bo to do nich należały spalone bary i restauracje.
"Bój o Al-Aksa to narodowo-wyzwoleńcza wojna Palestyńczyków" - deklarują od paru dni członkowie władz Autonomii. Ważnym, jeśli nie najważniejszym, elementem tej taktyki są także próby wciągnięcia krajów arabskich do kampanii zbrojnej przeciw Izraelowi. Na razie - jak świadczą wyniki zakończonego w niedzielę szczytu arabskiego - Palestyńczycy nie mają co liczyć na panarabską krucjatę przeciw "wspólnemu wrogowi".
"Niech Jaser Arafat pozbędzie się złudzeń, że będzie prowadził wojnę z Izraelem do ostatniego żołnierza... egipskiego" - mówił parokrotnie prezydent Egiptu Hosni Mubarak. W Izraelu wyniki szczytu arabskiego w Kairze uznane zostały początkowo za dowód "rozsądku i umiarkowania" - jak określił to rzecznik rządu. Wkrótce jednak premier Ehud Barak skrytykował "pogróżki i język siły", przebijające - jego zdaniem - z komunikatu ogłoszonego po kairskim spotkaniu.
Szczyt arabski wyraźnie poparł dążenia Arafata do umiędzynarodowienia konfliktu, a temu Izrael sprzeciwia się stanowczo. Palestyńczykom chodzi głównie o to, żeby w Autonomii zostały rozmieszczone siły ONZ, pod których ochroną mogliby jednostronnie proklamować państwo ze stolicą we wschodniej Jerozolimie. O wysłaniu błękitnych hełmów - ze względów humanitarnych - może zadecydować tylko Rada Bezpieczeństwa ONZ. Tam jednak ambasador USA ostrzegł już nieoficjalnie: "Zawetujemy taki pomysł, choćby go nawet okraszono etykietką 'make love not war'".
Szczyt kairski ponownie wykazał, że pomimo deklaracji, nie ma w państwach arabskich wspólnoty interesów. Nie wydaje się raczej, aby kraje Zatoki Perskiej chciały narazić swój dobrobyt, na przykład stosując "broń naftową", aby wymusić na Amerykanach zgodę na wysłanie oddziałów ONZ. Nie mówiąc już o czynnym angażowaniu się w wojnę z Izraelem.
Jedność świata arabskiego należy już do przeszłości, a do jej osłabienia przyczynił się sam Arafat. Przywódcy arabscy doskonale pamiętają, że Abu-Amar (to bojowy pseudonim Arafata) próbował już kiedyś przechwycić władzę w Jordanii, za co we wrześniu 1970 r. wydalono go do Libanu. Król jordański Husajn rozkazał wtedy swoim najbardziej oddanym oddziałom beduińskim zaatakować palestyńskie obozy dla uchodźców. Tysiące Palestyńczyków, w tym kobiety i dzieci, padło ofiarą masakry. Wydarzenia te określono potem mianem "czarnego września" - tak też nazwało się tajne skrzydło Fatah, które dokonywało ataków terrorystycznych na Izraelczyków (m.in. zamach na sportowców izraelskich w 1972 r. na olimpiadzie w Monachium).
Szejkowie naftowi nie ukrywają obaw, że fermenty społeczne - "wzbogacone" fanatyzmem islamskim - z łatwością mogą się przenieść z Autonomii na ich teren, choćby za pośrednictwem tysięcy pracujących w Zatoce Perskiej Palestyńczyków. Podobne obawy ma też prezydent Egiptu Hosni Mubarak, który zdaje sobie sprawę z proislamskich nastrojów na przykład na Uniwersytecie Kairskim.
Arafat wrócił z Egiptu do Gazy w bojowym nastroju. "Palestyńczycy będą kontynuować marsz ku Jerozolimie, a Barak niech idzie do diabła" - oświadczył. Ta bezprecedensowa w ostatnich latach retoryka nie jest przypadkowa; Arafat zawsze bardzo dokładnie przygotowuje swoje wypowiedzi. Wygląda więc na to, że intifada będzie trwała dalej ze zmiennym natężeniem. - Za każdym dzieckiem z kamieniem stoi palestyński snajper - mówią oficerowie izraelscy. Komentatorzy dodają: Arafat chce wymusić w ten sposób wysłanie oddziałów ONZ do Autonomii. Podobnie jak już wiele razy w przeszłości, nie umie na czas powiedzieć "stop", żeby uniknąć tragedii. 


Okładka tygodnika WPROST: 44/2000
Więcej możesz przeczytać w 44/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0