Ojczyzna utracjuszy

Ojczyzna utracjuszy

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polska jest dziwnym krajem, w którym więcej się zarabia niż produkuje


Stanisław Prus-Szczepanowski podał w "Nędzy Galicji" jako ważny powód zacofania fakt, że Galicjusz je za pół, a pracuje za ćwierć. Po 112 latach sytuacja niewiele się zmieniła. Polak pracuje jak za ćwierć, je jak za pół, wyposażenie gospodarstwa ma jak za trzy czwarte, a zarabiać chciałby jak cały Niemiec.
Polska z produktem krajowym brutto wynoszącym (wedle parytetu siły nabywczej) ponad 7,5 tys. USD plasuje się pod koniec trzeciej dziesiątki państw. Około dwóch trzecich krajów jest od nas biedniejsze, jedna trzecia zaś - bogatsza (Niemcy aż czterokrotnie). Jeżeli jednak podobną klasyfikację przeprowadzimy nie na podstawie dochodu narodowego, lecz wysokości płac, to ostro awansujemy (o kilkanaście pozycji). Polska jest bowiem dziwnym krajem, w którym więcej się zarabia niż produkuje.
Ten fenomen ekonomiści potrafią łatwo wyjaśnić. Oszczędności w Polsce są bowiem niższe niż w krajach o podobnym dochodzie, a udział płac w PKB większy. (Z tego także bierze się nasz deficyt w bilansie płatniczym oraz wysokie stopy procentowe. Ponieważ mało oszczędzamy, chętnie podpieramy się kapitałem z zewnątrz.) Mówiąc językiem dziadów i ojców, współcześni Polacy są utracjuszami, którzy nie lubią myśleć o przyszłości (po nas choćby i potopik), za to chętnie by jedli i pili.
Po części jest to dziedzictwo komunizmu. Jeżeli 50 lat żyliśmy w systemie, w którym gromadzenie majątku było nonsensem, ponieważ w każdej chwili można go było człowiekowi zabrać (przez pierwsze kilkanaście lat zabrać mogli także i człowieka), to musiało to wywoływać szczególne odruchy psa Pawłowa. Dobrze oddaje to prawdziwie ludowa sowiecka czastuszka, której refren brzmiał: "Da jeliby, da piliby, da nie rabotaliby ni...".
Można było się przyzwyczaić, to można także odwyknąć. Owo rozstanie z nałogiem przebiega jednak różnie w poszczególnych krajach. Czesi i Węgrzy dość szybko dostosowali płace do swoich możliwości. Kraje WNP uparcie tego odmawiały i zrobiło to za nie życie (tyle że na bardzo niskim poziomie). Polska plasuje się między dwoma modelami wiary: wiary w pracę i wiary w cuda.
Także w porównaniu z krajami Unii Europejskiej polskie zarobki nie wyglądają najgorzej. W 1998 r. płace netto pracowników przemysłu przetwórczego w krajach piętnastki wynosiły od 1645 euro w Niemczech do 486 euro w Portugalii (wówczas dolar równy był 1,005 euro). W Niemczech były zatem 4,5-krotnie wyższe niż u nas, a w Portugalii - większe tylko o jedną czwartą. Ale dane te trzeba skorygować. Przeliczenia polskich płac na dolary dokonano na podstawie relacji kursowych. Cena dolara (marki, eskudo etc.) jest jednak w naszym kraju zawyżona prawie o połowę. Licząc w rzeczywistej wartości nabywczej, za dolara kupuje się u nas tyle, ile za około 3 zł. Jeżeli wprowadzimy do rachunku taką poprawkę, okaże się, że nasze płace (mniej więcej 500 euro) są wyższe niż w Portugalii (a PKB w Portugalii wynosi w przeliczeniu na mieszkańca 14,6 tys. USD, czyli w rachunku parytetowym dwa razy więcej niż u nas). Znacząco zmniejszy się także dystans do Niemiec (do poziomu 40 proc. tamtejszych zarobków).
Powyższy rachunek potwierdza zestawienie siły nabywczej przeciętnej płacy (na przykład mięsa wołowego czy herbaty za średnią pensję możemy kupić więcej niż Niemiec) oraz wskaźniki wyposażenia gospodarstw domowych (samochodów nie mamy cztery razy mniej, lecz jedynie o niecałe 40 proc. mniej). Mimo to jego prawdziwość jest często kwestionowana. Ta średnia - mówią oponenci - bierze się z dużych kominów płacowych prezesów i dyrektorów. Przeciętny robotnik zarabia znacznie mniej. To prawda. Rzeczywiście na średniej ważą zarobki wysokie. Tyle że tak jest wszędzie. I można tu co najwyżej zapytać o koncentrację dochodów. To znaczy, czy różnica między dochodami bogaczy i biedaków jest w Polsce wyższa niż w innych krajach.
Poszukajmy odpowiedzi. Sięgam po "1999 CIA World Factbook" z zestawieniem dochodów państw, ujmującym średnie pensje 10 proc. najbogatszych i 10 proc. najbiedniejszych obywateli. Podzielenie dochodów tych dwóch grup jest jedną z najlepszych miar zróżnicowania dochodów - im iloraz jest wyższy, tym większe są różnice między bogatymi i biednymi; im niższy, tym społeczeństwo jest bardziej egalitarne. Do najbardziej egalitarnych krajów należą byłe państwa socjalistyczne ("Da jeliby, da piliby...") oraz typu welfare state (pracowali, to przez jakiś czas mają co dzielić). Grupę welfare state stanowią kraje skandynawskie i Niderlandy. A Polska - wbrew opiniom naszych socjalistów - jest jednym z najbardziej egalitarnych państw. (To tłumaczy także relatywnie małe oszczędności. Tak bowiem już jest, że więcej oszczędzają bogaci, a jeśli jest ich mało, to i oszczędności muszą być niskie.) Oczywiście, nie jesteśmy tak egalitarni jak Słowacja (za Meciara) i Białoruś, ale też do takiego poziomu nie pretendujemy.
A zatem w naszym wypadku nie następuje sztuczne zawyżenie średnich zarobków z powodu kominów płacowych. Co wobec tego je zawyża? Wynagrodzenia, które nie mają uzasadnienia w wynikach ekonomicznych. Przede wszystkim płace w firmach deficytowych (górnictwo węglowe, hutnictwo, zbrojeniówka, kolej itd.). Skoro przedsiębiorstwa te przynoszą straty, pensja pracowników powinna wynosić zero (a zakłady powinny zbankrutować). Natomiast w rzeczywistości (vide górnictwo) zarobki często przekraczają tutaj średnią krajową. Z czystym sumieniem mogę dołączyć do nich również większość polityków i sporą część administracji. Jeżeli cokolwiek tworzą, to jedynie "produkt ujemny". Co więcej, nie wydaje mi się, aby w przyszłości ta lista się skróciła. Górnicy grożą strajkiem, bo nie dostali podwyżek przewyższających inflację. Strajkiem grożą także nauczyciele i służba zdrowia. I jedni, i drudzy nie domagają się jednak poddania ich branż konsekwentnej reformie, uzależniającej płace od rzeczywistych wyników (w takim strajku gotów jestem uczestniczyć). Domagają się podwyżek za sam fakt swojego istnienia.
"Istnieję, a zatem powinienem dobrze zarabiać" - zdaje się mniemać przeciętny Polak pracujący w administracji, sferze bud-żetowej czy firmach państwowych. Dobrze zarabiać, czyli zdecydowanie więcej niż w Bułgarii, Estonii, Rosji, Rumunii, na Łotwie, Litwie czy Ukrainie. Także więcej niż w Czechach, Słowacji i na Węgrzech. A nawet więcej niż w Portugalii. Najlepiej tyle, ile zarabia się w Niemczech. No bo przecież budując kapitalizm, uchwaliliśmy, że ma to być welfare state, a nie jakiś latynoamerykański kapitalizm Gwatemali czy Paragwaju. Dlatego rząd musi postanowić, że zarobimy jak Niemcy, a podzielimy jak Białorusini. Tylko że w gospodarce rynkowej jest to niemożliwe.

Więcej możesz przeczytać w 50/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0