MENU

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dom Aukcyjny Agra-Art słynie z niekonwencjonalnych posunięć: pierwszy wprowadził transmisję internetową z licytacji, a najnowszą jego propozycją jest poszerzenie działalności o aukcje wyłącznie sztuki współczesnej, dotychczas traktowanej raczej marginalnie. Pierwsza licytacja tego typu odbyła się w niedzielę w hotelu Bristol. Przebiegała w dwóch etapach: w pierwszym obiekty, których ceny wywoławcze ustalono na 100 zł, wystawiano w Internecie. Od 25 października do 15 listopada trwała aukcja elektroniczna. Uzyskane w ten sposób ceny stały się punktem wyjścia do drugiego etapu, czyli licytacji tradycyjnej. Wśród autorów prac znaleźli się Jerzy Nowosielski, Andy Warhol, Salvador Dali, Zdzisław Beksiński, Jan Lebenstein, Alfred Lenica, Jan Cybis, Arman, Franciszek Starowieyski i Edward Dwurnik. Najwyżej internauci wycenili płótno Jerzego Nowosielskiego "Niewolnice na Morzu Egejskim" (20,1 tys. zł), które w licytacji tradycyjnej również uzyskało najwyższą cenę - 100 tys. zł (do tej pory za obrazy tego malarza płacono około 30 tys. zł). Podczas aukcji na żywo ceny dzieł wystawianych w sieci kilkakrotnie wzrosły. Na przykład za litografię Friedensreicha Hundertwassera "Barbakan" zapłacono 33 tys. zł (internauci proponowali 2 tys. zł), a rysunek Brunona Schulza wylicytowano do 13 tys. zł (z 800 zł). Wysokie notowania uzyskały również prace Beksińskiego. Płótna Mojżesza Kislinga i Tamary Łempickiej, których aukcja miała być wydarzeniem niedzielnej imprezy, nie znalazły nabywców, co należy przypisać wysokim cenom wywoławczym. W sumie aukcja była bardzo udana, co może się przyczynić do zmiany pozycji sztuki współczesnej na rynku.


17 listopada Galeria Zachęta odnotuje jako dzień "ostatniego zajazdu w Warszawie". Agresorem w stylu sarmackim był Daniel Olbrychski, który jednak rzecz wyreżyserował całkiem współcześnie: wystąpił co prawda z szablą, ale i z ekipą telewizyjną. Obiektem cięć stały się fotosy aktorów (w tym jego samego) w hitlerowskich mundurach, będące częścią wystawy Piotra Uklańskiego "Naziści". Autor ekspozycji, umieszczając w biegnącym przez trzy ściany pasie kadry filmowe i portrety malarskie postaci nazistów, chciał sportretować stereotyp powielany przez film i sztukę. Aktor natomiast chciał zaprotestować przeciwko wykorzystaniu bez wiedzy i zgody jego i innych aktorów wizerunków, które mogłyby nasunąć sugestię, że mają oni upodobania nazistowskie. Tymczasem jego gest odebrany został jako desperacka chęć zwrócenia na siebie uwagi, a co więcej - Olbrychski przysporzył reklamy nie sobie, lecz wystawie, którą w ostatni weekend publiczność interesowała się bardziej niż jednocześnie pokazywanymi w Zachęcie dziełami klasyków XX wieku. A poza tym wandalizm zawsze pozostaje wandalizmem. (DS)

W jaki sposób współczesny teatr poczyna sobie z wielkim polskim dramatem? Ostatnio dzień po dniu na dwóch scenach odbyły się premiery "Nie-boskiej komedii" Zygmunta Krasińskiego (Teatr Stary w Krakowie) oraz "Nocy listopadowej" Stanisława Wyspiańskiego (warszawski Teatr Narodowy). Noblesse oblige - przedstawienia grane w takich miejscach powinny mieć wysoką rangę artystyczną i intelektualną. Stało się jednak inaczej. "Nie-boska" w reżyserii Krzysztofa Nazara jest piramidalnym nietaktem - począwszy od ckliwej muzyki Zygmunta Koniecznego i szpetnych dekoracji Andrzeja Przedworskiego, a na pozbawionych gustu pomysłach inscenizatorskich skończywszy. Był tam Chrystus ukrzyżowany pod mrugającym telewizorem (telewizor jako wróg wiary?), sceny małżeńskie na rozpiętej linie (jak z teledysku), grupa obscenicznie podrygujących rewolucjonistów w krzykliwych strojach rodem z sex shopu. Znakiem scenicznym, pozwalającym się domyślić, o co generalnie chodziło reżyserowi, są podniszczone walizki szaro odzianych arystokratów inteligentów, którzy giną w kapitalizmie. Zbudowana takimi środkami analogia wielkiej rewolucji i dzisiejszych polskich przemian jest chybiona, a przy tym podana tandetnym językiem scenicznym w stylu lat 70.
Jerzy Grzegorzewski wystawił "Noc listopadową" na deskach Teatru Narodowego powtórnie po dwóch latach. Pierwsza realizacja stanowiła sceniczny rebus. Reżyser dostał wówczas za nią cięgi i dziś postanowił pokazać, że potrafi zrealizować dramat Wyspiańskiego "po bożemu". I rzeczywiście, spektakl niczym bryk dla leniwych licealistów przejrzyście relacjonuje akcję dzieła. Grzegorzewski ujawnił się tu jako mistrz skrótu. Również strona wizualna jest niezwykle jak na niego prosta - każda scena ułożona została na kształt obrazu, zawsze z wielkim smakiem. Niektóre są przejmująco piękne, jak ten, gdy polegli w walce powstańcy i ciemięzcy wspólnie odpływają weneckim kanałem do innego świata. Spektakl toczy się wartko, sceny przechodzą płynnie jedna w drugą, akcja podana jest w sposób klarowny. Wszystko jasne - i martwe jak muzealna rekonstrukcja, pozbawiona namiętności i dramatu ludzi wciągniętych w wir historii. Dobrzy skądinąd aktorzy nie mieli szansy, by przedstawić tętniące emocjami postaci Wyspiańskiego. Co więc było przyczyną zmierzenia się po raz wtóry Grzegorzewskiego z "Nocą"? Trudno dociec.
Obie interpretacje klasyki w Krakowie i Warszawie, zarówno ekstrawagancka, jak i wierna literze, nie zachowują ducha dzieła. Wielu wątpi, czy jest to dziś możliwe. Mówi się, że nasi klasycy są przestarzali, że problemy, które ich dręczyły, nikogo dziś nie obchodzą, bo dotyczą czasu niewoli czy dawno minionej historii. To nieprawda. Lustro, jakie uczciwi aż do okrucieństwa polscy klasycy stawiali przed naszymi przodkami, dziś stoi przed nami. Brak tylko wielkiego inscenizatora.

Więcej możesz przeczytać w 48/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0