Lekarz nieczynny

Lekarz nieczynny

Dodano:   /  Zmieniono: 
Większość chorych z zawałem serca musi czekać prawie godzinę, aż zbierze się zespół gotowy przeprowadzić operację. W Wigilię w warszawskim Szpitalu Bielańskim kilka godzin po porodzie zmarła 28-letnia kobieta. - Kiedy po południu tego dnia opuszczałem szpital, nic nie wskazywało na to, by miała wydarzyć się jakakolwiek tragedia. Żona czuła się dobrze. Otoczona była troskliwą opieką - wspomina Paweł P., mąż zmarłej. Czy miała pecha, że przyszło jej rodzić w święto? Wiele na to wskazuje. - W czasie świąt dyżury pełnią zazwyczaj młodzi, niedoświadczeni lekarze, którzy w trudnych sytuacjach nie zawsze umieją podjąć właściwą decyzję - opowiada pielęgniarka z tamtejszego szpitala.

Gdy zaczęły się kłopoty, dyżurujący lekarze musieli zadzwonić po pomoc do ordynatora. Prokurator rozstrzygnie, czy winę ponoszą lekarze, czy można było uniknąć dramatu. A może wystarczyłaby zmiana organizacji pracy i pozostawienie na dyżurze, oprócz młodego medyka, lekarza z wieloletnią praktyką?
Tego samego dnia świętowano w inowrocławskim pogotowiu ratunkowym. Wezwany do czteromiesięcznego dziecka lekarz był pijany. Policja stwierdziła, że w wydychanym przez niego powietrzu znajdowało się 1,5 promila alkoholu. Lekarz uznał, że silnie gorączkujące i mające drgawki niemowlę jest zdrowe. Tymczasem - jak stwierdził inny lekarz - malec miał zapalenie ucha środkowego i zakażenie układu moczowego. Wymagał hospitalizacji. Na szczęście jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.
Jedno jest pewne: w czasie weekendów i świąt nie można liczyć na szybką pomoc medyczną, zamknięta jest większość gabinetów diagnostycznych, a w szpitalach dyżurują niedoświadczeni lekarze. Z naszych informacji wynika, iż co najmniej kilkanaście osób zmarło tylko dlatego, że przyszło im korzystać z pomocy lekarskiej w nocy bądź w dni wolne od pracy.
W najgorszej sytuacji są chorzy z zawałem serca. Tu często minuty decydują o życiu lub śmierci. Mieli się o tym przekonać państwo S. Irena S. obudziła się o 6.00 z silnym bólami lewej ręki i boku. Nie mogła wstać z łóżka. Bóle nie ustępowały. Mąż poszedł więc do ośrodka zdrowia, by zamówić wizytę domową. Pielęgniarka w rejestracji stwierdziła, że trzeba czekać na lekarza. - Gdy przyszedł, prosiłem go, by odwiedził żonę, bo ona cierpi i nie może wstać. Nie zgodził się, choć do mojego domu jest zaledwie 300 m - opowiada Henryk S. Na karetkę pogotowia, która do Bornego Sulinowa, gdzie mieszkała chora, musiała przyjechać ze Szczecinka, trzeba było czekać przeszło pół godziny. Za długo. W nocy kobieta zmarła. Stwierdzono rozległy zawał serca.
- Jeżeli zaburzenie funkcji serca jest poważne, przy zastosowaniu samych metod farmakologicznych śmiertelność wynosi ponad 90 proc. Jedynie natychmiastowe - w ciągu dwóch godzin od wystąpienia objawów - wykonanie koronarografii i zabiegu udrażniającego tętnice pozwala uratować połowę chorych - twierdzi prof. Andrzej Dyduszyński, były wieloletni konsultant medyczny ds. kardiologii w Warszawie. Tymczasem czas, jaki upływa od pojawienia się pierwszych bólów zawałowych do uzyskania specjalistycznej pomocy, wynosi w Polsce średnio osiem godzin. Kardiolodzy szacują, że można by uratować co najmniej kilka tysięcy osób ze 100 tys., które każdego roku umierają na zawał serca. Jesienią ubiegłego roku otwarto w Warszawie ośrodek, w którym specjalistyczna pomoc kardiologiczna udzielana jest przez całą dobę. Podobne placówki działają tylko w Zabrzu i w Krakowie. Pozostali mieszkańcy kraju muszą czekać około godziny, aż zbierze się zespół lekarzy i pielęgniarek gotowy przeprowadzić operację.
Reforma zdrowia niewiele zatem zmieniła. Ci, którym przyszło korzystać z pomocy medycznej w dni wolne od pracy, twierdzą, że jest jeszcze gorzej. Nie zmniejszyły się kolejki do dobrych szpitali i specjalistów. Tymczasem zbyt długi czas oczekiwania na konsultację może mieć wpływ na wynik leczenia. Wbrew zapowiedziom twórców reformy, za pacjentami nie idą pieniądze. To kasy chorych, określając limity usług, a nie chorzy, decydują o dostępie do specjalisty i szpitala. Nawet w placówkach cenionych przez pacjentów specjalistyczna aparatura nie jest zatem w pełni wykorzystywana. Zbyt mało badań zakontraktowano między innymi w warszawskim Centrum Onkologii. Pacjent po ciężkiej operacji czerniaka zlokalizowanego w okolicy skroni dowiedział się, że naświetlań nie rozpocznie w piątek, lecz w poniedziałek, bo w sobotę i niedzielę lekarze zazwyczaj nie wykonują tych zabiegów. Z badań prowadzonych na świecie wynika, że naświetlanie chorych także w weekendy pozwala skrócić terapię o dwa tygodnie. Im krótszy jest czas naświetlania promieniami, tym lepsze wyniki można osiągnąć, czyli mówiąc prościej - więcej osób może zostać wyleczonych i wywiązuje się mniej powikłań. Można by też skrócić kolejkę oczekujących. W statystykach nie uwzględniono, ilu pacjentów zmarło, nie otrzymawszy takiej pomocy.
- To, jak szpital zorganizuje pracę w weekendy i święta, zależy od dyrektorów placówek. Trzeba tylko pamiętać, że za dyżury w dni wolne od pracy muszą oni zapłacić więcej niż w dni robocze - wyjaśnia Halina Roszkowska-Filip, rzecznik praw pacjenta w Mazowieckiej Regionalnej Kasie Chorych. A pieniędzy brakuje. Dyrektorom placówek służby zdrowia nieustannie przypomina się, że muszą ograniczać wydatki. Niekiedy, mając do dyspozycji zbyt skromne fundusze, podejmują irracjonalne decyzje. Dyrektor jednego z ZOZ-ów wydał zarządzenie, w myśl którego od dnia tego i tego... "w godzinach 8.00-15.00 w pogotowiu ratunkowym nie będzie przebywał lekarz dyżurny". Dyrektor postanowił w ten sposób zmniejszyć koszty utrzymania placówki.
Niewiele sprawniej zorganizowane są dyżury lekarzy pierwszego kontaktu. Mimo że zazwyczaj nie ratują oni życia, udzielana przez nich szybka pomoc bez wątpienia wpływa na przebieg późniejszej terapii i określa szanse całkowitego wyleczenia pacjenta. Wbrew zapewnieniom Mazowieckiej Regionalnej Kasy Chorych, nie wszyscy lekarze gwarantują swoim podopiecznym podstawową opiekę medyczną w nocy, w weekendy i święta. W przychodniach nie zawsze uzyskamy informacje, do kogo należy się wówczas zgłaszać. Niektórzy pacjenci, którzy w ubiegłym roku złożyli skargi do kasy chorych, musieli czekać dwie godziny na kontakt ze swoim lekarzem.
Tylko nieliczni lekarze zostawiają pacjentom numery telefonów domowych lub komórkowych. Większość prośby o ich podanie traktuje jak naruszenie prywatności. Pacjenci słyszą, że "wszystko jest i będzie w porządku". Mają się zgłosić w poniedziałek. Tak też często czynią. Niekiedy pomoc przychodzi jednak za późno. "W piątek syn poszedł do lekarza, który bez badania stwierdził przeziębienie. Na bóle żołądka przepisał czopki i zlecił wizytę w poniedziałek. W sobotę i niedzielę syn czuł się coraz gorzej" - napisała do Adama Sandauera, prezesa Stowarzyszenia Pacjentów Primum Non Nocere, rozżalona matka. W poniedziałek lekarz w przychodni przyjmował dopiero od 11.00. Była długa kolejka. Lekarz przyjął więc mężczyznę dopiero o 14.00 i wypisał skierowanie do szpitala. Pacjent zmarł kilka dni później z powodu rozległego zakażenia narządów wewnętrznych.
Czy w obliczu źle działającej, niedofinansowanej i nieustannie wstrząsanej strajkami publicznej służby zdrowia rozwiązaniem problemu pozostaje sprawne funkcjonowanie placówek prywatnych? Zapewne tak, ale tylko w wypadku mniej skomplikowanych zabiegów. Miała się o tym przekonać kobieta, która zdecydowała się na poród w jednym z prywatnych gabinetów w Giżycku. Gdy przy kolejnym parciu pękła macica, pacjentce trzeba było natychmiast przetoczyć krew. Mąż kobiety zaproponował, że dostarczy krew z pobliskiego szpitala. Tam jednak musiał czekać prawie dwie godziny. Zbyt długo.

Więcej możesz przeczytać w 3/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0