Gra z publicznością

Gra z publicznością

Dodano:   /  Zmieniono: 
Mozart, Schubert, Schumann byli popowymi artystami swych epok. Rozmowa z JOSÉ CURĄ
Jolanta Fajkowska: - Jakiej muzyki słuchasz, gdy wracasz z koncertu lub przedstawienia?
José Cura: - Ciszy. To najlepsza muzyka.
- Czyżbyś był już znudzony operą?
- Ależ skąd, to moja praca. Traktuję to jak każde inne zajęcie. Pracuję czternaście, piętnaście godzin dziennie i dlatego po powrocie do domu potrzebuję ciszy. Jako chłopak uwielbiałem piosenki Beatlesów, negro spirituals, jazz, ale nie arie.
- Podobno marzyłeś o karierze rugbisty...
- W Argentynie, skąd pochodzę, rugby nie jest sportem zawodowym, trudno więc byłoby się z tego utrzymać. Grałem w rugby i gdybym kontynuował treningi, pewnie pojawiłbym się w reprezentacji narodowej. Ale śpiew okazał się ważniejszy. Zajmowałem się też kulturystyką - dwadzieścia kilogramów temu - i jogą. Ale wieczorami liczył się tylko teatr.
- Czy doświadczenia sportowe przydają się na scenie?
- Umiem kontrolować ciało. Sport uczy poruszania się we właściwy sposób. Dzięki niemu mogę śpiewać w każdej pozycji, na przykład leżąc, co jest wyjątkowo trudne dla śpiewaka operowego. Również kostium bywa ciężki, ale dzięki wytrenowaniu mięśni nie czuję ciężaru.
- Mimo że nie uczyłeś się aktorstwa, uchodzisz za jednego z najlepszych aktorów w operze. Sterujesz publicznością, grasz na jej reakcjach...
- Publiczność, przychodząc na przedstawienie, chce dać się uwieść. Chce mieć świadomość, że aktor, śpiewak, wykonawca myśli o nim. Często mi się zarzuca, że charyzmą pokrywam niedostatki wokalne. Może to i prawda, ale jeśli potrafię nawiązać świetny kontakt z publicznością, to dla osiągnięcia dobrego efektu nie muszę być doskonałym tenorem.
- Co więc publiczność podziwia w twoich interpretacjach?
- Chyba umiejętność wiarygodnego przedstawienia postaci, oddania radości, cierpienia, miłości. Śpiew to tylko jeden z elementów bycia na scenie.
- Słyniesz z niekonwencjonalnych zachowań: puszczasz papierowe samolociki w trakcie spektaklu, śpiewasz na leżąco...
- Każdy z nas robi dowcipy. Sam także bywam ich ofiarą. W ostatnim akcie "Fedory" czytam list, z którego dowiaduję się o śmierci matki. Posłaniec przynosi kopertę, otwieram... a w środku ogromne zdjęcie nagiej kobiety. Wyobraź sobie: dwa tysiące ludzi słucha i patrzy, partnerka szlocha w rogu sceny, a ja mam czytać i śpiewać ze zdjęciem pięknej nagiej kobiety w dłoni. Złożyłem kartkę i odśpiewałem list z pamięci, co było mało wiarygodne, ale jak miałem się zachować? Nigdy nie dowiedziałem się, kto mi zrobił taki kawał i komu miałbym się zrewanżować.
- Wydałeś płytę, na której śpiewasz pod batutą Placido Domingo, jednego z największych tenorów XX wieku, który wskazał ciebie na swego następcę.
- Placido jest genialnym śpiewakiem, wspaniałym muzykiem i niezłym dyrygentem, który jak nikt rozumie zasady współpracy solisty z orkiestrą. Jego ruchy nie są wprawdzie tak doskonałe jak u zawodowego dyrygenta, ale wie, co śpiewak przeżywa na scenie. Praca z nim to przyjemność, a fakt, że uznał mnie za swojego następcę, to zaszczyt.
- Niedawno cały świat oglądał "Traviatę" Verdiego, realizowaną przez telewizję na żywo i transmitowaną do 125 krajów. Było to wielkie wyzwanie.
- Najbardziej ekscytujące dla mnie było pełne zagranie roli. Na scenie występuje się twarzą do widowni. Można stać tyłem, ale wtedy się nie śpiewa, bo publiczność by nie słyszała. Przed kamerą gra się całym sobą. Dobrze ustawione kamery rejestrują wszystko wokół. To naprawdę była realizacja na żywo. Miliardowa widownia oglądała rezultat półtoramiesięcznych prób, trwających niekiedy piętnaście godzin dziennie. W dniu premiery byliśmy wyczerpani. Dzięki Bogu istnieje make-up, bo twarze pod pudrem wyglądały okropnie. Jednym z dowodów na to, że wszystko szło na żywo, był początek czwartego aktu - tak ciemny, że aż czarny.
- Sądziłam, że to zamierzony efekt znakomitego operatora Vittoria Storara...
- Na początku tego aktu jedna z lamp oświetlających scenę zepsuła się. Nie mogliśmy przerwać przedstawienia, by ją naprawić. Śpiewaliśmy więc w ciemnościach. Storaro poczekał, aż będę szlochał na zbliżeniu, podczołgał się jak żołnierz do lampy, wymienił ją i dopiero od tego momentu było właściwe oświetlenie. Wyobraź sobie: płaczę, a kątem oka widzę, jak ktoś przemyka obok i reperuje lampę. W czasie nagrywania programu lub na planie filmowym robi się przerwę. Wszyscy się pośmieją, napiją kawy i pracuje się dalej, a tu wszystko szło na żywo.
- Dlaczego tak często szokujesz widownię niekonwencjonalnym ubiorem?
- Nienawidzę fraka i muszki. Wydaje mi się, że to ubranie zniechęca młodych ludzi do muzyki klasycznej, a ja chcę udowodnić, że klasyka może być porywająca. Czasem więc podczas recitalu zaczynam od występu w muszce, a później śpiewam w dżinsach i podkoszulku. Starsi mówią, że to okropne, ale młodsi - wiem, że to lubią. Dostaję sporo listów od młodych ludzi, którzy czekają na moje koncerty, bo wiedzą, że zawsze coś się będzie działo.
Z drugiej strony nie zapominajmy, że dzisiejsi klasycy - Mozart, Schubert, Schumann - byli popowymi artystami swych epok. Mozart, by zarobić na życie, grał w królewskiej jadalni i saloniku jak w dzisiejszym barze. A Schubert? Swoje najlepsze utwory komponował z kuflem piwa w ręku w jakiejś obskurnej gospodzie! Za 50 lat piosenki Eltona Johna, McCartneya i Lennona będą zaliczane do klasyki.
Więcej możesz przeczytać w 46/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0