Uczuciowi analfabeci

Uczuciowi analfabeci

Dodano:   /  Zmieniono: 
Odnoszę wrażenie, że poruszamy się w sferze uczuciowego analfabetyzmu, to znaczy powszechnej nieumiejętności mówienia o swoich uczuciach. Nie tylko brakuje nam słów, jeszcze częściej w ogóle nie wiemy, co czujemy
Spróbujmy wyobrazić sobie taką sytuację. Dzwonek do drzwi, otwieramy, w progu stoi jakiś młody człowiek z bukietem kwiatów i wręczając je, pyta: czy domyśla się pan, od kogo są te kwiaty? Co prawda jeszcze się nie domyślam, ale za to widzę za plecami kwiaciarza wycelowaną we mnie kamerę, facetów od dźwięku, światła, czyli - krótko mówiąc - ekipę telewizyjną. Filmują moje reakcje, żebrząc o wzruszenie lub gniew, czyli o wyraziste emocje. Zapewne jestem w programie "Wybacz mi". Co bym zrobił? No cóż, jak znam siebie, przegoniłbym faceta z kwiatami, zamknął drzwi i zastanowił nad tym, kto mógł wpaść na pomysł, żeby nasłać na mnie telewizję. Następnie zadzwoniłbym do podejrzanych i po ustaleniu, o kogo chodzi, naurągałbym jeszcze, że trzeba być skończonym idiotą, żeby takie sprawy załatwiać przez telewizję, a nie osobiście.
A jednak formuła "Wybacz mi" ma zaskakujące wzięcie. Ludzie popłakują, proszą krewnych i znajomych o wybaczenie starych grzeszków i chętnie korzystają z protezy emocjonalnej, jaką oferuje im telewizja. Dlaczego to robią? Czy można wierzyć w szczerość intencji kogoś, kto ze swoich uczuć decyduje się zrobić komercyjne widowisko? Może chcą się tylko znaleźć na ekranie, a w następnym zwykłym, nie telewizyjnym dniu zaczną się zachowywać jak dawniej? Czy na pewno będą się umieli z sobą skutecznie komunikować?
Oglądam talk shows nowej generacji, w których miejsce gwiazd zajmują tzw. zwykli ludzie, z mieszanymi uczuciami. Przeraża mnie schematyzm spraw i nieumiejętność mówienia o nich. Braki w słownictwie, a także w rozumieniu tego, co znaczą wypowiadane słowa. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że poruszamy się w sferze uczuciowego analfabetyzmu, to znaczy powszechnej nieumiejętności mówienia o swoich uczuciach. Nie tylko brakuje nam słów, jeszcze częściej w ogóle nie wiemy, co czujemy. Ważne słowa zastępujemy sloganami, sformułowaniami zasłyszanymi w serialach lub przekleństwami. Mimo że wtedy wypowiadamy całe zdania, tak naprawdę nie stajemy się bardziej komunikatywni od szczekającego psa. Szczekamy, a nie mówimy! Nawet sami dla siebie coraz rzadziej i z coraz większą trudnością werbalizujemy to, czego pragniemy lub co odczuwamy. Poruszamy się więc w świecie uczuć nie nazwanych, a przez to bardzo często mylnie odbieranych. Przez to przegrywamy. W drobiazgach i w wielkich sprawach.
W takiej sytuacji usłużnie podsunięta przez telewizję pomoc dla niektórych wydaje się zbawieniem. Ale nie jest. Bo rozmowa w studiu z dziennikarką w obecności kamer i publiczności nie daje szansy na szczerość. Jest protezą szczerości. Tu za słowa "wybacz mi" dostaje się brawa, a skrucha jest taką samą rozrywkową atrakcją jak numer z piórami na schodach w rewii.
Może dlatego ciągle czekam, że w "Wybacz mi" któryś z nachodzonych w domu bohaterów powie: kwiatów nie przyjmuję, ale jeśli ten, kto je wysłał, chce ze mną porozmawiać, to proszę bardzo - osobiście, a nie przez telewizję!
No, ale my przecież jesteśmy w większości analfabetami-ekshibicjonistami. Nie tylko nie potrafimy sobie poradzić z wyrażaniem uczuć i rozwiązywaniem konfliktów emocjonalnych, ale jeszcze lubimy obnażać swoją siną nagość duszy. To dopiero adrenalina! Nic nie zrobić, a jednak usłyszeć, że się jest odważnym! Z własnych błędów i słabości uczynić sobie przepustkę na szklany ekran. I pozwolić, żeby ktoś za nas wręczył kwiaty...
Podobnie mieszane uczucia mam zawsze, gdy oglądam twarze poszukiwanych osób w programie "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Młodzi i starsi, ładni i brzydcy, zdrowi i chorzy (co czasem widać). Znikają, bo mają jakieś powody. Na pewno dla nich tak ważne, że decydują się na ten krok. W telewizyjnym studiu pojawiają się ich najbliżsi i proszą o powrót, choćby o jakikolwiek kontakt. Są zrozpaczeni. Czasem wyobrażam sobie, że to ja uciekłem i teraz oglądam ten program. Słucham argumentów rodziny, żeby wrócić. Jakież one są błahe! Trochę łez i trochę słów tak banalnych, że aż trudno uwierzyć, iż dotyczą bliskiej osoby. "Dopiero po jego odejściu uświadomiłam sobie, jak bardzo mi pomagał" (To ma być argument??? Żeby znowu dać się wykorzystywać?). "Teraz nie ma kto mnie ogolić" (to samo!). "Wszystko ci wybaczymy i będzie jak dawniej" (właśnie przed tym uciekłem!). Siedzę i czekam na jedno słowo, które mnie przekona, że powinienem wrócić. Nie ma go. Jest dużo innych, których nie potrzebuję. A więc jednak oni mnie nie rozumieją! Taki jest wniosek. Pytani o to, jaki byłem, odpowiadają: był spokojny, zamknięty w sobie. Mój Boże! I to wszystko, co potraficie powiedzieć o synu, bracie, ojcu, mężu? Że był zamknięty w sobie?!
Uczuciowi analfabeci nie miejcie złudzeń: jeśli nie nauczycie się uważnie obserwować swoich bliskich, nazywać swoich uczuć i skutecznie ich komunikować, nie uda się wam ciekawie przeżyć życia. Prędzej czy później traficie do programu "Wybacz mi". I zrobicie z siebie... widowisko. 

Więcej możesz przeczytać w 48/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0