Spersonalizowany świat

Spersonalizowany świat

Dodano:   /  Zmieniono: 
W naszym spersonalizowanym wirtualnym świecie zmierzamy najkrótszą drogą do celu: zamawiamy i bierzemy tylko to, co nas obchodzi. Precz z globalizacją, niech żyje jednostka!
Marshall McLuhan stworzył niegdyś pojęcie "globalnej wioski", w której powinniśmy się znaleźć z chwilą upowszechnienia telewizji: wszyscy mieli mieć dostęp do wszystkich informacji, czyli wszyscy mieli wiedzieć wszystko o wszystkich. Przynajmniej - móc wiedzieć. W pewnym sensie tak się stało, choć znowu zadziałało przekleństwo wieży Babel i nadawana w tysiącach języków telewizja nader często i nader chętnie skręcała w stronę lokalności: mówiła do coraz mniejszych, bardziej podzielonych grup telewidowni. Efekt? Gwiazdy - powiedzmy - telewizji francuskiej pozostają nie znane telewidzom angielskim, polskim czy japońskim. Właściwie tylko amerykańskim i brazylijskim serialom udało się tak naprawdę wejść w obieg globalny (spotkałem kiedyś chińską aktorkę dubbingującą Isaurę i pamiętam, jak opowiadała mi o niesłychanym powodzeniu tej historii w jej kraju!). Reszta to tylko odpryski globalności na coraz bardziej prowincjonalnym tle codziennych programów.
Tak więc McLuhan się mylił. Przynajmniej jeśli idzie o telewizję. Ale globalna wioska i tak powstała. Nieco później i w nieco innym miejscu, ale jest. W Internecie! Tu komunikacja jest rzeczywiście totalna i bardzo trudno o prowincjonalizm. Dostępność całej zawartości sieci (jeśli coś znajdzie się w Internecie, rzeczywiście jest dostępne dla wszystkich bez żadnych ograniczeń) gwarantuje wręcz "religijną" globalność. Nie ma tu koncesji, ograniczeń zasięgu nadajników lub pokrycia obszarów przez sygnał z satelity, co jest jeszcze jednym grzechem telewizji. Na dodatek coraz więcej serwisów internetowych stosuje zasadę wersji wielojęzycznych (ta sama treść przetłumaczona na różne języki), co może już wkrótce zneutralizować efekt wieży Babel. Tak więc wszystko o wszystkim dla wszystkich we wszystkich językach. Ideał McLuhana urzeczywistnił się. Na chwilę.
Natychmiast po nasyceniu się praktycznym doświadczeniem globalności ludzie zaczęli od niej uciekać. Jakby przestraszyli się, że są częścią tak wielkiej zbiorowości. Jakby poczuli w tym zagrożenie dla swojego ego. Teraz zrodziła się potrzeba wykreowania własnego świata. Osobnego. Wymyślono więc ograniczanie Internetu już nie do skali etnicznej, narodowej, lokalnej, lecz wręcz jednostkowej. Nazwano to personalizacją, czyli dostosowaniem owego "wszystkiego" do niewielkich potrzeb każdego internauty.
Dziś więc mamy nową sytuację: owszem, możemy mieć wszystko, ale rezygnujemy z tego przywileju i ograniczamy się do tego, co mieć chcemy. Wybieramy. To trudna sztuka! Gdy zapytano Melchiora Wańkowicza, co jest najtrudniejsze przy pisaniu książki, odpowiedział: "Najtrudniej nie jest zebrać materiały do niej ani ją napisać, lecz zrezygnować z niepotrzebnych rzeczy, dokonać selekcji".
Dziś każdy internauta staje przed podobnym dylematem: jak z mnogości wybrać to, na czym mu zależy? Jak nauczyć się samoograniczenia? Na początek przychodzą mu z pomocą procedury. Weźmy taką na przykład personalizację strony głównej ulubionego portalu. Mamy do wyboru: najważniejsze wiadomości dnia, newsy ekonomiczne, motoryzacyjne, muzyczne, sportowe, giełdowe, dotyczące urody, zdrowia, odżywiania, wychowania dzieci, świata rozrywki. Możemy na swoim komputerze mieć je wszystkie. Ale po co?
Siadamy, by wypełnić na ekranie internetowy formularz. Chcę, by pokazywały mi się tylko: wiadomości z kraju i ze świata, o muzyce, filmie i gospodarce. Wystarczy. Dzięki temu ograniczeniu zmieszczą się zapewne naraz na ekranie; nie trzeba będzie tracić czasu na klikanie, przesuwanie niekończących się linijek tekstu i czytanie niepotrzebnych informacji.
Podobnie można dokonać personalizacji wszystkiego: usług (sklepy internetowe oferujące tylko to, czego potrzebujemy), rozrywek, baz danych. Po prostu dostosowujemy wirtualny świat do swoich wymagań, gustów i czasu, jaki możemy mu poświęcić. To przecież lepsze od oglądania telewizyjnego dziennika i pochłaniania mało istotnych informacji w oczekiwaniu na tę jedną dla nas ważną albo wręcz na prognozę pogody. W naszym spersonalizowanym świecie zmierzamy najkrótszą drogą do celu: zamawiamy i bierzemy tylko to, co nas obchodzi. Precz z globalizacją, niech żyje jednostka!
Czy przeciwnicy Internetu mogli się spodziewać, że da im on do ręki takie narzędzie do uprawiania humanizmu stosowanego? Czy lękliwie nazywający komputer "bezduszną maszyną" mogli przypuszczać, że to właśnie ona stanie w ich obronie przed zalewem i presją śmiecia informacyjnego? To nie ostatni paradoks nowoczesnej kultury, który przyjdzie nam przyjąć do wiadomości za sprawą Internetu. I przenieść do normalnego, codziennego życia.
Wróciłem właśnie z wakacji na Teneryfie. Było ciepło i elegancko. Właściciele hotelu dbali, byśmy się dobrze czuli. Na łóżku znalazłem ulotkę: "Jaśki ť la carte". Był spis proponowanych jaśków: od bardzo miękkich, przez miękkie, twarde, po bardzo twarde. W sumie sześć rodzajów. Chcemy, aby państwo czuli się u nas jak najlepiej, dlatego umożliwiliśmy naszym gościom spersonalizowanie sposobu spania. Spałem na jaśku "Paryż", o którym napisano: "Twoje ciało podziękuje ci za ten wybór". Rzeczywiście, podziękowało.

Więcej możesz przeczytać w 46/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0