Jaki dialog?

Jaki dialog?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Komisje trójstronne, uzurpujące sobie prawo do niepodważalnych decyzji, są zagrożeniem dla demokracji. Przynoszą też szkody rynkowi i ludziom



Sporo mówi się ostatnio o "dialogu społecznym", mając na myśli regularne spotkania w sprawach gospodarki między pracodawcami, związkami zawodowymi i ewentualnie rządem. Samo wyrażenie "dialog", a na dodatek "społeczny", brzmi tak atrakcyjnie, że zapewne emocjonalnie ma się do tego od razu stosunek pozytywny. Bo jakże można być przeciw "dialogowi społecznemu"?! Dlatego - aby nie wpaść w pułapkę bezrefleksyjnej akceptacji - warto wprowadzić kilka rozróżnień.
W każdej grupie czy społeczeństwie toczy się przez cały czas wiele rozmaitych dialogów rozumianych jako wymiana poglądów, informacji, propozycji pomiędzy co najmniej dwoma członkami owej grupy czy społeczeństwa. W tej masie dialogów warto rozróżnić dwie grupy: 1. dialog niedecyzyjny, 2. dialog decyzyjny. Ten pierwszy z definicji nie prowadzi do żadnych rozstrzygnięć realizowanych poprzez system władzy lub przez umowę. Efektem drugiego są przynajmniej wstępne decyzje podejmowane w ramach systemu władzy lub w formie umowy.
Najważniejszą pod względem skali i znaczenia dziedziną dialogu decyzyjnego jest rynek. Nie mam tu na myśli miejsca sprzedaży towarów, lecz stały mechanizm rozmów, negocjacji i uzgodnień między milionami dostawców reprezentujących podaż i milionami odbiorców reprezentujących popyt. Cechą definiującą rynek jako masowy, systematyczny mechanizm koordynacji zamierzeń ludzi występujących w owych rolach jest to, że po każdej stronie występują indywidualne podmioty (osoby fizyczne lub organizacje), a nie ich reprezentacje. W tym drugim wypadku mówi się o negocjacjach zbiorowych, które są pojęciowo bliskie "dialogowi społecznemu". Rynek działa wtedy, gdy podaż, popyt i ceny (a w tym płace) mogą się elastycznie zmieniać i dostosowywać, a nie są usztywnione przez biurokratyczne przepisy i inne bariery.
Rynek jest mechanizmem dialogu i uzgodnień pomiędzy ludźmi i organizacjami, które mają szeroki zakres wolności. Nie należy nigdy generalnie przeciwstawiać państwa rynkowi. Niektóre formy działania państwa są bowiem potrzebne do działania rynku, a inne są mu wrogie. Każdy rynek potrzebuje jasnego prawa i jego skutecznej egzekucji.
A co się dzieje, gdy w danym kraju zabiera się ludziom wolność gospodarczą? Wtedy rynek kurczy się do czarnego rynku i nie może realizować swojej funkcji dialogu i uzgadniania zamierzeń dostawców i odbiorców. Powstaje próżnia w zakresie koordynacji, którą nieuchronnie wypełnia nierynkowy, biurokratyczny mechanizm dialogu i uzgodnień, nazywany centralnym planowaniem albo mechanizmem nakazowo-rozdzielczym. Był on rdzeniem socjalizmu w gospodarce i wszędzie prowadził do marnotrawstwa, nieefektywności i kolejek. Wyeliminowanie wolności gospodarczej okazało się dla społeczeństwa bardzo kosztowne. A na dodatek żadnego nierynkowego systemu gospodarczego nie da się trwale pogodzić z demokracją w sferze polityki.
W każdym kraju o gospodarce rynkowej toczy się decyzyjny dialog dotyczący warunków działania firm i konsumentów. Główne typy tych warunków to przepisy i egzekucja prawa oraz otoczenie makroekonomiczne rynku, zależne od stanu finansów państwa i siły presji płacowych.
Z mechanizmu grupowych uzgodnień wyłączona jest w krajach OECD polityka monetarna (na przykład ustalanie stóp procentowych). Uznano bowiem powszechnie, że powinna być ona domeną niezależnego banku centralnego lub jeszcze bardziej rygorystycznych rozwiązań. Tylko w ten sposób - jak słusznie się sądzi - można uchronić wartość pieniądza przed interwencjami politycznymi.
We wszystkich krajach demokratycznych rozmaite organizacje i osoby próbują wywierać naciski na ciała polityczne: partie, rząd, parlament i poszczególnych posłów. We wszystkich krajach występuje też problem, jak uregulować ten "dialog", aby nie był głównie płaszczyzną agresywnego lobbingu, mającego określonym grupom zapewnić korzyści (na przykład ulgi podatkowe, subsydia, ograniczenie konkurencji) kosztem reszty społeczeństwa. Niezbędnym rozwiązaniem jest jawność informacji o działaniach polityków i urzędników. Jestem zwolennikiem jawności deklaracji majątkowych polityków, zarówno szczebla samorządowego, jak i krajowego.
W krajach OECD można wyróżnić dwie grupy ze względu na instytucjonalizację "dialogu społecznego", czyli rozmów między pracodawcami, związkami zawodowymi z ewentualnym udziałem rządu. W pierwszej grupie partnerzy przedstawiają swoje stanowiska w ramach normalnego funkcjonowania ciał politycznych, w tym zwłaszcza parlamentu. Do tej grupy należą m.in. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Nazwiemy to modelem A. W drugiej grupie istnieją specjalne instytucje, często nazywane komisjami trójstronnymi, które mają być płaszczyzną grupowego dialogu. Nazwijmy to modelem B. Istnieje on w niektórych krajach Unii Europejskiej.
Nie znajduję dowodów na rzecz przewagi gospodarczej drugich nad pierwszymi, a na pewno brak przesłanek, aby twierdzić, że zastosowanie modelu B jest zasadniczym warunkiem gospodarczego sukcesu. Sam wybór między modelem A i B jest po prostu dla rozwoju gospodarki o wiele mniej istotny niż inne czynniki, takie jak udział sektora prywatnego w gospodarce, jej otwarcie na świat, wolność i elastyczność rynków, stan finansów państwa, typ systemu podatkowego, jakość otoczenia prawnego rynku.
Ponadto model B może się wyrodzić w rozwiązania korporacjonistyczne, w silnej postaci zagrażające demokracji i/lub działaniu rynku. Zagrożenie dla demokracji istnieje wtedy, gdy komisje trójstronne uzurpują sobie prawo do decyzji, które potem miałyby być automatycznie "zaklepane" przez parlament. Rynek i ludzie są narażeni na szkody zwłaszcza, gdy dialog społeczny prowadzi do jednolitego ustalania podwyżek płac w ramach poszczególnych branż i gdy silnie usztywnia płace. Co się wtedy dzieje? Gospodarka jest pozbawiona możliwości elastycznego reagowania, a słabe firmy muszą wypłacać te same podwyżki płac co silne przedsiębiorstwa. Jedno i drugie prowadzi do bezrobocia.
Można wskazać przykłady, gdy dialog społeczny przyczynił się do poprawy warunków funkcjonowania firm, a przez to do rozwoju gospodarki i spadku bezrobocia. Myślę o Irlandii i Holandii. W obu krajach z udziałem związków zawodowych uzgodniono radykalne uzdrowienie finansów publicznych, a w Holandii dodatkowo liberalizację prawa pracy, czyli usunięcie z niego przeszkód w tworzeniu miejsc pracy przez przedsiębiorstwa.
Takiego dialogu społecznego bardzo potrzebujemy. Kiedy się go doczekamy?

Więcej możesz przeczytać w 49/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0