Nisko i ostrożnie

Nisko i ostrożnie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polacy nie lubią ryzyka i szanują pieniądze. Grasz w ruletkę, black jacka, często bywasz na wyścigach konnych? A może lubisz pokera i bingo? Jeśli tak, jesteś w zdecydowanej mniejszości: w Polsce jaskinie hazardu nie cieszą się popularnością. Wzorem polityków, przedsiębiorców i przedstawicieli show-biznesu unikają ich też przeciętni obywatele.
 
Właściciel trzech dużych sklepów na wybrzeżu przyjechał do stolicy zarobić duże pieniądze. Wydawało mu się, że najłatwiej zarobi w kasynie. Po przegraniu kwoty, którą chciał pomnożyć, ogarnęła go obsesja odegrania się - wspomina Michał Litwiński, były krupier w jednym z warszawskich kasyn. - W niedługim czasie wyzbył się wszystkich sklepów. Po kilku dniach, wciąż święcie wierząc w swoją szczęśliwą gwiazdę, kupił książkę "Jak wygrać w black jacka" i ruszył w miasto. W jednym z kasyn wygrał równowartość mieszkania, potem jeszcze raz tyle i... powoli zaczął przegrywać wszystko, co zgromadził. Zgrał się do zera. Wkrótce poszła fama, że w krakowskim hotelu Pod Różą popełnił samobójstwo. Krupierzy przyjęli to za pewnik. Po pół roku wprawił nas w prawdziwe osłupienie, pojawiając się jakby nigdy nic w kasynie i siadając do stołu gry w black jacka...
Czy właśnie taki jest przeciętny polski bywalec kasyn? - Zdecydowanie nie. Gracz z wybrzeża to ewenement. Wysoko grają przede wszystkim goście z zagranicy - uważa Litwiński. Chcący zachować anonimowość kierownik sali jednego z warszawskich kasyn mówi o hazardzistach: - To przeważnie mężczyźni o wątpliwej reputacji. Widać po nich, że daleko im do elity. Zdecydowanie nie są to biznesmeni i politycy. Z ich dość swobodnego i często aroganckiego stosunku do pieniędzy wnioskujemy, że majątek zdobyli niekoniecznie uczciwie ani tym bardziej nie w pocie czoła.
Pracownicy kasyn przyznają, że w Polsce wśród przegranych nie obserwuje się gestów rozpaczy podobnych do tych w Monte Carlo, gdzie zgrani do zera nałogowcy rzucają się ze Skały Samobójców. - Nie ma powodu martwić się przegraną, jeśli pieniądze nie były ciężko zarobione. Łatwo przyszło, łatwo poszło - to dewiza rodzimych graczy - mówią. Nietrudno w to uwierzyć, jeśli przyjrzeć się doniesieniom prasy mówiącym o tym, że wśród stałych bywalców kasyn roi się od przedstawicieli półświatka z Pruszkowa, Wołomina, wybrzeża (hazardzistą był między innymi nieżyjący boss gdańskiej mafii Nikoś) i Śląska. - W opinii społecznej kasyna bywają wiązane z szarą strefą. Tego rodzaju obraz jest również przedstawiany w mediach. Ludzie dbający o swój publiczny wizerunek unikają tego typu miejsc - mówi Jan Maria Jackowski, poseł, przewodniczący sejmowej Komisji Kultury i Środków Masowego Przekazu.
Poważni biznesmeni są odporni na tego rodzaju pokusy. Dlaczego?
- Z moich rozmów z przedsiębiorcami wynika, że ich potrzeba ryzyka jest zaspokojona. Niepotrzebne są im dodatkowe emocje związane z hazardem - przekonuje Jeremi Mordasewicz, wiceprezes Business Centre Club. - Być może w gospodarkach ustabilizowanych jest inaczej, ale w kraju, gdzie tak szybko zmieniają się warunki prowadzenia interesów i regulacje prawne, codziennie przeżywa się ogromne emocje. Sukces osiąga się dzięki pracy i wierze we własne siły. Dopiero gdy to się kończy, rodzi się potrzeba hazardu - mówi Mordasewicz.
Badania przeprowadzone przez OBOP potwierdzają, że ostry hazard w Polsce nie jest popularny. Tylko jeden procent ankietowanych przyznaje, że bywa w kasynach i salonach bingo. I to rzadko. Nikt z respondentów nie uważa się za ich miłośnika.
Lubimy grać i kochamy wygrywać, ale nie lubimy ryzykować własnych pieniędzy. Dlatego polski hazard to niemal wyłącznie lotto. Nie przyjęły się u nas loterie i zdrapki, na których punkcie oszaleli Czesi i Słowacy. W grach losowych jesteśmy natomiast europejskim potentatem. Totalizator Sportowy w połowie lat 90. sprzedawał rocznie pół miliarda kuponów. Dziś, gdy jednorazowo wygrać można nawet 16 mln zł, w ciągu roku zawieranych jest 2,25 mld zakładów. Gdy zdarza się duża kumulacja, do kolektur przychodzi cztery, pięć milionów osób. Od września 1999 r. do września 2000 r. sprzedaż zakładów wzrosła o ponad 50 proc. Do kasyn natomiast przychodzi rocznie 600-700 tys. osób, z których trzy czwarte stanowią grający wysoko obcokrajowcy. - To tradycja powstrzymuje nas przed zbyt częstym odwiedzaniem kasyn - uważa Cezary Leszczyński, szef marketingu Totalizatora Sportowego. - Ostry hazard nie ma i nie miał u nas zbyt wielu zwolenników, w przeciwieństwie do lotto, które - jak wynika z naszych badań - uważane jest za niegroźną zabawę.
Obserwacje te potwierdzają naukowcy, którzy korzeni naszej niechęci do ruletki i podobnych rozrywek dopatrują się w bliższej i dalszej historii. W PRL hazard był nielegalny. Kasyna oficjalnie nie istniały, choć wtajemniczeni wiedzieli, gdzie można zagrać o duże pieniądze (głównie w pokera). Ci wtajemniczeni należeli przeważnie do półświatka. - Polacy zaczynają się dopiero dorabiać i na ryzyko utraty pieniędzy patrzą inaczej niż mieszkańcy państw zachodnich - zauważa dr Andrzej Zaporowski z Instytutu Kulturoznawstwa Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. - Zgadzamy się na hazard niemal wyłącznie w małych grupach, gdzie ryzyko jest akceptowalne. Nasza chłopska tradycja, która zaczęła dominować szczególnie po zakończeniu II wojny światowej, pogłębiła pewne schematy myślenia. Wyrobiła w nas dużo większą niż wcześniej chęć dorobienia się, zajęcia jak najwyższej pozycji w hierarchii społecznej. W swoim środowisku nikt nie chce być odmieńcem. Skoro wszyscy się dorabiają, ciułają, to dlaczego ja w tym czasie mam ryzykować to, co z trudem zdobyłem? - mówi dr Zaporowski.
Na swoich stronach internetowych właściciele kasyn z Las Vegas z dumą podają nazwiska bywających u nich biznesmenów, przedstawicieli świata kultury i show-biznesu. Tymczasem w polskich salonach gier nie wypada dziś spędzać wolnych wieczorów. - Niekiedy dostaję zaproszenia, ale nigdy z nich nie korzystam. Ten rodzaj rozrywki mnie nudzi i właściwie nie interesuje - mówi mecenas Edward Wende. Niewielu znanych rodaków potrafi się przyznać, że lubi postawić pieniądze na czerwony lub czarny numerek. Jako jedna z niewielu osób graczy i jaskiń hazardu broni pisarka Joanna Chmielewska: - Lubiącym grać trudno jest znaleźć dreszczyk emocji towarzyszący ryzyku związanemu z hazardem gdzie indziej niż na wyścigach konnych czy w kasynie - mówi. W jednym z wywiadów pisarka stwierdziła, że to, iż gramy rzadziej niż mieszkańcy krajów zachodnich, nie zmienia faktu, że zasadnicze reguły kierujące zachowaniem człowieka są takie same w War-szawie i Las Vegas. - Mamy te same namiętności i pasje co Amerykanie - uważa Joanna Chmielewska.
We Francji z poradni dla hazardzistów korzysta rocznie ponad milion osób, prawie tyle samo, ile z poradni dla alkoholików. Działa też tu kilkadziesiąt telefonów zaufania. W Wielkiej Brytanii 2,5 mln nastolatków wzięło ostatnio udział w prelekcjach dotyczących skutków grania w ruletkę, black jacka i bingo. Tymczasem w Polsce do poradni trafia ledwie trzysta, czterysta osób rocznie. - Ludzi uzależnionych od hazardu jest w naszym kraju znacznie mniej niż na Zachodzie, gdzie hazard jest prawdziwym przemysłem - przyznaje dr Bohdan Woronowicz, terapeuta uzależnień.
Po warszawskich kasynach krąży anegdotka o Polaku, który pewnej nocy przegrał w black jacka 500 dolarów. Straszliwie się tym przejął i - załamany - obserwował grającego obok Austriaka, który w tym czasie stracił 10 tys. dolarów. Zszokowany Polak spytał obcokrajowca, jak można się nie przejąć tak dużą stratą... i usłyszał: "Trzeba, proszę pana, grać zawsze na poziomie własnych możliwości".
Polacy, jeśli już grają, to właśnie tak jak w tej historii - na poziomie własnych możliwości. Czyli nisko i ostrożnie.

Więcej możesz przeczytać w 4/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0