Pożegnanie z balladą

Pożegnanie z balladą

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z Lionelem Richiem
 
Roman Rogowiecki: - Dzięki "We Are the World" przeszedł pan nie tylko do historii muzyki, ale pewnie także polityki.
Lionel Richie: - A wszystko przez przypadek. Ani Michael Jackson, ani ja nie zdawaliśmy sobie sprawy, że komponujemy hymn, który wykona 45 największych artystów na świecie. Planowaliśmy, że będzie to piosenka czterech przyjaciół, a Harry Belafonte miał się zająć skromną akcją charytatywną organizowaną przy jej okazji. Tymczasem w środowisku muzycznym gruchnęła wieść o jakimś niebywałym przedsięwzięciu i rozdzwoniły się telefony. Koledzy piosenkarze jeden po drugim prosili, by dać im szansę wystąpienia w tym - jak go na wyrost zaczęto nazywać - zespole gwiazd. Trudno było odmówić, ponieważ akcja miała charakter charytatywny. Problemem okazało się zebranie wszystkich tuzów w jednym miejscu o jednej porze. W rezultacie utwór, który przed nagraniem nie był nawet porządnie napisany, nagraliśmy między pierwszą w nocy i ósmą rano. W tym samym czasie nakręciliśmy do niego teledysk. Tak powstało jedno z najbardziej znanych nagrań w historii.
- Najnowszy album "Renaissance" oprócz charakterystycznych dla pańskiego repertuaru ballad zawiera również piosenki do tańca.
- Ze słodkich ballad byłem znany do przesady, więc postanowiłem skończyć z wizerunkiem piosenkarza od ckliwych melodyjek. To jednak zawsze pewne ryzyko. Szefowie mojej wytwórni płytowej dopytują się, jak idą nagrania, ja ich uspokajam, że świetnie, ale sam wcale nie jestem spokojny. Jeżeli słuchacze nie zaakceptują cię w nowej roli - przegrałeś i przechodzisz do historii muzyki.
- To niezupełnie nowa rola. Kiedy startował pan z zespołem Commodors, wykonywaliście w barach takie właśnie taneczne rytmy.
- Kto to dziś pamięta? Zazwyczaj fani mówią mi, że odcinam się od swoich korzeni, bo jak daleko sięgają pamięcią, zawsze śpiewałem liryczne ballady. Tyle że moja kariera trwa trochę dłużej niż ich całe życie.
- W dodatku od kiedy pamiętają, zawsze śpiewał pan w refrenie: "I love you".
- Tylko jak długo można to robić? W swoich tekstach powiedziałem już "kocham cię" na sto sposobów. Problem polega na tym, że jeżeli zaśpiewam cokolwiek innego, powiedzmy "zostańmy przyjaciółmi" albo "razem damy sobie radę", publiczność i tak usłyszy: "kocham cię". Dlaczego? Bo to Lionel Richie! Poza tym wiele wyświechtanych zwrotów idealnie nadaje się do tego, aby podłożyć pod nie muzykę, a inne zupełnie do tego nie pasują. Na przykład chcesz zrymować coś o dob-rej zabawie i jakkolwiek byś przymierzał, zawsze się okazuje, że najlepiej brzmi banalne: "Let’s go party". Co gorsza, zaczynam mieć wątpliwości, czy wcześniej nie napisałem już takiej samej piosenki, a teraz tylko podłożyłem trochę inne słowa. Sam nie mogę się uwolnić od własnego stereotypu, więc trudno mieć pretensję do słuchaczy.
- Zwłaszcza że większość swoich piosenek wykonywał pan setki razy na koncertach pod każdą szerokością geograficzną.
- Żeby uniknąć rutyny, stosuję na własny użytek taką sztuczkę: wybieram sobie po lewej i po prawej stronie po jednej damie i do nich śpiewam - w zależności od tego, na którym końcu sceny się znajduję. Dzięki temu mam wrażenie, że rozmawiam z kimś konkretnym, a nie "zaliczam" jeszcze jednego występu w mieście, gdzie nigdy wcześniej nie byłem i nigdy więcej nie będę. I tak sobie kalkuluję: jeżeli te dwie damy słuchają i się nie nudzą, to i reszta widowni pewnie reaguje podobnie. Jeżeli one okazują małe zainteresowanie, zapala się czerwone światełko: "Uwaga, koncert może się posypać".
- Ludzie z branży twierdzą, że zawsze jest pan świetnie przygotowany. I to nie tylko muzycznie. Kiedy wybiera się pan na występ do jakiegoś kraju, studiuje pan jego historię i kulturę.
- Nie bez powodu zostałem doktorem honoris causa uniwersytetu w rodzinnym Tuskgee... Kiedyś chciałem nawet zostać naukowcem, ale pewnego dnia w drodze na zajęcia trafiłem na koncert zespołu Commodors. Nawyk poznawania świata jednak mi pozostał. I kiedy byłem w Warszawie, zwiedziłem wyjątkowo dokładnie Starówkę. Mógłbym cię teraz po niej oprowadzić.
- Podobno chciał pan kupić pałac prezydencki...
- To prawda. Złożyłem taką ofertę, ale powiedziano mi, że obiekt nie jest na sprzedaż. Mimo to potwierdziłem swoją chęć nabycia go i chyba jestem pierwszy na liście kupców! Moja karta kredytowa tylko czeka na sygnał. Uważam, że pałac jest piękny i wspaniale utrzymany. Ale cieszę się, że zwiedzałem Warszawę bez żony - macie tu wiele wspaniałych stylowych wnętrz i gdyby je zobaczyła, zapragnęłaby je z pewnością skopiować w domu, który właśnie budujemy. A żeby spełnić jej zachcianki, musiałbym napisać kilka niezłych hitów.

Więcej możesz przeczytać w 2/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0