Nieprzyjaciele zwierząt

Nieprzyjaciele zwierząt

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gdy Kazimierz Grześkowiak zaśpiewał kilkadziesiąt lat temu "Chłop żywemu nie przepuści", chłopi i działacze Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego zarzucili mu bezpodstawne oskarżanie ich o znęcanie się nad zwierzętami.
W tym czasie standardem na polskiej wsi było niespuszczanie psów z łańcucha przez wiele tygodni. Pożyteczne krety zwalczano równie zaciekle jak stonkę. Wiele osób karmiło koty tylko dlatego, żeby potem je zabić i oprawić, bo noszenie kocich skórek podobno świetnie zwalcza reumatyzm.
Jedynie 7 proc. Polaków nie uważa zwierząt za istoty zdolne do odczuwania bólu i cierpienia - wynika z badań socjologicznych. Równocześnie jednak ponad 60 proc. badanych nie zalicza do zwierząt ryb, a także żab. Jeszcze więcej - prawie 80 proc. - twierdzi, że nie są nimi owady. Nie chodzi tu o nieznajomość zoologii, lecz o powszechne przyzwolenie na zabijanie istot żywych, które w opinii większości zwierzętami nie są. - To stępia wrażliwość na los zwierząt w ogóle. Jeśli przyznajemy sobie prawo zabijania jednych gatunków, to dlaczego nie innych - mówi Wojciech Muża, sekretarz generalny Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Zmianie postaw ma służyć rozpoczęta właśnie przez Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami akcja "Skazani", z której dochód zostanie przeznaczony na działalność inspektorów walczących z okrucieństwem wobec zwierząt. Przedsięwzięciu temu patronuje m.in. tygodnik "Wprost".
Z badań CBOS wynika, że co roku znęca się nad zwierzętami 3 mln Polaków, czyli co trzynasty z nas. Sądy wydają jednak rocznie zaledwie kilkanaście wyroków w tego typu sprawach, a pierwszy skazany trafił za kratki dopiero we wrześniu tego roku. Sąd Okręgowy w Kaliszu skazał wtedy na sześć miesięcy więzienia bez zawieszenia 42-letniego Tadeusza W. Mężczyzna bił swojego psa, kopał go i zrzucał ze schodów. W końcu - zabił go siekierą. Jak twierdził przed sądem, postępował tak, by się zemścić na żonie.
Policjanci z Olsztyna zatrzymali w maju 2000 r. mieszkańca tego miasta, którego przyłapali, gdy wieszał zwierzę na smyczy przerzuconej przez ogrodzenie i bił je metalowym kątownikiem po głowie. Z kolei policja z warszawskiego Ursusa zainteresowała się właścicielem stada zdziczałych psów. Mężczyzna hodował je na podwórku pełnym złomu. Zwierzęta kopały nory pomiędzy rupieciami. Niektóre z nich były zamykane w garażu, bite i kopane. Wiele z nich zginęło pod kołami przejeżdżających obok pociągów. Słupska policja zatrzymała natomiast osiemnastolatka z pobliskich Sycewic, który maltretował szczeniaka - bił go, wyrzucał przez okno i wstrzykiwał mu wodę w brzuch.
Łódzki sąd skazał w lutym tego roku na sześć miesięcy więzienia w zawieszeniu i 100 zł grzywny Andrzeja G. - zarzucono mu maltretowanie papug. Ponad pięćdziesiąt ptaków umieścił on w papierowych workach i próbował przewieźć przez granicę. Gdy przyłapali go czescy celnicy, okazało się, że trzy papugi udusiły się, a pozostałe są wygłodzone i odwodnione. Podobną sprawę ujawnili kilka dni temu funkcjonariusze służby granicznej na przejściu w Pietrowicach Głubczyckich. Mieszkaniec Opolszczyzny próbował przemycić z Czech sześć zielonych legwanów, dziesięć żółwi stepowych, dwa jadowite pająki ptaszniki i sto chomików. Zwierzęta były poukrywane w samochodzie. Okazało się, że wszystkie chomiki zdechły. Mężczyzna odpowie przed sądem za przemyt oraz za znęcanie się nad zwierzętami. Właśnie przemyt zwierząt do Polski, szczególnie z krajów byłego ZSRR, a także z Azji i Afryki, jest zjawiskiem, które w ostatnich latach wymknęło się spod kontroli służb granicznych i sanitarnych. Przemycane okazy trafiają zwykle na targowiska, gdzie można nimi bezkarnie handlować. Czekając na nabywcę, zwykle przez kilka dni nie otrzymują nic do jedzenia, a nie sprzedane najczęściej giną. W dodatku z handlarzami trudno skutecznie walczyć, gdyż dotychczas nie wydano stosownych przepisów wykonawczych.
Ustawa o ochronie zwierząt, głosząca m.in., że "zwierzę, jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą, a człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę", została uchwalona dopiero w 1997 r. Do dzisiaj wiele jej zapisów jest martwych - odpowiednie resorty wydały jedynie pięć z dwudziestu dwóch rozporządzeń wykonawczych. - Państwo nie ma polityki ochrony zwierząt. Nie tylko nie robi się wiele, by wyeliminować luki w ist-niejącym prawodawstwie, ale wręcz czynione są starania, by obowiązujące prawo zliberalizować. Ministerstwo Rolnictwa przygotowało projekt nowelizacji ustawy z 1997 r. Pod pretekstem przystosowywania naszego prawa do standardów Unii Europejskiej zaproponowano w nim rozwiązania, które w praktyce umożliwią bezkarne zabijanie zwierząt - mówi Wojciech Muża.
Urzędnicy wymyślili nawet ostatnio nową kategorię zwierząt - "łowne-fermowe". Takiej kategorii nie ma w prawodawstwie żadnego kraju unii. - Podejrzewam, że chodzi o umożliwienie hodowania dzikich zwierząt tylko po to, by później na nie polować - uważa Wojciech Muża. Ministerialny projekt liberalizuje też przepisy dotyczące eksperymentów na zwierzętach. Dotychczas decydowały o tym komisje etyczne. Teraz mają mieć one tylko głos doradczy. W praktyce każdy naukowiec przeprowadzający eksperymenty na zwierzętach będzie mógł je robić wedle własnego uznania.
Co zastanawiające, w Polsce przetrwały do dzisiaj sięgające czasów średniowiecza podziały na zwierzęta, na które nie powinno się podnosić ręki, i takie, które można karcić, a nawet zabijać. Widać to wyraźnie już w "Opisie obyczajów" księdza Jędrzeja Kitowicza, w dziełach Wacława Potockiego i pamiętnikach Jana Paska. Chronione były i są przede wszystkim zwierzęta pociągowe - konie, muły, woły - oraz te, które dostarczały wełny i mleka - krowy, owce, kozy. Bite, zabijane albo przynajmniej zaczepiane były i są natomiast zwierzęta "niepokorne", mogące się odgryźć: psy, koty, lisy, prawie wszystkie gryzonie.
- Inaczej traktuje się zwierzęta na wsi i w mieście. Na wsi psy i koty, podobnie jak świnie, mają pełnić określoną funkcję. Psy mają pilnować obejścia, koty - łapać myszy. Jeśli nie wywiązują się dobrze ze swych zadań, pierze się je po tyłku - mówi prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny.
Kilka tygodni temu prokuratura w Częstochowie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko 59-letniemu mieszkańcowi wsi Zawada. Mężczyzna odpowie za znęcanie się nad bydłem i wykłucie oka cielakowi. - To forma karcenia, a nie znęcania - tłumaczył się oskarżony w trakcie przesłuchania. - Maltretowanie zwierząt na wsi wynika przede wszystkim z braku wykształcenia i niewiedzy - uważa Wojciech Muża. - Ludzie niewykształceni i biedni traktują je jak przedmiot, który nie ma wartości. A bezwartościowego przedmiotu się nie szanuje - osoby wyznające taką filozofię uważają, że zwierzęta nic nie warte można męczyć, a nawet zabić - mówi Eugeniusz Rakiel, inspektor TOZ w województwie dolnośląskim.
Stosunek mieszkańców wsi do zwierząt niewiele się zmienił także dlatego, że praktycznie nie działają tam organizacje obrony praw zwierząt. A jedyne aktywne na tym terenie organizacje społeczne, czyli partie chłopskie, raczej nie zaliczają się do obrońców zwierząt. PSL zasłynęło natomiast z zaciętej obrony hodowców trudniących się tuczem gęsi i kaczek na stłuszczone wątroby. Dzięki uchwaleniu ustawy o ochronie zwierząt udało się te nieludzkie praktyki uznać za nielegalne.
Mimo że wydano przepisy wykonawcze dotyczące warunków transportu zwierząt, wciąż wiele z nich pada w drodze. "Zwierzęta przewozi się w brudnych samochodach z dziurawymi podłogami, w nadmiernym zagęszczeniu, nie oddziela się przegrodami osobników młodych od dorosłych i zwierząt różnych gatunków. Podczas rozładunku są kopane, wyciągane na rampę za uszy. W dziurawych podłogach łamią kończyny, ranią się o wystające z burt pojazdów ostre krawędzie, duszą się wskutek przekraczania norm załadunkowych" - czytamy w raporcie NIK. Szczególnie cierpią zwierzęta przewożone z Polski do zachodniej Europy. Transport żywych zwierząt na Zachód jest tymczasem anachronizmem, wymuszanym przez silne związki zawodowe rzeźników, które dbają w ten sposób o swoje stanowiska pracy.
Karanie winnych znęcania się nad zwierzętami, a przede wszystkim akcje edukacyjne powoli zaczynają przynosić pozytywne skutki. Jeśli osoba znęcająca się nad zwierzętami musi zapłacić 2-3 tys. zł grzywny, odstręcza to innych od brutalnych zachowań.
- Od czasu uchwalenia ustawy zauważam zmianę stosunku naszych rodaków do zwierząt. Bardzo pocieszająca jest zmiana nastawienia młodzieży, a zwłaszcza dzieci - mówi Eugeniusz Rakiel.
Edukacji i zgromadzeniu odpowiednich funduszy ma służyć rozpoczęta przed kilkoma dniami akcja "Skazani". Każdy, kto zadzwoni pod numer telefonu 0 700 86 666, nie tylko wniesie wkład w walkę z bezmyślnością i sadyzmem w stosunku do zwierząt, ale też przyczyni się do wychowania młodzieży w duchu poszanowania wszelkich żywych istot. Nie jest to zresztą pierwsza taka akcja w Polsce. W Bielsku-Białej działacze z klubu Gaja pikietowali na przykład przeciwko masowemu i publicz-nemu zabijaniu karpi w okresie przedświątecznym. Wielokrotnie protestowano przeciwko przemysłowemu tuczowi gęsi i kaczek na stłuszczone wątróbki, przeciwko hodowli i zabijaniu zwierząt futerkowych, eksperymentom na zwierzętach, testowaniu na nich leków i kosmetyków. Ale nie zawsze takie akcje przynoszą pozytywne rezultaty. Kilka dni temu działacze Ruchu Wyzwolenia Zwierząt wypuścili z klatek kilkadziesiąt norek z fermy hodowlanej w Szymankowie w Wielkopolsce. Wkrótce się okazało, że kilkanaście z nich padło w pobliżu klatek z powodu wyziębienia.
- Jak wynika z badań psychologicznych, ci, którzy są dobrzy dla zwierząt, są zwykle dobrzy dla ludzi. Odwrotnie ta zasada sprawdza się znacznie rzadziej - konkluduje prof. Janusz Czapiński.
Więcej możesz przeczytać w 47/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0