Perla karaibów

Perla karaibów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Załoga "Wprost" z Mikołajek na Wyspy Dziewicze


Skoro żeglarskiego Disneylandu nie zbudowano w Orlando na Florydzie, należało go wymyślić. Został więc urządzony na Brytyjskich Wyspach Dziewiczych, gdzie miłośnicy żeglarstwa z całego świata otrzymają wspaniałe jachty, umiarkowaną bryzę, sporo słońca, odrobinę deszczu i dzikie piaszczyste plaże z palmami kokosowymi. Jest jak w piosence króla reggae Boba Marleya: Sun is shining, the weather is sweet. Brytyjskie Wyspy Dziewicze, podobnie jak całe Karaiby, pulsują rytmiczną muzyką. Nawet z jachtowego odbiornika dochodzi reklama najpopularniejszej lokalnej stacji radiowej: "Reggae haven, reggae 97,3". Najlepsza muzyka rozbrzmiewa jednak w każdy piątek i sobotę w Cane Garden Bay, dlatego trudno wtedy znaleźć tu wolne miejsce. Wieczorami miejscowa młodzież razem z żeglarzami i spragnionymi wrażeń turystkami bawi się na plażowym reggae party. Następnego dnia spora część floty przenosi się na Jost Van Dyke, gdzie swoją restaurację ma legendarny pieśniarz Foxy. Aby jednak trafić do tego żeglarskiego Disneylandu, przygotowania trzeba rozpocząć kilka miesięcy przed wyjazdem. Turyści z Polski muszą zdobyć wizę USA, gdyż najlepsza trasa wiedzie przez Nowy Jork i Puerto Rico. Muszą też wykupić wizę Brytyjskich Wysp Dziewiczych wydawaną przez angielską ambasadę. Najważniejsza decyzja dotyczy jednak firmy czarterowej, która zarezerwuje jacht i zamówi bilety nie tylko na lot przez ocean, ale też na mały samolot dostarczający turystów na miejsce przeznaczenia.
Wynajęcie na dwa tygodnie jedenastometrowego jachtu dla sześciu osób kosztuje we francuskiej firmie Stardust ponad 20 tys. zł. Bilety lotnicze dla jednej osoby to 4 tys. zł, a pozwolenie na rejs, mające charakter opłaty klimatycznej - dwa dolary za dzień. Kaucja za jacht i drobne wyposażenie (od czajnika z gwizdkiem po kotwicę i koło ratunkowe) - 1,5 tys. USD. Łączny koszt wyprawy sięga więc aż 50 tys. zł. Podróż trzema samolotami z Warszawy na Beef Island (sąsiadującą z największą wyspą archipelagu Tortolą) trwa prawie 36 godzin. Turystów wita najpierw taksówkarz, później szef floty, objaśniający zasady żeglowania wokół wysp, a w mesie wynajętego jachtu - oszroniona butelka szampana.
Łodzie firm czarterowych projektowane są według prostego przepisu: maksimum wygody i bezpieczeństwa. Dwie ubikacje z umywalkami, dwie lodówki, trzy obszerne koje, kuchnia gazowa, zlewozmywak, stół nawigacyjny, radio, telefon satelitarny i krótkofalówka. Oba żagle można obsługiwać z bezpiecznego kokpitu, przedni fok zwija się w kilkanaście sekund, większy grot zaś chowa się wewnątrz masztu. Jeśli mimo to turysta nie czuje się na siłach, aby samemu żeglować, może za 120 dolarów na dobę wynająć zawodowego skippera.
Brytyjskie Wyspy Dziewicze to 60 górzystych wysepek, odkrytych przez Kolumba w 1493 r., podczas drugiej podróży do Nowego Świata. Kolonia nadal funkcjonuje bez budek z hamburgerami, koszy na śmieci, hałaśliwych targowisk, alejek ze sklepikami i tłumu turystów. Część wysepek jest nawet prywatną własnością. Na przykład Sandy Cay, na której nie ma nic prócz białego piasku, palm i położonej nieopodal rafy koralowej, należy do Laurence'a Rockefellera. Stąd najlepiej widać brytyjską i amerykańską część archipelagu. Gdyby z takiej "pocztówki" wymazać morze, panorama przypominałaby trochę Beskidy.
Wszyscy żeglarze muszą przestrzegać ścisłych reguł: nie wolno żeglować w nocy ani nurkować samemu. Obowiązuje tu również zakaz wyrzucania odpadków do wody - jedzenie może przyciągać rekiny (z tego powodu nie wolno także pływać i nurkować z biżuterią). W eleganckich tawernach żeglarze swobodnie mogą się ubierać tylko do śniadania. Udając się na kolację (na przykład homary z grilla lub krewetki w kokosach), trzeba włożyć koszulę z kołnierzykiem, długie spodnie oraz zakryte buty (dress code). Jeśli ktoś woli spożywać posiłki na jachcie, może zamówić całodzienne wyżywienie w cenie 115 USD plus 17 proc. opłaty za dostarczenie potraw na pokład. Żeglarze cumują bowiem łodzie kilkadziesiąt metrów od brzegu na specjalnych bojach.
Doba przy boi kosztuje 20 USD. Jedynie w ekskluzywnej marinie na Peter Island żąda się 35 USD za miejsce przy boi i od 60 USD za nieco wygodniejszy nocleg przy kei. Co gospodarze oferują w zamian? Niewiele: rachunek z adnotacją, że parkujemy na własne ryzyko. Do każdej łodzi codziennie rano podpływa jednak sklep, którego obsługa zachwala koszulki, drewniane żółwie i żywność. Można też oddać śmieci (dwa dolary za worek). Za spory kawał lodu do jachtowej lodówki płaci się trzy dolary, a za duży blok - cztery. Jedynie w macierzystym porcie turyści otrzymują wszystko za darmo: od słodkiej wody i paliwa po świeże ręczniki i pościel na wymianę.
Najlepszy okres do żeglowania po Wyspach Dziewiczych rozpoczyna się w grudniu i kończy w kwietniu. Wtedy jest spokojnie, słońce nie pali, a przeciętna temperatura wynosi 26-30°C. Nie warto planować podróży latem - trudno wytrzymać pod pokładem, gdy temperatura powietrza przekracza 40°C, a wilgotność sięga nawet stu procent. Omijać trzeba też jesień, gdyż wówczas szaleje tu huragan. Ponad rok temu na sąsiednich Antylach Holenderskich zniszczył wyspę St. Maarten. Woda przelewała się przez lotnisko do zamkniętej wewnątrz zatoki, gdzie schowały się prawie wszystkie jachty. Prądy i silne podmuchy uszkodziły ok. 150 jednostek.
Aby uchronić się przed żywiołem, żeglarz Piotr Rutkowski obrał kurs na spokojne wody Wysp Dziewiczych. Rutkowski jest wrocławianinem, który w 1973 r. wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Tam wpadł na pomysł kupowania upadających firm budowlanych, dokonywania ich sanacji, a następnie odsprzedawania dobrze już funkcjonującego przedsiębiorstwa z zyskiem. Interes okazał się dochodowy i pozwolił na zrealizowanie marzeń.
W nowozelandzkiej stoczni na zlecenie polskiego biznesmena zbudowano jacht. Nosi imię "Girasol", co po hiszpańsku znaczy "słonecznik" albo "podążać ku słońcu". Był to ukłon wobec żony Hiszpanki, która uczestniczy we wszystkich podróżach morskich. Na nowoczesnej i doskonale wyposażonej łodzi Rutkowscy pływają sześć miesięcy w roku. Jacht został tak zaprojektowany, aby nawet w trakcie podróży przez Atlantyk poradziły sobie z nim dwie osoby. Przed taką wyprawą Rutkowscy odwiedzają z reguły spokojne Wyspy Dziewicze, gdzie szybują pelikany, z wody wyskakują latające ryby, a obok łodzi przepływają żółwie morskie. - Żeglarze odwiedzający te wyspy nie są zwykłymi Amerykanami. Jedni są tak bogaci, że stać ich nawet na zbudowanie tu własnej posiadłości, dla innych są to wakacje życia, na które oszczędzali latami - mówi Piotr Rutkowski.

Więcej możesz przeczytać w 10/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0