Paraliż trzeciej władzy

Paraliż trzeciej władzy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kiedy przed laty pewnego francuskiego sędziego (przebywającego w Polsce na międzynarodowej konferencji) zaprowadzono około czternastej do naszego sądu, pomyślał, że trwa właśnie przerwa pomiędzy sesją przedpołudniową a popołudniową
Nie wiedział, że o tej porze pałace sprawiedliwości są u nas po prostu zamykane. Tymczasem we Francji sądy pracują do osiemnastej, a w Holandii i Wielkiej Brytanii nawet dłużej. - Dzisiaj za bieg spraw w sądach odpowiedzialni są prezesi i przewodniczący wydziałów, a minister nie może im niczego nakazać. Oceniam, że funkcjonowanie sądów w 95 proc. zależy od sędziów, a zaledwie w 5 proc. od naszego resortu - mówi Janusz Niedziela, wiceminister sprawiedliwości. Jeśli minister sprawiedliwości nie ma wpływu na sądy, być może powinien pozostać tylko prokuratorem generalnym. Za sprawy sądów - ze wszystkimi tego konsekwencjami - niech odpowiadają sędziowie i ich samorząd. Inaczej bowiem utrzymywana jest prawna i decyzyjna fikcja. A jest to jedna z ważniejszych przyczyn choroby trzeciej władzy w Polsce.
W III RP od sądów zależy coraz więcej, szczególnie w gospodarce, dlatego przewlekłe procedury mogą oznaczać bankructwo wielu firm. Wprawdzie obciążenie sądów wzrosło w ostatnich latach o 220 proc., lecz zwiększyło się też zatrudnienie i poprawiło się uposażenie sędziów. W naszym wymiarze sprawiedliwości pracuje już 8 tys. sędziów, czyli dwa razy więcej niż na przykład we Francji. Choroby trzeciej władzy w Polsce nie można więc tłumaczyć ani niskimi płacami, ani brakami kadrowymi, ani zbyt małą liczbą sal.
Jedynym miastem w Polsce, gdzie sądy pracują na dwie zmiany, jest Kraków. - W sądach rejonowych naszego okręgu wokandy popołudniowe wprowadziliśmy na zasadzie pełnej dobrowolności już w połowie 1996 r. Najczęściej z tej możliwości korzystają wydziały cywilne, ale w zależności od potrzeb robią to również wydziały karne i rodzinne. Każda rozprawa jest zgłaszana do oddziału gospodarczego, dzięki czemu można dobrze zagospodarować ograniczoną liczbę sal sądowych - mówi sędzia Tadeusz Wołek, prezes Sądu Okręgowego w Krakowie. Z prowadzonej przez krakowskie sądy statystyki wynika, że od połowy 1996 r. do stycznia tego roku odbyło się 1348 wokand popołudniowych, na których wydano prawie pięć tysięcy orzeczeń. W Krakowie sprawy nie ulegają przedawnieniu. Dlaczego podobny system pracy nie został wprowadzony w innych polskich sądach? Dlaczego zdarzają się tak kuriozalne sytuacje, że prezesi sądów zwracają nie wykorzystane, choćby na remonty, pieniądze do budżetu państwa?
Trzecia władza w Polsce potrzebuje nie tylko dobrego prawa, ale i "menedżerów sprawiedliwości", czyli ludzi, którzy potrafią zarządzać sądami. Pierwszym krokiem w tym kierunku może być - co przewiduje projekt ustawy o ustroju sądów powszechnych - utworzenie urzędu dyrektora sądu apelacyjnego. Ma on samodzielnie dysponować budżetem. Absolutną koniecznością jest także "urynkowienie" zawodu sędziego, czyli ustanowienie motywacyjnego systemu wynagradzania. We wspomnianym projekcie przewidziano wprowadzenie na każdym stanowisku sędziowskim dwóch stawek. Zadbano ponadto o zwiększenie "dyscypliny pracy". Mówi o tym zapis: "Sędzia nie może, powołując się na zasadę niezawisłości sędziowskiej, uchylić się od wykonania poleceń w zakresie czynności administracyjnych, jeżeli z mocy przepisów ustawowych należą one do obowiązków sędziowskich, a także poleceń dotyczących sprawności postępowania".
- W obliczu tego, z czym mamy do czynienia, samorząd sędziowski powinien być bardzo drastycznie ograniczony lub nawet zlikwidowany. Sędziów należy przywołać do porządku, ale boję się, że rządowi zabraknie determinacji, by to zrobić. Każda próba dokonania zmian określana jest jako zamach na niezawisłość sędziowską, a wówczas opinia publiczna - uznająca tę niezawisłość za podstawę europejskiej kultury prawnej - jest zdezorientowana - mówi Jan Maria Rokita, przewodniczący sejmowej Komisji Administracji i Spraw Wewnętrznych. - Od pewnego czasu krąży mit, że silniejszy nadzór ministra sprawiedliwości usprawni pracę sądów. Jak rozumiem, w obawie o własną skórę sędziowie mieliby wówczas zacząć pracować wydajniej. Myślę, że nie tędy droga. Trzeba lepiej wykorzystywać istniejące możliwości. W ministerstwie, sądach apelacyjnych i okręgowych działają przecież piony wizytacyjne, niech więc wreszcie zaczną prawidłowo pełnić swoją funkcję. To nic nie kosztuje - polemizuje Włodzimierz Olszewski, szef Krajowej Rady Sądownictwa.
Nie rozstrzygając, czy rację ma Rokita, czy Olszewski, nie ulega wątpliwości, że operatywność polskiego wymiaru sprawiedliwości jest niska. Wydając werdykt w sprawie Janusza Podbielskiego przeciwko Polsce, Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu przypomniał, że każda sprawa powinna być rozpoznana w tzw. rozsądnym terminie. W tym wypadku siedem lat okazało się zdecydowanie zbyt długim okresem. Jedną z recept na usprawnienie działania sądów miało być wprowadzenie uproszczonych i przyspieszonych procedur cywilnych. Wzorem Niemiec, pozew miał być zastąpiony łatwym do wypełnienia formularzem. Taka procedura znacznie przyśpieszyłaby postępowanie. Niestety, prace nad projektem utknęły w Sejmie. Nie udało się również powołać do życia sądów grodzkich, które miały zacząć działać od stycznia 2000 r. Przeprowadzenie zmian proceduralnych jest koniecznością, bowiem rocznie każdy polski sędzia rozpatruje średnio 920 spraw. To bardzo dużo, jednak liczba sędziów w naszym kraju - 8 tys. - odpowiada europejskim i światowym standardom, a czasem nawet je przewyższa. W Polsce 17 sędziów przypada na 100 tys. mieszkańców, podczas gdy na przykład w USA i Szwecji - czterech, a w Anglii - dwóch. Mamy tylko o 40 proc. mniej sędziów niż Stany Zjednoczone, podczas gdy mieszka tam ponadsześciokrotnie więcej ludzi niż w Polsce. W krajach anglosaskich, gdzie sądownictwo jest najlepiej zorganizowane, sędzia ma jednak do dyspozycji sprawny aparat urzędniczy - kancelistów, asystentów, archiwistów i pracowników administracyjnych. Dysponuje też dobrą procedurą. Trzecia władza nie radzi sobie dobrze w krajach, w których wyborcy mają nikły lub żaden wpływ na sądownictwo. Dzieje się tak w wielu państwach europejskich. Tymczasem w Stanach Zjednoczonych część sędziów jest wybierana (jest z tym różnie w różnych stanach) i wyborca może złego lub niekompetentnego sędziego rozliczyć.
Niewydolność wymiaru sprawiedliwości stała się chorobą współczesnych demokracji, które sądowej kontroli poddają prawie wszystkie dziedziny życia. Należy przypomnieć, że ostatnio Europejski Trybunał Praw Człowieka orzekł, iż cały włoski system sądowniczy nie spełnia europejskich standardów. To precedensowe orzeczenie, gdyż wydawane dotychczas werdykty dotyczyły wyłącznie konkretnych spraw. Równocześnie jednak trzeba zauważyć, że na to, by trybunał w Strasburgu zajął się na przykład skargą na przewlekłość postępowania sądowego, należy z reguły poczekać około trzech lat. Trybunał jest więc dotknięty tą samą chorobą.
"Rola sędziów w demokratycznym społeczeństwie jest tak ważna, iż nie są oni wolni od krytyki, więc sposób, w jaki sprawują swoją funkcję, musi być kontrolowany" - napisali sędziowie trybunału w orzeczeniu z 27 lutego 1997 r. w sprawie De Hayes i Gijsels przeciwko Belgii. Publiczna debata nad sądami i sędziami, a także uzasadniona i merytoryczna ich krytyka, kierująca się rzymską zasadą Salus rei publicae suprema lex esto (Dobro państwa powinno być najwyższym prawem), jest więc niezbędna. - Polscy sędziowie ignorują interes publiczny. Wiele nieprawidłowości w tym środowisku ma przyzwolenie autorytetów sędziowskich, nawet Włodzimierza Olszewskiego, przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa. Rada nie jest już instytucją samorządową, ale przekształciła się w związek zawodowy broniący korporacyjnego interesu - formułuje ostre zarzuty Jan Maria Rokita. Istotnie, można odnieść wrażenie, że samorząd sędziowski ma w Polsce większe uprawnienia niż minister sprawiedliwości, choć ten ponosi konstytucyjną odpowiedzialność za sądy.
Konflikty między sędziowskim samorządem a ministerstwem stały się w ostatnich latach codziennością. Dotyczyły między innymi weryfikacji sędziów, powołania sądu lustracyjnego, przyznania KRS całkowitej autonomii budżetowej, kompetencji samorządu sędziowskiego czy utworzenia i uprawnień sądów grodzkich. - Nie najlepsze współdziałanie między ministrem sprawiedliwości a Krajową Radą Sądownictwa rzuca cień na to, co chcielibyśmy w przyszłości osiągnąć. Można i należy szukać kompromisowych rozwiązań w projektach poszczególnych ustaw, ale to nie usunie przyczyn kryzysu. Zlikwidować je można tylko poprzez realne zwiększenie budżetu wymiaru sprawiedliwości i faktyczną reformę struktur - mówi Włodzimierz Olszewski, przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa. Na razie jednak nic nie zapowiada ocieplenia stosunków pomiędzy ministerstwem a KRS.
Przedstawiciele resortu sprawiedliwości narzekają, że niewiele mogą, natomiast coraz częściej ponoszą odpowiedzialność za błędy i opieszałość sądów, szczególnie w sprawach gospodarczych. - Niestety, błędy czasami się zdarzają. Jedyną drogą jest wówczas pokazanie, że sądy również mają kłopoty. Niezawisłość i immunitet sędziowski nie mogą bowiem być przykrywką dla pomyłek czy naruszeń prawa przez przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Wręcz przeciwnie - zobowiązuje nas to do większej otwartości niż w wypadku innych grup zawodowych. Pokazanie, że mamy kłopoty, ale nie boimy się o nich mówić publicznie i nie staramy się ich tuszować, jest jedyną możliwą drogą uwiarygodnienia sądownictwa - mówi Mariusz Tomaszewski, prezes Sądu Okręgowego w Poznaniu.
Ten pogląd - z pozoru tylko paradoksalny - potwierdzają ostatnie wyniki badania opinii społecznej. W listopadzie 1999 r. - po upublicznieniu przez media kilku głośnych wypadków patologii w wymiarze sprawiedliwości - po raz pierwszy od półtora roku poprawił się odsetek osób aprobujących poczynania trzeciej władzy. Prasa donosiła wówczas, że w szczecińskim sądzie przedawniła się sprawa największego w Polsce przemytu spirytusu. Akt oskarżenia leżał w sądzie przeszło dwa lata. Z tego samego powodu kar nie poniosą oskarżeni o palenie akt SB w Gdańsku i Warszawie.
Właśnie w warszawskim sądzie rejonowym zalega najwięcej nie rozpoznanych spraw karnych - 16 tys. Aż dwieście z nich zagrożonych jest przedawnieniem, co wystarczająco obrazuje skalę zapaści polskiego wymiaru sprawiedliwości. Sytuację w sądach mogłoby poprawić przyznanie ministrowi sprawiedliwości uprawnień do przenoszenia spraw zagrożonych przedawnieniem do sądów poza stolicę, gdzie obciążenia są znacznie mniejsze. Na tę propozycję negatywnie zareagowała jednak Krajowa Rada Sądownictwa, uznając w swojej uchwale, że to rozwiązanie byłoby sprzeczne z art. 45 konstytucji, który każdemu gwarantuje rozpoznanie sprawy przez tzw. właściwy sąd (odnosi się to do miejsca popełnienia przestępstwa).
Nie ulega wątpliwości, że reforma trzeciej władzy jest w Polsce absolutną koniecznością. Zakończyłaby się ona w 2011 r. Zawód sędziego byłby wówczas "koroną prawniczych profesji": łańcuch sędziowski mogliby zakładać prawnicy z wcześniejszym doświadczeniem zawodowym lub wyżsi pracownicy naukowi. Sędzia stałby się the highest priest in temple of law (najwyższym kapłanem w świątyni prawa) - jak mówią Amerykanie. Nie będzie to jednak możliwe bez wsparcia środowiska sędziowskiego.



Więcej możesz przeczytać w 10/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0