Odległy horyzont

Odległy horyzont

Dodano:   /  Zmieniono: 
W amerykańskiej kampanii wyborczej polityka zagraniczna to jedynie blade tło dyskusji o sprawach wewnętrznych
Dla Amerykanów od sytuacji na Bliskim Wschodzie czy w Kosowie istotniejszy jest stan giełdy. Przekonał się o tym boleśnie George Bush, ojciec obecnego kandydata republikanów. Po zwycięskiej wojnie w Zatoce Perskiej prezydent Bush cieszył się poparciem około 90 proc. Amerykanów. Kilka miesięcy później przegrał wybory z nowicjuszem z prowincji, o którym mawiał: "Mój pies Milli więcej wie o świecie niż ten prowincjusz". Gubernator Arkansas Bill Clinton nie znał przywódców obcych państw i niuansów europejskiej dyplomacji, ale miał program gospodarczy i to wystarczyło.

Amerykanie cieszą się dziewięcioletnim okresem wzrostu gospodarczego i uważają, że po zakończeniu zimnej wojny nie ma zagrożeń dla bezpieczeństwa państwa.
Brak żywszej debaty nad kierunkiem polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych w obecnej kampanii przedwyborczej świadczy o tym, że w dziedzinie międzynarodowej Gore’a i Busha więcej dziś łączy niż dzieli. Obaj kandydaci opowiadają się za utrzymaniem aktywności i zaangażowaniem w sprawy światowe. Bush Jr postuluje jednak znaczniejsze niż Gore zwiększenie budżetu obronnego. Jego zdaniem, amerykańskie siły zbrojne obarczone są zbyt wielką liczbą misji i to często w regionach, gdzie interesy Stanów Zjednoczonych nie są zagrożone. Dodatkowo sprzeciw Busha budzi wykorzystywanie wojsk amerykańskich do operacji "państwowotwórczych", bez jasno sprecyzowanych celów (na przykład w Somalii czy na Haiti). Condoleezza Rice, główny doradca ds. międzynarodowych kandydata republikanów (za czasów prezydentury George’a Busha seniora była ekspertem ds. sowieckich Rady Bezpieczeństwa Narodowego), zaproponowała wycofanie wojsk amerykańskich z Kosowa i Bośni, pozostawiając tę operację europejskim sojusznikom. Rola sił amerykańskich miałaby się sprowadzać do wsparcia logistycznego, wywiadu i łączności.
Taka propozycja obozu Busha wzbudziła ostrą krytykę doradców ds. międzynarodowych w obozie Gore’a. Robert Hunter, w przeszłości ambasador Stanów Zjednoczonych przy NATO, a obecnie główny doradca Gore’a do spraw europejskich, stwierdził, że propozycja prof. Rice zahacza o izolacjonizm. Według niego, nowe państwa członkowskie NATO swoje członkostwo w sojuszu wiążą z gwarancjami bezpieczeństwa ze strony Stanów Zjednoczonych, dlatego wycofanie się z operacji pokojowych na Bałkanach byłoby odczytane jako rezygnacja Amerykanów z odgrywania aktywnej roli w Europie. Albert Gore zapowiedział, że będzie zabiegał o przyjęcie do NATO następnych członków podczas spotkania na szczycie w roku 2002. Obóz Busha nie zajął do tej pory stanowiska w kwestii kolejnej fazy rozszerzania NATO, a jego milczenie w tej sprawie jest jeszcze jedną oznaką, że republikanie nie palą się do przyjmowania nowych członków.
Kandydaci zasadniczo różnią się w poglądach na temat projektu "Strategicznej inicjatywy obronnej" - znanego jako "wojny gwiezdne", ulubionego pomysłu Ronalda Reagana. Bush popiera dalsze prace nad stworzeniem systemu obrony antyrakietowej, obejmującego przenośne antyrakiety na lądzie i oceanach, zapewniające bezpieczeństwo także sojusznikom Ameryki. Uważa, że system ten powinien zostać zbudowany, nawet gdyby oznaczało to zerwanie traktatu o obronie antyrakietowej (ABMT) i pogorszenie stosunków z Chinami i Rosją.
Podobnie jak większość republikanów Bush Jr bardzo sceptycznie ocenia rolę porozumień międzynarodowych i organizacji międzynarodowych. Jego zdaniem, Stany Zjednoczone powinny spłacić zaległe składki członkowskie i inne zobowiązania wobec ONZ, ale pod warunkiem radykalnej reformy tej organizacji i zmiany systemu obliczania składek. Republikański kandydat opowiada się także za wprowadzeniem zmian w działalności MFW i Banku Światowego, które - w jego ocenie - zbyt silnie ingerują w politykę państw-kredytobiorców. Jest też przeciwny ratyfikowaniu przez Stany Zjednoczone traktatu o powszechnym zakazie prób nuklearnych (CTBT) i traktatów ekologicznych z Kioto. Z kolei Gore jest zwolennikiem multilateralizmu i większej aktywności organizacji międzynarodowych. Obaj kandydaci popierają politykę "jednych Chin", jednak Bush chciałby zwiększenia gwarancji bezpieczeństwa dla Tajwanu w razie zagrożenia militarnego ze strony Pekinu.
Lista rozbieżności w poglądach obu rywali nie jest długa i nie dotyczy fundamentalnych strategii czy doktryn. Zarówno Bush Jr, jak i Gore są zwolennikami globalizacji - zajmującej najważniejsze miejsce w amerykańskiej polityce zagranicznej i wewnętrznej w czasie drugiej kadencji Billa Clintona. Bush Jr., syn prezydenta, który wynegocjował porozumienie NAFTA z Meksykiem i Kanadą, bez zastrzeżeń popiera zasadę wolnego handlu. Gore czyni to bardziej umiarkowanie, gdyż globalistyczna euforia groziłaby utratą tradycyjnej bazy Partii Demokratycznej: związkowców z AFL/CIO, ruchu ekologicznego, mniejszości rasowych i najuboższych, którzy są przekonani, że kolejne układy o wolnym handlu odbierają im pracę. Albert Gore jest bardziej doświadczony w polityce zagranicznej - ma za sobą 25 lat służby publicznej, zasiadał w wielu wpływowych komisjach Kongresu. Podczas pierwszej kadencji Billa Clintona był najważniejszym doradcą w sprawach międzynarodowych, przyczyniając się do rozpoczęcia operacji NATO w Kosowie. Jako współprzewodniczący Komisji Współpracy Amerykańsko-Rosyjskiej odpowiadał za kształtowanie polityki Waszyngtonu wobec Rosji. Republikanie oczywiście nie omieszkali wytknąć Gore’owi błędów przeszłości. Specjalna Komisja Doradcza Izby Reprezentantów, złożona wyłącznie z przedstawicieli Partii Republikańskiej, ostro skrytykowała politykę Białego Domu wobec Kremla. Clinton i jego otoczenie, traktując kontakty z Rosją po macoszemu, zmarnowali najlepszą od zakończenia II wojny światowej okazję do poprawy stosunków amerykańsko-rosyjskich - stwierdzili republikanie w raporcie przygotowanym pod kierunkiem kongresmena Christophera Coxa. Zdaniem autorów, administracja zbyt wiele uwagi poświęcała kontaktom z władzami centralnymi Rosji, zaniedbując rosyjski parlament i organizacje pozarządowe. Wiceprezydent Gore, współprzewodniczący komisji, utrzymywał bliskie kontakty z Wiktorem Czernomyrdinem, mimo ostrzeżeń amerykańskiego wywiadu, że rosyjski premier sprzeniewierzył fundusze publiczne. Wobec Ala Gore’a wysunięto też zarzut, że nie ujawnił on informacji o współpracy militarnej Moskwy i Iranu.
Aktywność Gore’a i jego przywiązanie do szczegółów kosztem ogólniejszej wizji tłumaczy, dlaczego wśród jego doradców nie ma wielkich gwiazd. W razie zwycięstwa Gore będzie miał poważne problemy z obsadzeniem tzw. trójki, kształtującej politykę zagraniczną (Ministerstwa Obrony, Rady Bezpieczeństwa Państwa i Departamentu Stanu). Na waszyngtońskiej giełdzie plotek mówi się, że doradcą ds. bezpieczeństwa państwa zostałby Ludwik Fuerth, ministrem obrony mógłby być Sam Nunn, były senator, długoletni przewodniczący senackiej Komisji Sił Zbrojnych i jeden z najwybitniejszych autorytetów w sprawach militarnych, a sekretarzem stanu - Richard Holbrooke, ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ. Gore ma doświadczenie, ale Bush Jr ma doradców. Jego zespół ekspertów politycznych - scheda po ojcu prezydencie - jest o wiele bardziej imponujący. Richard Cheney, kandydat na wiceprezydenta, był ministrem obrony w okresie wojny w Zatoce Perskiej, przyczyniając się do stworzenia międzynarodowej koalicji przeciw Irakowi. Kandydatem na sekretarza stanu jest znany z ostrożności gen. Colin Powell, pierwszy Afro-Amerykanin, który był szefem połączonych sztabów amerykańskich sił zbrojnych i doradcą ds. bezpieczeństwa państwa. Radą Bezpieczeństwa kierowałaby Condoleezza Rice, a Ministerstwem Obrony - ceniony w Senacie Richard Lugar. Wśród ludzi Busha znajdują się też konserwatywni intelektualiści - prof. Paul Wolfowitz, dziekan i wykładowca stosunków międzynarodowych w elitarnej Szkole Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Johnsa Hopkinsa, czy Robert Zoellick, były zastępca szefa kancelarii prezydenta Busha. Już sam zestaw nazwisk w gabinecie cieni George’a Busha Jr. jest zapowiedzią poważnej zmiany w polityce Waszyngtonu wobec coraz bardziej buńczucznej na arenie międzynarodowej Rosji Putina. Będzie to - zapowiada Condoleezza Rice - realistyczna polityka skoncentrowana na obronie interesów Stanów Zjednoczonych, a nie na pobożnych życzeniach.

Więcej możesz przeczytać w 45/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0