Armia absurdu

Armia absurdu

Dodano:   /  Zmieniono: 
Tylko laicy mogą sądzić, że wojsko zajmuje się szkoleniem żołnierzy i obroną kraju. W rzeczywistości w polskiej armii służą malarze, filmowcy, opiekunowie kolonijni i reżyserzy. W wojsku można się nauczyć pisania, recytacji i śpiewania poezji, a także dbania o przyrodę. W naszej armii istnieją setki instytucji, które z obronnością nie mają nic wspólnego, na przykład teatr tańca, studio malarskie i warsztaty metaloplastyki.
W wojskowych leśniczówkach i ośrodkach szkolenia sportowego pracuje 1,7 tys. osób. Wszystko to funkcjonuje za pieniądze Ministerstwa Obrony Narodowej. Za ile? Nikt w armii tego nie wie, ale może to być nawet czwarta część budżetu wojska. Zabiegając o nowe samoloty wielozadaniowe, zapomniano się pozbyć pokracznego balastu, przejętego w spadku po Ludowym Wojsku Polskim, a nawet twórczo rozwinięto niektóre dziedziny.

Kultura mundurowa
Jeszcze kilka lat temu przy jednostkach działały wojskowe gospodarstwa rolne, a żołnierze zamiast pełnić wartę lub strzelać, kopali grządki, kisili kapustę i karmili trzodę chlewną. W szklarniach dbali o cebulę i sałatę. Wszystko po to, by mieć więcej witamin. Nieliczni goście z zachodnich armii nie mogli się nadziwić, że nasze wojsko ma kilka zespołów artystycznych (Niebieskie Berety, Czerwone Berety, Estrada, Flotylla), domy wypoczynkowe i sanatoria. - Być może jeszcze ktoś z przyzwyczajenia uprawia ogródek, ale wojskowe gospodarstwa zniknęły - zapewnia płk Eugeniusz Mleczak, rzecznik prasowy MON. Dlaczego nie zniknęły pozostałe przybudówki?
Od żołnierzy rzadko oczekuje się dziś odgrywania roli świniopasów, ale nadal - w służbie zasadniczej - mogą być kelnerami, ćwiczyć parzenie kawy i herbaty albo pracować na budowie. Zajmują się też obsługą kilkudziesięciu domów wypoczynkowych, ośrodków i instytutów badawczych, szkół, akademii, przychodni oraz szpitali. Mogą ponadto doskonalić swoje talenty muzyczne w trzydziestu orkiestrach - jednej koncertowej, siedmiu reprezentacyjnych i dwudziestu dwóch garnizonowych. Dbają o instytucje kulturalne: Dom Wojska Polskiego, Orkiestrę Koncertową, Reprezentacyjny Zespół Artystyczny, Centralną Bibliotekę Wojskową i Muzeum Wojska Polskiego.
W jaki sposób do wzrostu wartości bojowej żołnierzy przyczynia się utrzymywanie stu klubów garnizonowych, trzystu klubów żołnierskich i kilkunastu biur emerytalnych? Po co wojsku dwa tysiące punktów wyświetlania filmów, prawie czterdzieści kin (od pewnego czasu dostępnych także dla cywilów) czy 414 bibliotek? Dlaczego w strukturach MON znajduje się pięć zakładów remontowo-budowlanych, tyleż biur projektowo-konstrukcyjnych, jedenaście zakładów remontowo-produkcyjnych i dziesięć przedsiębiorstw handlowych?

Lekcja rachunków
"Na razie w MON nie sposób policzyć, jakie są prawdziwe koszty utrzymania instytucji i jednostek wojskowych" - mówił w czerwcu 2000 r. Bronisław Komorowski, wtedy poseł, teraz minister obrony. Armia nie wie, jakim majątkiem dysponuje, ponieważ nie ma komputerowego systemu jego ewidencjonowania. Nie wiadomo nawet, kiedy wprowadzić pocisk do ewidencji: w momencie zakupu czy wystrzelenia. Wojsko nie radzi sobie z liczeniem sprzętu. - Wiemy, ile mamy czołgów i samolotów. Kłopoty są natomiast z policzeniem części zamiennych - mówi jeden z logistyków. Nie można stwierdzić, ile wydaje się na działania niewojskowe.
Większość zbędnych instytucji można by zlikwidować jedną decyzją ministra. W ten sposób naruszono by jednak interesy tysięcy osób, które z pasożytowania na wojsku nieźle żyją. Resort obrony nadal jest więc właścicielem jedynego w Polsce przedsiębiorstwa zajmującego się m.in. inkrustacją metalu. Wytwórnia w Łodzi robi na zamówienie MON repliki szesnastowiecznych buzdyganów (co roku wręcza się je najdzielniejszym żołnierzom w konkursie tygodnika "Polska Zbrojna"). W Śląskim Okręgu Wojskowym istnieje kilka zakładów metaloplastyki, które również należą do ministerstwa. Naprzeciwko Hotelu Europejskiego w Warszawie znajduje się galeria, w której wojsko sprzedaje pamiątki: kopie starej broni i zbroje. - To pozostałości z czasów, kiedy w Polsce nie było firm produkujących prezenty. Wówczas marynarze na okrętach kręcili chochoły ze sznurów i kleili modele z papieru - mówi jeden z oficerów Marynarki Wojennej. - Każdy dowódca musiał mieć takich fachowców. A im wyższy szczebel, tym większe musiały być dzieła sztuki.

Malarstwo Hermanna Brunnera
Jak twierdzi inny oficer, do tej pory wojsko zatrudnia na etacie malarzy, którzy co miesiąc muszą stworzyć kilka obrazów. Zwykle są to sceny batalistyczne lub kopie pocztówek z krajobrazami. Dzieła trafiają do siedzib sztabów bądź przeznacza się je na nagrody w imprezach, których w wojsku są tysiące. Przeciętny szeregowiec może wziąć udział w konkursach: czytelniczym, ekologicznym, budowania modeli kartonowych, filmowym, fotograficznym, literackim, teatralnym, recytatorskim, plastycznym i muzycznym (od muzyki poważnej po rockową). - Mamy różne formy plastyki: od profesjonalnego malarstwa, przez tkactwo artystyczne, po szydełkowanie - mówi kpt. Jacek Kościelak, szef Wydziału Metodyki Szkoleń Domu Wojska Polskiego. - Nie ma takiej dziedziny sztuki, której by u nas nie było - chwali się.
W wojskowym studium plastycznym Wiarus obrazy maluje na przykład aktor Emil Karewicz, znany między innymi z roli Hermanna Brunnera w "Stawce większej niż życie". W siedleckim klubie garnizonowym zajęcia z teatru tańca prowadzi były mistrz świata w breakdance. Poszczególne rodzaje sił zbrojnych wydają tomiki poezji tworzonej przez żołnierzy i oficerów (- Czasem wcale nie są grafomańskie - twierdzi kpt. Kościelak). W tym roku kolej pilotów, w przyszłym - wojsk lądowych. - Kilka lat temu musiałem wytypować żołnierzy do konkursu recytatorskiego - mówi jeden z młodszych oficerów. - Nie było chętnych. Poszedłem sam, powiedziałem "Pawła i Gawła" i nawet dostałem jakąś nagrodę. Podczas tegorocznego turnieju poezji śpiewanej w Ostródzie żołnierze wykonywali utwory Edwarda Stachury, Jacka Kaczmarskiego i Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. W konkursie recytatorskim pojawiła się trzecia część "Dziadów", teksty Mirona Białoszewskiego, Rolanda Topora i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego.

Z kulturą na co dzień
- W minionej epoce żołnierze odliczali do dwóch. Jedni brali miotły i szli sprzątać, drudzy wybierali się na zajęcia kulturalne - mówi kpt. Kościelak. - Dziś w wojsku kultura jest dla wszystkich. Poza tym kluby garnizonowe, szczególnie w małych miejscowościach, to także dla cywilów jedyna szansa obcowania ze sztuką - dodaje. Wojsko pełni więc misję. Jest tylko jeden problem - czy ktoś tego od armii wymaga, czy sama przyznała sobie prawo niesienia kaganka oświaty?
Do 1990 r. każdy żołnierz raz w roku miał być w operze, pięć razy w Muzeum Wojska Polskiego, kilka razy w kinie. Raz w tygodniu w jednostce był wyświetlany film (od kierownika klubu garnizonowego zależało, czy był to film radziecki, czy "Czas Apokalipsy" Coppoli). A dzisiaj? Trudno uwierzyć, by starszemu szeregowemu, bohaterowi telewizyjnego serialu "Kawaleria powietrzna", który przez kilka godzin biega po poligonie, potrzebne były wieczorne zajęcia z szydełkowania. - My tylko stwarzamy możliwości, a decyzja o uczestnictwie w dodatkowych zajęciach należy do żołnierza - mówi Roman Wyłcan, kierownik Studium Reżyserii Teatralnej Domu Wojska Polskiego. W prowadzonej przez niego placówce 20 osób uczy się historii teatru, scenografii, muzyki, recytacji. Na studium wokalno-aktorskim 24 wojskowych ćwiczy zachowanie na scenie i doskonali dykcję.
Czy siły zbrojne nie mogą się obejść bez tych atrakcji? - Żołnierz także potrzebuje kultury. A do armii nie trafiają tylko kryminaliści - przekonuje Albert Nowak, szef studium wokalno-aktorskiego. Jeśli komuś zależy, może skończyć kurs wychowawcy kolonijnego, menedżera kultury czy operatora kamer wideo, wziąć udział w zajęciach z ochrony środowiska albo w szkoleniu jeździeckim.

Wojskowa promocja
Jak długo jeszcze armia będzie w ten sposób uszczęśliwiać żołnierzy? Minister Komorowski jest zwolennikiem pozbycia się - wzorem Brytyjczyków - wszystkich struktur mających niewielki wpływ na zdolność bojową wojska. Chce przekazać je firmom cywilnym. To jednak może zająć sporo czasu - podobno trzeba by najpierw dokładnie przeanalizować koszty, a tego wojsko nie umie zrobić. I tak koło się zamyka.
Doskonale potrafią natomiast liczyć firmy, które widzą w polskiej armii duży i zdyscyplinowany rynek zbytu. Koncerny motoryzacyjne kuszą zawodowych żołnierzy możliwością kupna samochodu z kilkuprocentowym rabatem. W koszarach reklamuje się odzież ochronną, buty i plecaki. Ostatnio hitem są atrakcyjne pakiety ubezpieczeniowe. W wojsku poszukuje się też agentów z uprawnieniami do zawierania umów ubezpieczeniowych, komunikacyjnych i majątkowych.
Szeregowi żołnierze wybierający się do cywila nie muszą już nawet własnoręcznie ozdabiać tradycyjnych chust. Wyręczają ich wyspecjalizowane firmy. Na zamówienie dostarczają też centymetr do odliczania dni, które trzeba jeszcze odsłużyć, lub blaszki z literką "R" , czyli "rezerwa".

Więcej możesz przeczytać w 1/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0