W poszukiwaniu Jana Makejny

W poszukiwaniu Jana Makejny

Dodano: 
Żeby wygrać wybory prezydenckie w Rosji, trzeba rozpętać wojnę. Za kilka miesięcy może się okazać, że zostanie głową państwa w środku Europy nie wymaga nawet diety kapuścianej
Dobrze słyszę? Ktoś chciał w Polsce prezydenckich prawyborów? Przecież mamy prawybory. Wystarczy zajrzeć prosto w oczy ewentualnym kontrkandydatom obecnego miłościwie panującego i wielce miłowanego. Co widać? Strach. To są właśnie prawybory. Aleksander Niewielki, Aleksander Wszystkich Polaków - to już znamy. Ale Aleksander Niezwyciężony?
Przez cztery lata można było od przeciwników prezydenta usłyszeć, że obecna prezydentura to bańka mydlana - kapuściana dieta, niebieskie koszule, szkła kontaktowe i ładne krawaty. Albo to była nieprawda, albo ewentualni rywale nie mają nawet tego. No bo jeśli prawda, to przecież wiadomo, gdzie te krawaty, koszule i szkła, a nawet kapustę kupić. A jeśli nieprawda, to po co było pleść bzdury, a teraz mówić, że tak naprawdę wybory prezydenckie się nie liczą. Skoro w istocie nie ma chętnego, by wystartować, to może te wybory rzeczywiście powinno się odwołać. Szkoda pieniędzy podatników. Są oczywiście chętni, by wystartować, ale ja mówię o tych, którzy wystartują, by wygrać, a nie o tych, co umrą ze szczęścia, bo zdobędą 8 proc. głosów. A ci, co mają chociaż teoretyczną szansę na zwycięstwo, czekają. Na co czekają? Diabli wiedzą na co. Może aż ktoś ich poprosi, może aż Marian powie, że nie startuje, więc można będzie spróbować, może na coś jeszcze innego.
Wybory są już rzeczywiście rozstrzygnięte, chyba że w Polsce znajdzie się nasz John McCain, Jan Makejna, który powie: mam szansę, startuję, najwyżej przegram. Jasne, że nie jest to proste. Może nawet graniczy z szaleństwem. Może by się na coś takiego zdecydować, naprawdę trzeba wcześniej przetrwać - jak McCain - katowanie, głodówkę, dwa lata w samotnej celi i w sumie ponad pięć lat w więzieniu, najlepiej wietnamskim. Może. Ale kto powiedział, że polityka jest dla mięczaków. Słynny kiedyś trener płotkarzy miał zwyczaj w niezbyt ceremonialny sposób zwracać się do młodych chłopców, którzy przychodzili do niego na treningi. Synu - mówił - pokaż mi jaja. Jak nie masz jaj, to nie masz co skakać. Proste. A w polityce jest jeszcze gorzej niż w sporcie. Tu nie ma srebrnych medali, punktowanych miejsc ani nagród pocieszenia. Nie ma się więc co pchać, gdy jedynym celem jest ładnie przegrać.
We wzrokowych prawyborach największe szanse ma Andrzej Olechowski. Jako jedyny w Polsce mówi, że nie tylko gotów jest wystartować w wyborach prezydenckich, ale mógłby je wygrać. Jednak nawet on się asekuruje: "Sam więcej zrobić nie mogę (...) następny ruch należy do partii (...) startu w wyborach nie można traktować w kategoriach samotnego rajdu (...)". Naprawdę nie można? Gdyby takiego zdania był John McCain, dziś młody Bush miałby już w kieszeni nominację republikanów na prezydenta. A młody Bush ma w oczach strach, w kieszeni zaś coraz mniej dolarów, bo finansowo wykrwawił się już w pojedynku z McCainem niemal zupełnie. McCain ma przeciw sobie 51 z 55 republikańskich senatorów, niemal wszystkich republikańskich gubernatorów, niemal całą partyjną wierchuszkę. I nic. Idzie naprzód jak czołg. Porywa tłumy, daje im nadzieję, wzbudza już nie szacunek, ale adorację. W ciągu kilku miesięcy udało mu się wywrócić do góry nogami sondaże, z których wynikało, że nie ma żadnych szans, bo wygra Bush. Może McCain przegra, ale w jakim stylu!? Jeśli Andrzej Olechowski nadal chce czekać na zielone światło od partii, może je zobaczyć w okolicach Wigilii Bożego Narodzenia. Albo w ogóle. Tylko po co czekać na zielone światło? Lepiej wymusić pierwszeństwo. AWS i tak nie poprze Olechowskiego, ale gdy w sondażach będzie już miał 25 proc., przed jego drzwiami ustawi się najdłuższa kolejka w Polsce. Co drugi stojący będzie politykiem AWS, w desperacji szukającym każdej szansy na uniknięcie coraz bardziej nieuchronnego politycznego niebytu. "Nie wiem, czy podołam organizacyjnie" - mówi Andrzej Olechowski. Cóż, jest tylko jeden sposób, by się o tym przekonać.
Oczywiście, odwaga i twardość nie są w polityce ważniejsze niż rozsądek. Gdyby na przykład Marian Krzaklewski chciał jednak kandydować, nie świadczyłoby to o odpowiedniej porcji testosteronu w organizmie, ale o niewystarczającej porcji zdrowego rozsądku. Chyba że swoją polityczną karierę chciałby zakończyć już tej jesieni, a nie dopiero przyszłej. Lider AWS ma oczywiście dość rozsądku. Dlatego ze swoim "nie" czeka aż do chwili, gdy ci, którzy to "nie" muszą usłyszeć, by sami powiedzieć "tak", zdążą stracić wszelkie szanse.
Tak, nie jest proste być Johnem McCainem. Historia polityki jest także historią skazanych na zwycięstwo, a mimo to pokonanych superfaworytów. Nigdy jednak nie było wielu chętnych, by rzeczywiście zagrać o całą stawkę, ryzykując nie tylko klęskę, ale i upokorzenie. Ciekawe, czy w tym politycznym sezonie ktoś taki się u nas znajdzie. Jeśli nie, bez odpowiedzi pozostanie pytanie, czy prezydent Kwaśniewski jest politycznym gigantem, czy też po prostu za rywali ma pigmejów.
Żeby wygrać wybory prezydenckie w Rosji, trzeba rozpętać wojnę. Za kilka miesięcy może się okazać, że zostanie (pozostanie) głową państwa w środku Europy, zamieszkiwanego przez czterdzieści milionów ludzi, nie wymaga nawet diety kapuścianej.

Okładka tygodnika WPROST: 10/2000
Więcej możesz przeczytać w 10/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0