Zmartwychwstanie "Trędowatej"

Zmartwychwstanie "Trędowatej"

Dodano:   /  Zmieniono: 
Od marca Polsat emituje nową wersję najsłynniejszej powieści Heleny Mniszkówny
Dniało. Wstawał świt. Jasna smuga na wschodzie rozszerzała się dalej i dalej, z różowej wpadała w tony blade, coraz świetlistsze, prawie przejrzyste, haftowane na tle złotogłowiu" - tym niepowtarzalnym stylem Helena Mniszek rozpoczęła na początku kończącego się właśnie wieku "Trędowatą". Ta opowieść, okrzyknięta esencją kiczu, okazała się jednak niezniszczalna. Najnowszy dowód: na początku marca Polsat zaczyna emisję serialu nakręconego na podstawie powieści. Wprawdzie scenarzystami są zawodowi satyrycy (Jan Tadeusz Stanisławski, Krzysztof Jaroszyński), ale zarzekają się oni, że film nie stracił patetycznej tonacji. Debiutantom w rolach głównych towarzyszą weterani - Beata Tyszkiewicz i Leon Niemczyk.
"Trędowata" wygląda na niezniszczalną: przetrwała bez większego szwanku setki głośnych karier pisarskich, wzloty i upadki całych szkół literackich, by nie wspomnieć o dwóch wojnach światowych oraz powstawaniu i rozpadzie ustrojów politycznych. Helena Mniszek wydała "Trędowatą" w 1909 r. za własne pieniądze i książka rozeszła się błyskawicznie, mimo powściągliwych ocen tuzów ówczesnej krytyki, na przykład Wiktora Gomulickiego (kto go dziś pamięta?). Powieść przeczytał w rękopisie i przychylnie zaopiniował Bolesław Prus. "Pokochałam go od razu jak ojca, a gdy usłyszałam wyczekiwany, decydujący dla mnie wyrok, uniesiona szałem radości, ręce Prusa przycisnęłam do ust" - wspominała autorka po latach.
Znawcy jej twórczości twierdzą, że Mniszkówna autorką bestsellerów stała się właściwie niechcący: z wrodzoną grafomanom łatwością spisywała po prostu wrażenia, jakich dostarczały jej sentymentalne francuskie lektury dla dobrze urodzonych panien i własne życie. "Zbyt była egzaltowana, zbyt niepraktyczna. Pisała dużo, bo był w niej jakiś przymus, potrzeba ekspresji" - oceniała Maria Bujnicka. Ponadto wychowała się na "Trylogii" - jej siostra Ziuta, odpytywana przez Barbarę Wachowicz, wspominała, że Helena znała całe strony na pamięć. Natomiast kiedy pisała "Trędowatą" w dworku w Sabnie, miała zwyczaj czytania fragmentów domownikom, którzy doradzali, jak ma pokierować losem Stefci Rudeckiej. Identyfikacja z bohaterką była tak silna, że pracująca we dworze nauczycielka córek pisarki, czytając opis śmierci Trędowatej, zemdlała.
Przedwojenni wydawcy - a były wśród nich tak znaczące oficyny, jak Gebethner i Wolff oraz M. Arct - traktowali Mniszkównę jak maszynę do szybkiego zarabiania pieniędzy. Nie nanosili redaktorskich poprawek ani nie przesyłali autorce egzemplarzy do korekty przed drukiem, nie namawiali do pracy nad stylem i odchudzania tekstów. Wskutek tego powieści Mniszkówny w sferach artystowskich uznano nie tylko za kwintesencję kiczu, ale i niechlujstwa. "Powieść tę powinna była poczytywać jedynie za ćwiczenie - jako takie zachować na dnie biurka, albo co lepiej spalić, albo wreszcie wydać, lecz po zasięgnięciu wskazówek wybitnego znawcy piśmiennictwa" - oceniał "Trędowatą" w 1909 r. krytyk pisma "Społeczeństwo". "Kury sadzić zamiast pisać książki" - radził jeden z recenzentów. "Trzeba dużej siły woli i pewnego rodzaju poświęcenia, aby powieść tę, typowy płód grafomanii kobiecej, przeczytać do końca" - dodawał recenzent "Nowej Reformy".
Szydercy byli bezlitośni. Magdalena Samozwaniec parodiowała "Trędowatą": "Nie wiedziała, jak i kiedy znaleźli się wśród szalonego tańca w oranżerii, gdzie od przepysznych wschodnich palm, rododendronów, pterodaktylów, cynegali i eukaliptusów trzęsła się dosłownie cała oszklona sala. Steńka w całym życiu swym nie widziała takich kosztowności flory. Toteż, cała jeszcze pod wrażeniem cudownego zakątka, padła, zmęczona nieco upajającym walcem Straussowskim, na poręcz kryształowego krzesła w formie wazy greckiej, które ozdabiało to bukoliczne atrium". Autorka posunęła swą drwinę do granic. Stworzyła symulację, jak Helena Mniszkówna napisałaby powieść socrealistyczną: "Traktor niby potwór wschodni z czarnego onyksu, zwanego też przez niektórych porfirem, przebierał niecierpliwie kołami, drepcząc na miejscu. Brona, jak grzebień malachitowy, czesała ugór niedbale. Traktorzystka, siedząc na przełaj na małym, iście miniaturowym siedzeniu, krzepkim 'Stój' i 'Hola' zatrzymywała na miejscu rozpędzonego rumaka".
W początkowym lekceważeniu i w późniejszej zapiekłej nienawiści wobec błahej powieści, która stała się bestsellerem, wyraźnie wyczuwa się element schizofrenii środowiska literackiego. Uważało się ono za wykonawcę pozytywistycznego testamentu głoszącego pracę u podstaw, a więc oświecanie ludu i zachęcanie go do lektury, ale jednocześnie miało temu ludowi za złe, że poznawszy alfabet, sięga nie po literaturę wyrafinowaną, lecz po Mniszkównę. I najgorsze: "Trędowata" nie była wyłącznie lekturą kucharek: czytywano ją w redakcjach, pensjach dla dobrze urodzonych panien, a w bibliotekach miasteczek brakowało egzemplarzy dla chętnych, ponieważ książka bywała fizycznie "zaczytana". U źródeł tej fascynacji nie leży wyłącznie łatwość przyswajania stereotypu. Głównym motywem powieści nieprzypadkowo jest mezalians, który łamał życie najważniejszym postaciom literackim tamtej epoki - zarówno Bohunowi, jak i Wokulskiemu. Tragizm miłości zarejestrowanej przez Żeromskiego w "Wiernej rzece" również opiera się na tym, iż związku małżeńskiego nie mogli zawrzeć książę i prosta szlachcianka, mimo że w 1864 r. uratowała ona życie temu wysoko urodzonemu powstańcowi. Ale nie był to problem literacki. Młodziutka Marysia Skłodowska też została pozbawiona widoków na zamążpójście z miłości, gdyż dla wybrańca z "białego dworku" była tylko ubogą krewną.
Opisany w "Trędowatej" mezalians był prawdopodobnie literacką reprodukcją romansu prawdziwego, w który młodziutka Helena Mniszek-Tchórznicka, panienka ze zubożałej rodziny szlacheckiej z kresów, wdała się w dworku bogatych krewnych pod mazowieckim Garwolinem. Zamożny i wyżej urodzony kuzyn wykorzystał, a następnie porzucił Helenę, gdy była w ciąży. Zagrożona życiowym krachem, oddała synka (Waldemara!) na wychowanie żonie leśniczego. Skandal zatuszowano, ale motyw niedoli ubogiej krewnej, przed którą piętrzą się bariery kastowe, stał się głównym tworzywem jej powieści. Życie upłynęło jej na kresach, z dala od literackich centrów i tam też dokonała żywota w 1943 r.
Do 1939 r. romans Mniszkówny wydano szesnaście razy, a po wojnie szacowne Wydawnictwo Literackie dwukrotnie (w roku 1972 i 1988) publikowało go w stutysięcznym nakładzie. Czytelnicy masowo wycinali kolejne odcinki powieści drukowane na początku dekady gierkowskiej w "Kurierze Polskim" i "Expressie Wieczornym", a każda z tych gazet ukazywała się w nakładzie półmilionowym. Nienasycony rynek zmuszał jednak fanki powieści do kopiowania - urzędniczki przepisywały ją na biurowych maszynach, a gospodynie wiejskie ręcznie. Najczęściej opuszczały przy tym wyrafinowane opisy przyrody. Podobnym zainteresowaniem cieszyły się inne łzawe romanse tej autorki - "Ordynata Michorowskiego" przed wojną wydano trzynaście razy, a "Gehennę" - dziewięć.
Mniszkówna miała też szczęście do filmu. Pierwszą niemą ekranizację "Trędowatej" datuje się na rok 1926 (główne role zagrali Jadwiga Smosarska i Bolesław Mierzejewski) - kopia nie dotrwała do naszych czasów. W drugiej (z 1936 r.) w reżyserii Juliusza Gardana świetny duet stworzyli Elżbieta Barszczewska i Tadeusz Brodniewicz. Muzykę do "Ordynata Michorowskiego" Henryka Szaro z 1937 r. pisał sam Henryk Wars, a w roli tytułowej pokazał się znów Franciszek Brodniewicz, natomiast w jego ojca wcielił się Kazimierz Junosza-Stępowski. W "Gehennie" w reżyserii Michała Waszyńskiego w 1938 r. świetnie pokazała się Mieczysława ĺwiklińska, Antoni Fertner i Lidia Wysocka. W 1976 r. z dużym powodzeniem "Trędowatą" przeniósł na ekran Jerzy Hoffman. Dla telewizji adaptację tej powieści przygotowała Barbara Wachowicz.
Generalny atut "Trędowatej" łączył się z tym, że wątek miłosny nie był tu doklejony na siłę do fabułki o charakterze martyrologicznym. Mniszkówna topornie, ale z przekonaniem relacjonowała wszystkie fazy zalotów. Trzy czwarte powieści rejestruje złożoność miłosnych podchodów. Co najważniejsze - romans opisywany jest z kobiecego punktu widzenia. W tej kobiecości jest jednak dynamit przełamujący klasowe bariery. Zobaczmy bowiem, jakiego przeciwnika w miłosnej grze znalazła uboga guwernantka w arystokratycznym domu. "Waldemar po skończeniu uniwersytetu w Bonn i szkoły rolniczej w Halle wpadł w wir życia, szalał. Przesiadywał za granicą, podróżował. Znał całą Europę. Zwiedzał Algier i Egipt. Polował w Indiach i w stepach amerykańskich, wdrapywał się na szczyty gór, marzył na fiordach norweskich". Ale to właśnie skromna Stefcia Rudecka siłą swej kobiecości ujarzmiła, przywiązała i zniewoliła tak hojnie wyposażonego przez życie ordynata. A że jej wstępny miłosny sukces kończy się śmiercią? Ostatecznie jest to najbardziej demokratyczna forma przeżywania tragedii miłosnej.



Więcej możesz przeczytać w 10/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0