Niewypłacalni

Niewypłacalni

Dodano:   /  Zmieniono: 
Trzysta tysięcy Polaków żyje na skraju bankructwa. Zaczyna się w supermarkecie: kasjerka zwraca kartę kredytową, która się "nie wczytuje". Dłużnik, łudząc się, że to tylko awaria, próbuje podjąć gotówkę w bankomacie - na ekranie pokazuje się napis: "Karta zostanie zatrzymana, skontaktuj się z twoim oddziałem". Wizyta w banku przekonuje, że nie ma mowy o nieporozumieniu: linia kredytowa, karty banko-matowe i kredytowe zostały zablokowane, dług "postawiony w stan natychmiastowej wymagalności".
 
Podobne doświadczenia były w ubiegłym roku udziałem niemal stu tysięcy Polaków. Od listopada 2000 r. zapał kredytowy rodaków zmniejszył się o ponad połowę, co uznano za przejaw zwycięstwa zdrowego rozsądku nad rozrzutnością. Rzeczywistość jest jednak mniej różowa. Liczba osób czasowo niewypłacalnych lub całkowicie niewypłacalnych, czyli bankrutów, będzie nadal rosła. Aż 1,5 mld zł pożyczonych przez indywidualnych klientów to należności niemożliwe do ściągnięcia.
W ciągu ostatnich czterech lat zadłużenie osób prywatnych w bankach komercyjnych wzrosło aż czterokrotnie. W grudniu 1996 r. wynosiło 11,5 mld zł, a w sierpniu 2000 r. - już 44,1 mld zł (równowartość jednej czwartej budżetu kraju). Zadłużona jest co trzecia rodzina; średnio każdy Polak winien jest bankowi ponad tysiąc złotych. Według Fundacji Edukacji i Badań Bankowych, co trzecie gospodarstwo domowe oddaje więcej niż 15 proc. swoich łącznych dochodów w formie rat kredytów. Takie zadłużenie polskich rodzin w normalnych warunkach nie powinno niepokoić - w Stanach Zjednoczonych na kredyt żyje aż 95 proc. gospodarstw domowych. Istnieje jednak realna groźba niespłacenia co dziesiątej pożyczki (banki określają je terminem "zagrożona").
- Na początku lat 90. brano pieniądze głównie na zakup sprzętu gospodarstwa domowego. Gdy już wszyscy nabyli nowe pralki, lodówki etc., wzrosło zainteresowanie kredytami na samochody. Teraz przychodzi czas na mieszkania - mówi Andrzej Wolski ze Związku Banków Polskich. - Pożyczki dla ludności spowodowały znaczne ożywienie całego rynku.
Polacy niemądrze wydają pieniądze pożyczane w bankach - wynika z danych Fundacji Edukacji i Badań Bankowych. Nadal najchętniej korzystamy z linii debetowych, zaciągamy kredyty gotówkowe (na podreperowanie budżetu, zakupy świąteczne, letnie wyjazdy itp.) oraz na zakup AGD i samochodów. Pożyczki mieszkaniowe, dzięki którym rodzina zapewnia sobie dach nad głową i jednocześnie inwestuje w nieruchomość, stanowią w skali rocznej tylko 1,9 proc. PKB. Na przykład w Grecji jest to około 7 proc., w Niemczech i USA - 53 proc., a w Wielkiej Brytanii - 57 proc. Zadłużamy się coraz bardziej, a pieniądze przejadamy, czyli tracimy je bezpowrotnie.
- W dodatku większość osób zaciągających kredyt nie zastanawia się nad swymi perspektywami zarobkowymi, ocenia własne przychody na podstawie zawartości portfela w momencie podpisywania umowy - wyjaśnia prof. Witold Orłowski z Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych. - Ryzykują, nie liczą się z zagrożeniem, które niesie z sobą utrata pracy czy znaczne obniżenie pensji. Jeśli wziąć pod uwagę tempo wzrostu bezrobocia, postępują niefrasobliwie.
Wśród zagrożonych niewypłacalnością najliczniejszą grupę stanowią właśnie ci, którzy stracili pracę. Po nich najwięcej jest kredytobiorców określanych przez bankowców "nieukami". Po kilkudziesięciu latach gospodarki socjalistycznej jesteśmy społeczeństwem słabo wyedukowanym ekonomicznie i często nie rozumiemy podstawowych określeń w zawieranych z bankami umowach, nie potrafimy analizować danych, kalkulować oprocentowania, porównywać z danymi makroekonomicznymi, w tym z inflacją. - Aż do połowy lat 90. osoby żyrujące pożyczki nie mogły na przykład otrząsnąć się ze zdziwienia, gdy banki zwracały się do nich o spłatę należności. Żyranci podpisywali odpowiednie umowy i załączniki, nie rozumieli jednak, że w razie niewypłacalności kredytobiorcy na nich spoczywa odpowiedzialność za uregulowanie długu - mówi Sebastian Łuczak z Pekao SA. - Powszechne jest też odczucie, że odpowiedzialność za spłatę ponosi nie tylko osoba zaciągająca kredyt, ale i bank, który ma obowiązek rozumieć trudną sytuację klienta, odraczać uregulowanie długu, nie naliczając odsetek, rezygnować z korzystnych dla siebie zapisów - dodaje prof. Orłowski.
Krzysztof Pietraszkiewicz, dyrektor generalny Związku Banków w Polsce, potwierdza stały wzrost liczby pożyczek konsumpcyjnych dla gospodarstw domowych. Banki nie kryją, rzecz jasna, zadowolenia z takiego obrotu spraw: kredyty dla ludności uchodzą za łatwe do ściągnięcia. O wiele łatwiejsze niż od firm. W wypadku klienta indywidualnego wystarczy się postarać o nakaz sądowy, by zająć jego pensję. Banki mają jednak kłopoty z obsługą kredytów dla ludności: udzielanie stosunkowo niewielkich pożyczek olbrzymiej liczbie zainteresowanych podwyższa jej koszty. Aby je zmniejszyć, stosują uproszczone procedury. Zdaniem Pietraszkiewicza, korzystają na tym klienci. Ale nie zaw-sze. Jeszcze pięć lat temu nie było możliwe zaciągnięcie kredytu w wysokości pięciokrotności swoich miesięcznych przychodów bez zgody, a nawet wiedzy pozostającego we wspólnocie majątkowej współmałżonka. Teraz można to zrobić. Ponadto banki przymykają oko na coraz częściej stosowaną przez klientów żonglerkę, polegającą na przerzucaniu pieniędzy z konta w jednym banku na konto w drugim, używaniu kart kredytowych rozliczanych w trybie miesięcznym do spłaty bieżącego zadłużenia na koncie osobistym. Szacuje się, że z takich możliwości korzysta kilkadziesiąt tysięcy osób żyjących na krawędzi bankructwa, a banki nawet o tym nie wiedzą.
- Dotychczas instytucje finansowe nie miały instrumentów pozwalających na łatwą i szybką kontrolę klientów. Teraz już mają - mówi Krzysztof Zdanowski z Biura Informacji Kredytowej (BIK). Biuro działa od listopada 2000 r. Ma dostarczać bankom informacji o kredyto-biorcach: w każdej chwili będzie można sprawdzić, kto, kiedy i gdzie pożyczał pieniądze, ile jeszcze musi oddać i czy wszystkie raty płacił w terminie. Krzysztof Zdanowski ocenia, że do czerwca BIK będzie miało pełne dane o 80 proc. pożyczek. Dostęp do nich w trybie on line mają mieć upoważnieni pracownicy banków, a więc - jeśli nie zawiedzie system informatyczny - historia kredytowa (credit record) każdego niemal Polaka dostępna będzie dla nich od ręki. Spodziewać się zatem należy, że zaowocuje to ogłoszeniem czasowej lub całkowitej niewypłacalności kolejnych kilku tysięcy osób, dziś broniących się przed bankructwem żonglerką kartami czy kolejnymi pożyczkami na spłatę zaciągniętego kredytu. Banki zakwalifikują te osoby albo do grona czasowo niewypłacalnych i - nie zamykając linii kredytowej - zaproponują im program systematycznego oddłużania, albo do grupy całkowicie niewypłacalnych i skierują sprawę do komornika. - Bankom najbardziej zależy na odzyskaniu gotówki. Gdy nie ma jednak innej możliwości, wykorzystują zawarte w umowie kredytowej uprawnienia - mówi Sebastian Łuczak. - Mogą na przykład zająć zastaw bez zwrotu rat lub zająć pensję.
Tempo zaciągania kredytów przez polskie gospodarstwa domowe - jak wynika z danych Narodowego Banku Polskiego - znacznie zmalało w drugiej połowie 2000 r. Jedną z przyczyn było podniesienie przez Radę Polityki Pieniężnej stóp procentowych. Kredyty podrożały i koszty ich spłaty wzrosły. Jeszcze we wrześniu pożyczyliśmy w bankach 1,5 mld zł, w listopadzie - już tylko 600 mln zł. Wygląda na to, że perspektywy rozwoju gospodarki i własne możliwości spłaty pożyczek zaczęliśmy oceniać realistyczniej. Nie dotyczy to jednak wszystkich. Z 44 mld zł kredytów aż 1,5 mld zł uznano za nieściągalne. Dla wielu zaciągnięcie kredytu w banku okazało się wstrząsem, który zadecyduje o najbliższych latach ich życia.

Bartłomiej Leśniewski
Rafał Pisera
Współpraca: Zuzanna Reda
Więcej możesz przeczytać w 4/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0