MENU

Dodano:   /  Zmieniono: 
KSIĄŻKA

Coraz szybciej. Nie tylko na bieżni olimpijskiej czy torze samochodowym, tempo obowiązuje również w trakcie uczenia się. Szybciej musimy też przede wszystkim myśleć. A zobowiązują osiągnięcia nauki. Wiemy, jak przechowywać zasoby informacji oraz jak zapewnić natychmiastowy i powszechny dostęp do nich. "Niewidzialne pod obudową, pulsują katalizatory zmian - sześć miliardów procesorów znajdujących się już nie tylko w komputerach, lecz w twoim samochodzie, stereo, kuchence i tysiącach innych urządzeń. Komputer w twoim telefonie komórkowym ma większą moc obliczeniową niż wszystkie komputery z czasów drugiej wojny światowej razem wzięte" - czytamy w "Rewolucji w uczeniu" Gordona Drydena (dziennikarz radiowy i telewizyjny szczególnie zainteresowany psychologią zapamiętywania i odbioru informacji) i Jeannette Vos (naukowiec specjalizujący się w opracowywaniu najefektywniejszych metod szybkiego uczenia się). Już niemal wszystko jest możliwe. Jeśli jednak wierzyć statystykom, tylko jedna osoba na pięć potrafi w pełni wykorzystać przemiany techniczne. By tę sytuację zmienić, konieczne jest zrewolucjonizowanie systemu edukacji - głoszą autorzy. Twierdzą, że nawet wiedza absolwentów wyższych uczelni jest przestarzała, zanim jeszcze ukończą studia. Jedynym wyjściem jest wykształcenie "społeczeństwa ludzi uczących się". Ambicją Gordona Drydena i Jeannette Vos było stworzenie przewodnika po meandrach przyswajania wiedzy. Na okładce książki znajdujemy zachętę: "To, co dawniej wydawało się niewykonalne - jak przeczytanie kilkuset stron w ciągu godziny lub nauczenie się obcego języka przez miesiąc - dziś okazuje się możliwe". (AZ)

Wydarzenia: polska

Już po raz trzeci odbyły się w Warszawie Dni Książki Żydowskiej, organizowane przez Fundację Laudera i redakcję miesięcznika "Midrasz". Od 23 do 26 października w budynku żydowskiej gminy wyznaniowej i synagodze Nożyków można było kupić książki w językach polskim, angielskim i jidysz, wziąć udział w warsztatach kaligrafii, wycinanki i kuchni żydowskiej oraz w spotkaniach z autorami. Głównym gościem imprezy był Henryk Grynberg, który zaprezentował swą najnowszą książkę "Memorbuch", osnutą na wspomnieniach Adama Bromberga, dawnego dyrektora PWN, wypędzonego z Polski podczas antysemickiej nagonki w roku 1968. Dyskusję na temat zła poprowadzili Ireneusz Krzemiński, Tomasz Szarota i Paweł Szapiro. Marek Edelman i Rudi Assuntino opowiadali o swej wspólnej książce "Strażnik", księża Romuald Weksler-Waszkinel i Grzegorz Ignatowski - o nowym myśleniu w Kościele katolickim o Żydach i judaizmie. Anka Grupińska prezentowała książkę "Ciągle po kole - rozmowy z żołnierzami getta warszawskiego", a Piotr Szewc - nową powieść "Zmierzchy i poranki". O Żydach w przestrzeni miejskiej w dawnej RP opowiadali architekci Maria i Kazimierz Piechot-kowie. Spotkania cieszyły się wielkim powodzeniem - brakło miejsca dla wszystkich chętnych. Wystąpili też kantorzy Baruch Finkelstein z Petersburga i Samuel Barzilai z Wiednia; koncerty te były częścią obchodów stulecia synagogi Nożyków.


Tegoroczny festiwal Jazz Jamboree różnił się od poprzednich. Po pierwsze, obrósł w całą serię mniejszych koncertów i imprez klubowych w różnych miejscach Warszawy, w których brali udział soliści i zespoły nie tylko z Polski (między innymi ciekawy Dzień Francuski w radiowym Studiu im. Lutosławskiego). Po drugie, nie prezentował linii, był eklektyczny, co w tym wypadku było dobre: miłośnicy różnych rodzajów jazzu mogli znaleźć coś dla siebie - od subtelnego i wyrafinowanego fortepianu Brada Mehldaua, do jazzu krzyżującego się z folkiem Czarnej Afryki (legendarna Miriam Makeba, Mory Kante) czy Ameryki Południowej (Bebel Gilberto z Brazylii i Maraca Orlando Valle z Kuby). (DS)

Teatr

Jak trudno grać dziś Szekspira, świadczą pomyłki i katastrofy oglądane na naszych scenach. Mnożą się przerośnięte formalnie pomysły i nadinterpretacje, a z drugiej strony Szekspir spłaszczany bywa do poziomu disco polo. "Król Lear" łódzkiego Teatru Nowego nie należy do żadnej z tych kategorii.
Król Lear grany przez Jana Frycza jest silny, lecz przygięty ku ziemi, władczy, ale nie zakuty w swoją godność, w swój urząd. Jest tyleż królewski, co ludzki, i chce być przede wszystkim kochany. Gdy przechodzi z własnej woli na emeryturę, wierzy, że dzieci opromienią mu stare lata. Przelicza się, zanadto ufa słowom, i tym dobrym, i tym, które sprawiają mu zawód, gdyż mówią prawdę - cóż bardziej ludzkiego... W scenie podziału królestwa nie rozróżnia swych dwóch starszych złych córek, Goneryli i Regany. Całe jego serce bowiem należy do Kordelii, a ona właśnie nie mówi tego, co Lear chciałby usłyszeć, że i jej serce zawsze będzie należeć do ojca. Dalszy ciąg "Króla Leara" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego jest konsekwencją pierwszej sceny: tragedia Leara to tragedia starego człowieka, którego świat opuścił i któremu świat odsłonił swoje oblicze.
Oblicze to straszne. Panuje w nim żądza wygody i władzy oraz zwierzęce odruchy. Goneryla (Milena Lisiecka), wyrachowana i namiętna, o władczej, okrutnej postawie, duszy, do której litość nie ma dostępu, gotowa jest iść po trupach, by spełnić swe zachcianki. Jej bledsze odbicie, Regana (Agnieszka Korzeniowska), zabiega o to samo i o tego samego kochanka, Edmunda. Edmund (Andrzej Konopka). Bardziej złożona jest postać Gloucestera. Jan Peszek z początku gra cynicznego dworskiego służalca; nagle budzi się w nim sumienie, które każe mu ratować Leara. Niestety zdradza go rodzony syn Edmund i za swój szlachetny uczynek Gloucester zapłaci życiem. Bo tak jest właśnie w nowo objawionym Learowi świecie: wszystko, co dobre, źle się kończy.
Dobro jest bezsilne. Przegrywa Edgar, dobry syn Gloucestera; Kent, wierny sługa Leara, dzieli z nim wygnanie; Błazen zostaje zabity; Kordelia, ukochana i kochająca córka, umiera. Źli ludzie też giną, ale nie jest to wystarczająca pociecha. Na placu boju pozostaje mąż Goneryli, książę Szkocji (Janusz Łagodziński), i przejmuje całą schedę. Nijaki, bez właściwości, umiał czekać na swój moment. Trudno przewidzieć, jakim będzie władcą. Ten "Król Lear" jest tradycyjny i zarazem współczesny. Klarowny i prosty, nie zagłębia się w psychologię i nie dopowiada wszystkiego do końca. Nie wciąga widza w rzeczywistość sceniczną, pozwala mu z bezpiecznej odległości obserwować szekspirowską historię. Ale porusza i daje do myślenia. Jego współczesność to zarówno oszczędna, wyrazista reżyseria, jak i gra aktorów. Postacie noszą stylizowane stroje, lecz ani przez moment "Król Lear" nie staje się sztuką kostiumową, a styl aktorstwa stylem historycznym. Jan Frycz gra wielkie emocje, nie tracąc pańskości, i jest tym bardziej wstrząsający w swym bólu i rozpaczy. Gloucester Jana Peszka to fenomenalna figura człowieka żywiącego naiwną wiarę w zło świata, w to, że tylko siła ma rację. Przegrywa jednak właśnie dlatego, że uwierzył w podłość, dając się nabrać Edmundowi, ale i przez to, że nie poszedł w nią do końca, że raz chciał być uczciwy. Edmund z kolei okazał się starszym bratem Smierdiakowa, przewrotnego i zawistnego bękarta z "Braci Karamazow".
Nie pomniejsza to faktu, że Grabowski znalazł rozwiązanie sceniczne dla Szekspira dzisiejszego bez nowoczesnych gadżetów i bez łamania konstrukcji sztuki (mimo sporych skrótów). Pokazał, że twórca ten nadal ma nam coś do powiedzenia, w co wątpi ogromna część dzisiejszych reżyserów, uważających, że są od Szekspira mądrzejsi.

Więcej możesz przeczytać w 45/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0