Posiedzenie ratunkowe

Posiedzenie ratunkowe

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kongres Kultury Polskiej zamierza za pomocą referatów zwiększyć uczestnictwo rodaków w kulturze

Oczekujemy, iż kongres zainteresuje całe społeczeństwo polskie. Powinien upowszechnić świadomość wartości kultury polskiej" - napisali organizatorzy Kongresu Kultury Polskiej, zorganizowanego w dwudziestą rocznicę podobnej imprezy, przerwanej przez wprowadzenie stanu wojennego. Przekonanie, że ogarnięte kapitalistyczną gorączką całe społeczeństwo zwróci się ku dobrom kulturalnym tylko dlatego, że w Warszawie elita artystyczna wygłosi kilkadziesiąt referatów, jest czysto PRL-owskiego pochodzenia. Prawie połowa Polaków nie chodzi do kina, tyle samo nie przeczytało w mijającym roku żadnej książki, tylko 20 proc. rodaków było na koncercie, a filharmonie i opery ściągnęły po 2-3 proc. zainteresowanych - ogłosił OBOP pod koniec listopada.
"Pracownicy kultury polskiej czują się do głębi solidarni z ambitnymi i dalekowzrocznymi celami, jakie stawia przed naszym narodem Polska Zjednoczona Partia Robotnicza" - głosiła uchwała kongresu z października 1966 r., podczas którego dwa tysiące delegatów tej miary, co Jarosław Iwaszkiewicz czy Józef Chałasiński, wystosowało między innymi apel "W obronie narodu wietnamskiego". Takie gesty nikogo nie dziwiły, ponieważ kultura była już wówczas od dwudziestu lat sterowanym, rozbudowanym rytuałem, którego rdzeń stanowiły kongresy, konferencje i zjazdy. Państwo - dysponent zamówień i pieniędzy - organizowało twórcom wszystko: domy pracy twórczej, etaty, nakłady, czytelników i widownię.
W pierwszych latach polskiego stalinizmu właśnie metodą konferencyjną minister kultury Włodzimierz Sokorski narzucał socrealistyczny kurs: kompozytorom na zjeździe w Łagowie, dramaturgom w Oborach, filmowcom w Wiśle, a literatom w Szczecinie. Żadna działalność artystyczna nie mogła się rozwijać bez kontroli. Dyrektorzy teatrów, które od 1949 r. zyskały status przedsiębiorstw państwowych, zostali zobligowani do wykonywania planów. Recenzentów zrzeszono w Klubie Sprawozdawców Filmowych, gdzie na polecenie władz debatowali na takie tematy, jak "Podstawy ideologiczne filmu radzieckiego" oraz "Kryzys filmu amerykańskiego". Nawet satyrycy nie mogli pracować bez odgórnych wytycznych. Podczas ich kongresu w 1948 r. Jerzy Borejsza, jeden z ówczesnych twórców państwowej polityki kulturalnej, nakazywał: "Atakować należy pozostałości szlachetczyzny, tytułomanię, megalomanię, przejawy kapitalistycznej mentalności, alkoholizm, zdziczenie obyczajów i chamstwo, przerosty administracyjne i plotkarstwo".
W tych samych kręgach zrodziła się inicjatywa regulowania życia artystycznego kraju za pomocą systemu nagród państwowych i wysokich odznaczeń. Kiedy w 1949 r. ustanowiono Order Budowniczego Polski Ludowej, uhonorowano nim między innymi Xawerego Dunikowskiego, a Order Sztandaru Pracy przyjął Julian Tuwim. Kierownictwa związków twórczych czuły się zobowiązane, by opiniować nawet zjawiska słabo związane ze sztuką. "Cud lubelski był świadomie zorganizowaną demonstracją przeciw władzy ludowej" - głosiło oświadczenie Zarządu Głównego Związku Literatów, kierowanego przez Jarosława Iwaszkiewicza, wystosowane w odpowiedzi na pojawienie się w lubelskiej katedrze Matki Boskiej Płaczącej. Władza odpowiadała równie wielkim zatroskaniem. Jeszcze w roku 1955, wyraźnie odwilżowym, specjalną naradę KC PZPR w sprawie "sytuacji na froncie kulturalnym" poświęcono kącikowi debiutów poetyckich w "Życiu Literackim".
W dobie gomułkowskiej wzajemne uprzejmości ludzi sztuki i władzy się skomplikowały. "Dlaczego wielu współczesnych pisarzy i innych twórców od dłuższego czasu błąka się po ideowych rozdrożach?" - pytał Władysław Gomułka z trybuny III Zjazdu PZPR wiosną 1959 r. Władza troszczyła się więc o to, by "błądzący" nie uzyskali zbyt dużych wpływów w środowisku literackim, które powinno być tubą propagandową. Przed X Zjazdem pisarzy w gmachu KC odbyła się narada "dla omówienia taktyki postępowania na wyborach". Gomułka w niepowtarzalnej stylistyce wyrażał troskę o stan literatów. "Pycha i sobiepaństwo każą skakać pisarzom naszym z pokładu okrętu, który bynajmniej nie zatonął" - diagnozował na zjeździe w Lublinie w 1964 r. Działo się to zaledwie pół roku po tym, gdy artyści wynaleźli nowy sposób porozumiewania się z władzą - list protestacyjny. Na ręce premiera Cyrankiewicza skierowano słynny "List 34", który - jak się z czasem okazało - zapoczątkował lawinę podobnych protestów. W 1969 r. na ostatni zjazd literatów za panowania Gomułki przybyły setki delegatów radzieckich, węgierskich, bułgarskich (czechosłowaccy po inwazji naszych wojsk wymówili się "nawałem pracy"), ale bardzo niewielu polskich.
Gierek wprawdzie przewietrzył nieco atmosferę w kręgach twórczych, ale i apetyty artystów wzrosły. Głównym zagadnieniem na zjeździe pisarzy w 1975 r. w Poznaniu było wydanie przez krajowego pisarza Kazimierza Orłosia powieści "Cudowna melina" w Instytucie Literackim w Paryżu. "Uważam, że nienormalna jest sytuacja, gdy nie można wydać w kraju krytycznej książki, a mówienie o wolności słowa i potrzebie ograniczania cenzury uznawane jest za lekkomyślność i nieodpowiedzialność" - czytał w imieniu autora z trybuny Marek Nowakowski. Tuż po zjeździe legitymację partyjną oddał Stanisław Barańczak.
Nic więc dziwnego, że Kongres Kultury Polskiej rozpoczęty w warszawskim Teatrze Dramatycznym zaledwie na dwa dni przed wprowadzeniem stanu wojennego stał się szybko zbiorową artykulacją oskarżeń wobec władzy. Wiceminister kultury prof. Wiktor Zin, deklarując bezsilność wobec popadania zabytków w ruinę, złożył rezygnację z funkcji. "Złej muzyki mogę nie słuchać, złej literatury nie czytać, a złej sztuki czy filmu nie oglądać. Złej architektury nie można ominąć" - przypominał architekt Witold Cęckiewicz, protestując przeciw blokowiskom i wczasowiskom. Nad zaniżaniem poziomu naukowego uniwersytetów biadał prof. Jan Błoński. Głównym i jedynym oskarżonym w tych wystąpieniach było państwo. Jeżeli nawet protestujące społeczeństwo na sposób wyrazu swych uczuć wybrało formy banalne i kiczowate, zyskały one uwznioślającą interpretację. "Wydaje mi się, że wyłania się pewna całość kultury robotniczej i narodowej" - deklarowała prof. Maria Janion.
Najbardziej trzeźwe i niekoniunkturalne okazało się wystąpienie Andrzeja Kijowskiego, który starał się unaocznić zebranym, że równie szkodliwe jak przypochlebianie się władzy, może się okazać komplementowanie znękanego narodu. "Najpilniejszym teraz zadaniem jest postawienie społeczeństwu przed oczy zwierciadła, aby mogło zdać sobie sprawę ze swego moralnego upadku i intelektualnej niedojrzałości" - podkreślał. Jak się okazało, co najmniej o dziesięć lat za wcześnie.
Przytłaczająca większość uczestników "solidarnościowego" kongresu kierowała się troską "o odczytanie prawdziwego zamówienia społecznego, nawiązanie głębokiego kontaktu z odbiorcą sztuki, jej rzeczywistym mecenasem, jakim jest społeczeństwo". Dwadzieścia lat później społeczeństwo wyraźnie zadeklarowało, że opowiada się po stronie nie zawsze wymagającej kultury amerykańskiej. Gdyby więc uczestnicy tegorocznego kongresu chcieli pójść na łatwiznę i w ramach naprawiania kultury narodowej postawić tamę zgubnym wpływom rodem z Holly-wood i McDonald’s, przypominamy im poprzedników w tym dziele. Jesienią 1947 r. KC PPR wezwało do podjęcia czynności zapobiegawczych wobec "penetracji amerykańskiej", która "przenika do szkół, prasy, literatury i tym podobnie, i nie znajduje należytego odporu".
Więcej możesz przeczytać w 50/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0