Ameryka kontra Ameryka

Ameryka kontra Ameryka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kolejny lokator Białego Domu będzie słabym prezydentem


Niezależnie od tego, który z kandydatów elektów - republikanin George W. Bush Jr. czy też demokrata Albert Gore - zostanie 43. lokatorem Białego Domu, zdaniem amerykańskich komentatorów, będzie to prezydent na jedną kadencję. Każdy dzień wyniszczającej obie strony kampanii powoduje nadwątlenie mizernego mandatu przyszłego szefa państwa, który będzie miał do czynienia z Kongresem równie podzielonym jak społeczeństwo.

Znani ze skuteczności prezydenci albo mieli za sobą większość swojej partii (przynajmniej w Izbie Reprezentantów), albo też mogli (jak Ronald Reagan) pozyskać poparcie ustawodawców z obu ugrupowań i prowadzić politykę ponadpartyjną. Bush Jr. - jak podkreślają republikanie - ma większe szanse na taką współpracę z Kongresem, ponieważ nie ciąży na nim bagaż sporów z okresu kadencji Clintona, jest człowiekiem spoza Waszyngtonu, a podczas rządów w Teksasie udowodnił, że może pozyskać ustawodawców z obu partii. Inna rzecz, że Kongres USA, którego co drugi członek ma ambicje prezydenckie, nie jest sejmikiem stanowym.
W nowym Kongresie po gorzkich doświadczeniach najdłuższej kampanii przedwyborczej i po jeszcze dłuższych wyborach, które ostatecznie zostaną rozstrzygnięte drogą sądową, pozyskanie przeciwników do współpracy będzie bardzo utrudnione. Tym bardziej że ustawodawcy z ugrupowania przegranego będą od pierwszego uderzenia młotka przewodniczącego Izby Reprezentantów myśleli o... następnych wyborach do Kongresu w roku 2002. Przeważnie bowiem w wyborach przeprowadzanych dwa lata po prezydenckich partia, której kandydat nie zasiada w Białym Domu, zyskuje dodatkowe mandaty w parlamencie. Wynika to między innymi z tego, że Amerykanie opowiadają się za tym, aby władza wykonawcza i ustawodawcza się równoważyły. Po obecnych wyborach grozi to impasem.
W wyniku najdziwniejszych w historii USA wyborów republikanie stracili trzy mandaty w Izbie Reprezentantów i mają mizerną (szczególnie jeśli się uwzględni częste zdrady posłów z obu partii) przewagę ośmiu głosów. W Senacie sytuacja jest bardziej skomplikowana. Stuosobowa izba wyższa podzielona jest niemal dokładnie na pół. Jeśli prezydentem zostanie George W. Bush, decydujący będzie głos przyszłego wiceprezydenta (a więc Richarda Cheneya), który - zgodnie z konstytucją - jest przewodniczącym Senatu.
W razie zwycięstwa Alberta Gore’a pojawia się więcej niewiadomych, ponieważ jego partner w kampanii i kandydat na wiceprezydenta, Joseph Lieberman, został po raz kolejny senatorem ze stanu Connecticut. Jeśli więc Gore zostanie prezydentem, Lieberman będzie musiał zrezygnować z mandatu senatorskiego, a na jego miejsce gubernator stanu Connecticut (republikanin) z pewnością mianuje przedstawiciela swojej partii. W ten sposób republikanie uzyskają w Senacie przewagę dwóch głosów.
"Polityczna arytmetyka" nie jest bez znaczenia, ponieważ od tego, kto będzie miał przewagę, zależy obsada podstawowych komisji i funkcji w izbie wyższej parlamentu, porządek obrad i zatwierdzenie najważniejszych członków przyszłej administracji, a także sędziów federalnych (w tym sędziów Sądu Najwyższego) i członków najistotniejszego dla polityki monetarnej i gospodarki Zarządu Rezerwy Federalnej. Nic dziwnego, że wśród demokratów słyszy się czasami głosy, że byłoby lepiej, gdyby Gore po-godził się z porażką, co pozwoliłoby im na zdobycie kontroli w obu izbach już za dwa lata. Problem polega na tym, że Gore - otoczony tylko najwierniejszymi współpracownikami i rodziną - nie dopuszcza nawet możliwości, że to nie on zostanie prezydentem.
Obóz Busha wykorzystuje rosnące zniecierpliwienie Amerykanów brakiem rozstrzygnięcia wyborów i zwiększa presję na demokratów. Bush Jr. zamierza zbudować gabinet na politykach związanych z administracją ojca. Zapowiedzią tego jest mianowanie kandydata na wiceprezydenta Richarda Cheneya - ministra obrony w administracji Busha seniora - szefem zespołu przejmującego władzę, a Andrew Carda - ministra transportu w administracji ojca - szefem gabinetu. Wśród kandydatów na najważniejsze stanowiska w zespole kształtującym politykę zagraniczną wymienia się już od miesięcy emerytowanego generała Colina Powella, pierwszego Afro-Amerykanina, który był szefem połączonych sztabów amerykańskich sił zbrojnych. Powell miałby zostać sekretarzem stanu. Prof. Condoleezza Rice, była rektor Uniwersytetu Stanforda, jest pewną kandydatką do objęcia stanowiska doradcy ds. bezpieczeństwa państwa. W Waszyngtonie początkowo mówiło się, że ministrem obrony mógłby zostać demokrata Sam Nunn, dawniej długoletni przewodniczący senackiej Komisji Sił Zbrojnych, ten jednak kategorycznie oświadczył, że nie jest zainteresowany powrotem do służby publicznej. To zapowiedź kłopotów, jakie przyszły prezydent będzie miał z istotnym dla uzdrowienia powyborczej atmosfery pozyskaniem członków przeciwnej partii. Nikt - a szczególnie politycy, którzy poważnie myślą o swoich prezydenckich szansach w roku 2004 - nie zamierza się wiązać z administracją, która będzie miała do czynienia z "przepołowionym" Kongresem, a jej polityczny mandat uprawomocni dopiero decyzja sądu - nawet jeśli będzie to Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych.
Wiceprezydent Gore - znany z tego, że wszystkim zajmuje się osobiście - jeszcze nie dyskutuje o nominacjach. Razem ze współpracownikami, a szczególnie wszechobecnym w mediach kandydatem na wiceprezydenta Josephem Liebermanem, w nadziei zaskarbienia sobie sympatii opinii publicznej, nieustannie podkreśla, iż to on wygrał wybory powszechne i chodzi mu oczywiście o to, aby głosy oddane na Florydzie zostały rzetelnie policzone. W ten sposób chce stworzyć wrażenie, iż broni konstytucyjnego prawa obywateli do uwzględnienia ich głosu. Taka taktyka Gore’a, który zatrudnia o 500 prawników więcej niż konkurent, grozi tym, że przylgnie do niego etykietka polityka nie umiejącego się pogodzić z przegraną. Nawet jeśli Gore postawi na swoim, to dla wielu, a z pewnością dla republikanów, będzie prezydentem wybranym przez adwokatów.
Kilka przecznic od Białego Domu, przy skrzyżowaniu ulic Osiemnastej i G w Waszyngtonie, wszystko jest gotowe: odmalowane biura na dwóch piętrach, 500 komputerów, spinacze i teczki oraz budżet w wysokości prawie 5 mln USD. Brakuje tylko lokatora. June Huber, dyrektor biura administracyjnego Białego Domu, delikatnie zakomunikowała przedstawicielom obu sztabów, że do czasu jednoznacznego rozstrzygnięcia wyborów nikt nie zostanie wpuszczony do strzeżonych przez tajną służbę pomieszczeń.
Tymczasem trzydziestoosobowy personel administracyjny nie ma nic do roboty. Zadaniem tych urzędników będzie pomoc przejmującemu władzę zespołowi przyszłego prezydenta elekta w zrozumieniu zasad księgowości, bezpieczeństwa, przepisów rządowych. Z reguły co cztery lata kilka dni po wyborach personel administracyjny pracuje pełną parą, aby przygotować przejęcie władzy i obsadzić sześć tysięcy stanowisk osobami mianowanymi z klucza politycznego. Ponad 700 osób z nich musi zatwierdzić Senat, co nigdy nie było proste, a teraz będzie wyjątkowo trudne.
Na szczęście ojcowie założyciele Stanów Zjednoczonych pozostawili od czasu wyboru do zaprzysiężenia nowego prezydenta 20 stycznia prawie trzy miesiące. 200 lat temu ta zwłoka była uzasadniona trudnościami komunikacyjnymi.

Więcej możesz przeczytać w 50/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0