Scena dla milionów

Scena dla milionów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z ROBERTEM KWIATKOWSKIM prezesem TVP SA
Wiesław Kot: - Jak to się stało, że telewizja publiczna finansuje dziś kulturę w większym stopniu niż Ministerstwo Kultury?
Robert Kwiatkowski: - Telewizja publiczna jest jedyną instytucją kultury, która przetrwała starcie z wolnym rynkiem. Nauczyliśmy się traktować rynek jako instrument pozyskiwania funduszy i rozsądnego ich wydawania. Znaczną część zarobionych w ten sposób pieniędzy wydajemy na kulturę. Warto dodać, że Ministerstwo Kultury przeznacza w tym roku na bieżące utrzymanie instytucji kulturalnych 0,1 proc. produktu krajowego brutto, czyli mniej, niż telewizja publiczna odprowadza do kasy państwa w formie różnych podatków.
- Ministerstwo także łoży na twórców i ich zrzeszenia, tyle że - w odróżnieniu od TVP - czyni to metodą redystrybucji środków otrzymanych z budżetu państwa.
- Jest jeszcze jedna różnica: ministerstwo poprzez system dotacji podtrzymuje przede wszystkim instytucje kultury. My staramy się inwestować w wydarzenia kulturalne. To zasadnicza różnica - ministerstwo dotuje teatr jako taki, a my przedstawienie tea-tralne. Co prawda pieniądze w jednym i w drugim wypadku trafiają do kieszeni reżyserów i aktorów, ale my płacimy za twórczość, a nie za etaty.
- W PRL państwo wzięło na utrzymanie armię twórców, którym wypłacało wprawdzie chude, ale regularne pensje za "bycie artystą".
- Dzisiaj spora część naszej elity intelektualnej i artystycznej wydaje się rozczarowana tym, że telewizja nie gwarantuje im w najlepszym czasie antenowym kilku godzin na - powiedzmy to wyraźnie - autopromocję. Naszą niechęć do ustępstw w tym zakresie tłumaczą rzekomymi wpływami polityków, koterii towarzyskich itp. Tymczasem prawda jest zupełnie inna: dysponentem każdej telewizji, także publicznej, nie jest żaden polityk czy ugrupowanie, lecz widz. Załóżmy jednak, że udostępnimy artyście czy politykowi najlepszy czas antenowy, tak jak się tego domaga, ale jeśli program będzie nieatrakcyjny, widz szybko zmieni kanał i to będzie ostateczny efekt takiego "upowszechniania kultury".
- Ponieważ kłóci się ono z przyzwyczajeniami widza...
- ...a także z jego lojalnością wobec anteny. Widz trwa przy swojej ulubionej stacji, kiedy jest przekonany, że respektuje ona reguły, zgodnie z którymi planuje on swój dzień. Z tego powodu mija się z celem nadawanie w dzień powszedni trudnego dokumentu o godzinie 18.00, a teatru telewizji o 19.00. Widzowie wracają bowiem o tej porze z pracy i poszukują inteligentnego relaksu. Podobnie rzecz się ma z "Wiadomościami". Teoretycznie widzowie zainteresowani biegiem spraw publicznych mogliby sobie nagrać je na taśmę i obejrzeć w dowolnym czasie. W przytłaczającej większości jednak tego nie robią, ponieważ "Wiadomości" oglądane mocą wieloletniego przyzwyczajenia o 19.30 pozwalają im poza wszystkim uporządkować własny dzień.
- Wymagania elit wobec publicystyki idą jednak znacznie dalej.
- W Polsce jest niski poziom czytelnictwa; tylko co szósty Polak kupił sobie w ubiegłym roku książkę. Kto za to odpowiada? Telewizja, bo za słabo lansuje literaturę. Spada poparcie dla Unii Europejskiej? Oczywiście winna jest telewizja, choć i tak nadaje mnóstwo programów na ten temat. Takie myślenie to jest właśnie efekt tego, że państwo wycofało się w znacznej mierze z działalności kulturalnej czy edukacyjnej, a jego roli nie przejęły jeszcze instytucje umiejące się poruszać na wolnym rynku. A skoro telewizja publiczna udowodniła, że radzi sobie w nowym systemie, od razu stała się adresatem wielu próśb o pomoc, wsparcie finansowe i mecenat. Często dotyczy to przedsięwzięć mających ledwie śladowy związek z kulturą. Te setki listów z prośbą o wsparcie odczytuję jednak jako swego rodzaju komplement. Ich autorzy bowiem nie tylko wiedzą, że mamy pieniądze, ale ufają, iż umiemy nimi rozsądnie zarządzać i nie stronimy od wspomagania nawet ryzykownych inicjatyw.
- Krytycy TVP zapominają często, że właśnie wskutek zbyt nachalnego wypełniania misji społecznej wiele stacji publicznych w Europie Środkowej po prostu straciło widownię.
- Telewizja publiczna nie może rezygnować ze swoich zasadniczych obowiązków. Nie zamierzamy tego robić. Chcemy łączyć i łączymy swoje obowiązki z potrzebami szerokiej widowni. Telewizje publiczne krajów nadbałtyckich, a także słowacka, węgierska czy czeska (ta ostatnia to dzisiaj już inny problem, bo protest dziennikarzy dotyka tam spraw zasadniczych), nie są stacjami marginalnymi, ale ich udział w tamtejszych rynkach telewizyjnych to połowa, a czasem trzecia część tego udziału, jaki na naszym rynku ma TVP. Clausewitz powiedziałby, że nasza telewizja publiczna zaczęła się zmieniać w odpowiednich miejscach i w odpowiednim czasie.

Więcej możesz przeczytać w 4/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0