Euro(wizja)

Euro(wizja)

Dodano:   /  Zmieniono: 
Według pesymistycznie nastawionego obserwatora, Europa przekona się do idei dalszej integracji dopiero wtedy, kiedy stanie w obliczu krańcowej katastrofy: ludobójstwa, masowej migracji lub wojny" - napisał Norman Davies. "Kontynuując tę myśl, można by powiedzieć, że unię walutową uda się osiągnąć dopiero w momencie groźby upadku istniejącego systemu monetarnego, unię polityczną zaś - dopiero w obliczu jawnego załamania się istniejących linii politycznych."
Wśród europejskich polityków nie ma wizjonerów na miarę ojców-założycieli jednoczącej się Europy

Według pesymistycznie nastawionego obserwatora, Europa przekona się do idei dalszej integracji dopiero wtedy, kiedy stanie w obliczu krańcowej katastrofy: ludobójstwa, masowej migracji lub wojny" - napisał Norman Davies. "Kontynuując tę myśl, można by powiedzieć, że unię walutową uda się osiągnąć dopiero w momencie groźby upadku istniejącego systemu monetarnego, unię polityczną zaś - dopiero w obliczu jawnego załamania się istniejących linii politycznych."
Europa ma jeden podstawowy problem - jego istotą jest to, że nieracjonalne lęki utrudniają podjęcie decyzji, które pomogłyby w przezwyciężeniu... tych właśnie lęków. Strach przed ewentualnymi stratami tłumi myśl o oczywistych zyskach. Te straty to granice suwerenności narodowej, a więc granice integracji. Pierwocin idei zjednoczenia Europy można się doszukać już u siedemnastowiecznych idealistów, ale zniknęła ona z pola widzenia pod naporem ambicji państw narodowych. Trzeba było dwóch wojen światowych i upadku kilku imperiów kolonialnych, by powstały warunki do podjęcia kroków w tej dziedzinie.
Postępy integracji europejskiej są wypadkową ciągłych tarć między interesami i ambicjami narodowymi a priorytetami organizacji wspólnego życia w skali szerszej niż narodowa. Doskonale to widać na przykładzie ostatniego szczytu UE w Nicei. Za najważniejsze osiągnięcie obrad decydujących o warunkach poszerzenia unii na Wschód (jednego z najdonioślejszych posunięć integracyjnych) powszechnie uznano porozumienie co do liczby głosów przyznanych poszczególnym państwom w radzie ministrów! Jakby jeden głos więcej lub mniej dla Niemiec czy Hiszpanii miał aż tak wielkie znaczenie dla losów kontynentu.

Testament wizjonerów
Śmiałych wizji Europy nie brakuje. Charles de Gaulle mówił o "Europie od Atlantyku po Ural". Jan Paweł II - o Europie, która ma "dwa płuca" i "nigdy nie będzie oddychać swobodnie, jeśli nie będzie ich obu używać". Na słynnym kongresie w Hadze w 1948 r. Winston Churchill grzmiał: "Musimy głosić misję tworzenia takiej zjednoczonej Europy, której moralne fundamenty zdobędą sobie szacunek i wdzięczność ludzkości i której siła fizyczna będzie tak potężna, że nikt nie odważy się zakłócić jej spokojnego władania". Marzył też o Europie, "w której mieszkańcy każdego kraju uwierzą, że 'być Europejczykiem' znaczy tyle, co należeć do ich własnej ojczyzny, a w każdym zakątku tej rozległej krainy będą czuć, że są naprawdę u siebie w domu". Na tym samym kongresie Salvador de Madariaga, hiszpański pisarz i polityk, głosił, że taka Europa narodzi się wtedy, kiedy "Hiszpanie powiedzą 'nasze Chartres', Anglicy - 'nasz Kraków', Włosi - 'nasza Kopenhaga', a Niemcy - 'nasza Brugia'." Dalekowzroczną polityką europejską wsławili się m.in. niemieccy kanclerze Konrad Adenauer i Willy Brandt. Pełną rozmachu wizję przedstawił także jeden z ojców-założycieli Wspólnot Europejskich - Jean Monnet. Pragnął on utworzenia prawdziwej, politycznej, gospodarczej i wojskowej unii europejskiej. Jeżeli jego wizja okazuje się dziś najbliższa urzeczywistnienia, to nie z tego powodu, że porywająco o niej mówił, ale dlatego, że zaczął od pozornie drugorzędnych szczegółów. Przyjął zasadę tworzenia unii przez stopniowe przenoszenie kompetencji państw na poziom ponadnarodowy. Ojcowie zjednoczonej Europy wykorzystali korzystny zbieg okoliczności - koniec jednej z najstraszliwszych wojen, wzrost dobrobytu i rozpad imperiów kolonialnych przyczyniły się do stłumienia nacjonalizmów i zmniejszenia obaw przed światem.

Skromna Europa
Tak rozpoczęte dzieło wymagało kontynuatorów, którzy potrafią stawiać sobie ambitne cele i je realizować. EWG miała pod tym względem sporo szczęścia. Przez lata para Kohl-Mitterrand dawała jej poczucie, że ma prawdziwą "lokomotywę". Jacques Delors przez dziesięć lat przewodniczenia Komisji Europejskiej z imponującą konsekwencją i zręcznością kontynuował misję nakreśloną przez Monneta i Schumana. Doprowadził na przykład do podpisania Jednolitego Aktu Europejskiego, który zawierał program całkowitego zniesienia barier w handlu i ruchu ludności w EWG. Od tej pory zaczęły się żądania dalszej integracji w takich dziedzinach, jak finanse, prawo, polityka, a nawet życie społeczne.
Rzecz jasna, lawina procesów integracyjnych wywołała reakcję zwolenników - jak to określa Jean-Claude Barrault, autor książki "Destrukcja Francji" - "skromnej Europy", czyli jak najmniej zinstytucjonalizowanego związku państw, podejmujących co najwyżej przedsięwzięcia w rodzaju wspólnej budowy samolotów Airbus albo rakiet Ariane. Najostrzej zareagowała Margaret Thatcher. Premier Wielkiej Brytanii wykazała się dalekowzrocznością w sprawach krajowych, prowadząc państwo żelazną ręką ku modernizacji i usprawnieniu gospodarki, nawet za cenę konfrontacji z własnym społeczeństwem. W sprawach europejskich jednak - podobnie jak wielu brytyjskich premierów - miała trudności z rozwiązaniem problemów wynikających z konfliktu lojalności wobec Wielkiej Brytanii i Wspólnoty Brytyjskiej oraz wobec Wspólnoty Europejskiej i USA. Londyn zawsze chciał być "trochę w środku i trochę na zewnątrz". W głośnym przemówieniu w Brugii Thatcher zarzuciła Brukseli m.in. próby budowania superpaństwa europejskiego. Szefem rządu była jeszcze tylko dwa lata, a kiedy ustąpiła w 1990 r., Europa stanęła wobec nowych wyzwań, które kazały raczej żałować opóźnień w integracji niż, ubolewać nad jej szybkim tempem.

Deficyt wizji
Rzut oka na mapę świata, na pierwsze strony gazet i na opracowania dotyczące rozwoju Ameryki, Rosji, Azji i strefy Pacyfiku powinien przekonać, że najlepiej by było, gdyby między Półwyspem Iberyjskim a rubieżami Europy Wschodniej istniał już organizm o statusie kontynentalnego mocarstwa. Zwłaszcza jeśli się weźmie pod uwagę implozję imperium rosyjskiego i niepewność jego losów, a także groźbę nasilenia się izolacjonizmu w USA. Dlaczego tworzenie tego organizmu pozostaje ciągle w stadium początkowym? Bo "brakuje nam silnych osobowości, jak Kohl czy Mitterrand. Dzisiejsi przywódcy krajów członkowskich są przeciętnymi politykami" - powiedział "Wprost" Arnulf Baring, niemiecki politolog. Ich plany sięgają zwykle nie dalej niż do najbliższych wyborów. Społeczeństwa Europy zaś nade wszystko cenią sobie zachowanie status quo, utożsamianego z brakiem ryzyka i zagwarantowanym raz na zawsze dobrobytem. Kto ma przedstawić Europejczykom wizję porywającą masy? Romano Prodi, przewodniczący Komisji Europejskiej, którego nazywają pantoflarzem? Który ściąga na siebie gromy, bo nie potrafi wyjść poza format włoskiego premiera? Jacques Chirac lub Lionel Jospin - uwikłani w kohabitację i wojnę podjazdową przed wyborami prezydenckimi w 2002 r.? Gerhard Schröder, który nagle stwierdził, że francusko-niemiecka "lokomotywa" zjechała na bocznicę, a Brytyjczycy nie palą się do wyjechania na główny tor? Skąd zresztą ekipy rządzące mają czerpać wizję Europy, skoro nie zawsze mają wizję przemiany własnego kraju.

Reakcja łańcuchowa
Od czasu do czasu pojawiają się w Europie projekty nakreślone z rozmachem, ale trudno zyskują akceptację z obawy, że zagrożą interesom narodowym. Na szczycie w Nicei uchwalono Europejską Kartę Praw Podstawowych, o której niemal otwarcie mówi się, że mogłaby się stać preambułą przyszłej konstytucji europejskiej. Jest to niezły, jasno sformułowany dokument. I dlatego - jak ironicznie zauważa francuski deputowany europejski Olivier Duhamel - "nie nadano mu żadnej mocy prawnej i podpisano go bardzo dyskretnie, bez ceremonii i przemówień". Rolę wizjonera próbował odegrać szef niemieckiej dyplomacji Joschka Fischer, zgłaszając - w uzgodnieniu z Francją - ambitny plan stworzenia federacji europejskiej z dwuizbowym parlamentem i wspólną konstytucją. Ten próbny balon został szybko przebity. Dlatego - najprawdopodobniej - siłą napędową integracji europejskiej pozostanie mechanizm "reakcji łańcuchowych" i "małych kroków", uruchomiony przed laty i chyba nie dający się już powstrzymać. Nie każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak zaawansowane są prace nad konstytucją europejską. Co prawda, wezwanie do jej uchwalenia wywołałoby z pewnością sporą awanturę.
Europa - jak powiada Davies - wciąż pędzi. Nie zawsze wie dokąd. Czasami wydaje się cudem, że w ogóle utrzymuje się jeszcze na nogach. Warto jednak pamiętać o spostrzeżeniu pierwszego przewodniczącego Komisji Europejskiej prof. Waltera Hallsteina: "Ktoś, kto nie wierzy w cuda w sprawach Europy, nie jest realistą".

Więcej możesz przeczytać w 52/53/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0