Skazani na bezrobocie

Skazani na bezrobocie

Dodano:   /  Zmieniono: 
Gwałtownie kurczy się rynek pracy dla ekonomistów, nauczycieli, absolwentów budownictwa i wydziałów mechanicznych
Wzrost bezrobocia nie oznacza u nas pogorszenia sytuacji ekonomicznej, a nawet daje pewną nadzieję na przyszłość. Jest sygnałem, że dokonuje się restrukturyzacja polskiej gospodarki, a przedsiębiorstwa obniżają koszty - mówi prof. Witold Orłowski z Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych. - Wysoka stopa bezrobocia nie przeszkadza szybkiemu rozwojowi gospodarki, gdyż walka o pracę stanowi bardzo dobry czynnik hamujący wzrost wynagrodzeń - dodaje Bogusław Grabowski z Rady Polityki Pieniężnej. Pojawienie się na rynku bezrobotnych lekarzy, prawników, nauczycieli czy ekonomistów świadczy wręcz o normalnieniu sektora usług, jest dowodem na skuteczność reform oświaty i służby zdrowia. Wolny rynek nie gwarantuje wprawdzie pracy żadnej grupie zawodowej, lecz sprawia, że awansują najlepsi, że posady (może poza wyższymi uczelniami) nie są dożywotnie, więc praca jest efektywniejsza.
Obecnie stopa bezrobocia sięga w Polsce 13,6 proc., zatrudnienia nie ma więc 2,5 mln zdolnych do pracy obywateli. W ciągu ostatnich dwóch lat wskaźnik bezrobocia wzrósł o cztery punkty procentowe, ale w rzeczywistości bezrobotnych przybyło kilkakrotnie mniej. Głównie dlatego, że reforma ZUS zmusiła do ujawnienia się sporej grupy osób pracujących dotychczas w szarej strefie. Co więcej, wciąż nie ujawniło się ukryte bezrobocie na wsi (ok. 2 mln osób), a nad-zatrudnienie w nie zreformowanym sektorze publicznym szacuje się na kolejne 2 mln osób. Bezrobocie byłoby wyższe, gdyby polska gospodarka była bardziej konkurencyjna, lecz wzrastałoby najwyżej przez rok, dwa. Bardziej konkurencyjna, nastawiona na eksport gospodarka generowałaby bowiem nowe miejsca pracy, głównie dla specjalistów, a więc korzystnie zmieniając strukturę zatrudnienia. Rekordowo niski wskaźnik bezrobocia w 1998 r.
(9,5 proc.) zawdzięczaliśmy szybkiemu wzrostowi gospodarczemu, ale był to głównie wzrost ekstensywny. Dopiero przyspieszona prywatyzacja i restrukturyzacja przemysłu ujawniają utrzymywane dotychczas przerosty zatrudnienia. A jest to główna przeszkoda w poprawianiu rentowności firm. Prawdziwe zmiany na polskim rynku pracy są zatem dopiero przed nami.

W latach 90. dwukrotnie wzrosła liczba studentów i niemal o tyle samo liczba absolwentów szkół wyższych, tymczasem osoby z dyplomami stanowią tylko 3-5 proc. poszukujących pracy, a wśród nich zaledwie dziesiąta część szuka zajęcia dłużej niż rok. Wchłanianie specjalistów przez gospodarkę dokonywało się więc u nas na większą skalę niż w jakimkolwiek innym kraju Europy. Pod koniec lat 90. nastąpiło jednak nasycenie rynku. Obecnie miejsca pracy dla specjalistów powstaną tylko wtedy, gdy dokończona zostanie restrukturyzacja gospodarki. Bezrobocie wśród absolwentów będzie jednak rosło także z tego powodu, że zbyt wolno zmieniają się wyższe uczelnie. W 1998 r. ponad 31 proc. studentów ukończyło kierunki pedagogiczne i humanistyczne (osiem lat wcześniej - 27 proc.). Formalnie zmalała wprawdzie liczba absolwentów studiów technicznych (z 19,4 proc. do 12,5 proc.), lecz głównie dlatego, że na politechnikach masowo powstały wydziały zarządzania, które de facto i tak kształcą tradycyjnych inżynierów. Jeśli dotyczy to absolwentów studiów płatnych, oni sami ryzykują, że nie znajdą pracy na przykład w szkole. Jeśli jednak nierynkowe struktury kształcenia podtrzymywane są z pieniędzy podatnika, tracimy dwa razy: kształcąc niepotrzebnych na rynku specjalistów, a potem płacąc im zasiłki dla bezrobotnych. Analitycy dowodzą, że gwałtownie kurczy się rynek pracy dla ekonomistów (obecnie kończący studia ekonomiczne stanowią 25 proc. wszystkich absolwentów), nauczycieli, absolwentów budownictwa i wydziałów mechanicznych oraz filologów.

Bezrobocie jest wprawdzie stale obecne w gospodarce rynkowej, lecz większość państw europejskich przez długie lata "pracowała" na to, że jego wskaźnik przekracza w większości krajów 10 proc. (we Francji i Belgii sięga 12 proc., a w Hiszpanii wynosi nawet ponad 18 proc.). Część mieszkańców Unii Europejskiej nie pracuje, bo nie potrafi znaleźć zatrudnienia. Inni nie pracują, ponieważ im się to nie opłaca. Amerykanie niejednokrotnie podejmują pracę za niższe wynagrodzenie niż zasiłek dla bezrobotnych w Europie. Unijny model rynku zatrudnienia charakteryzuje się małą elastycznością i wysokimi podatkami, co powoduje, że nie powstają tanie miejsca pracy. Dla państwa ich tworzenie ma jednak sens: zatrudnieni mogą korzystać ze szkoleń, unikają patologii trwałego bezrobocia, a przede wszystkim wytwarzają tańsze produkty i usługi. W Polsce wybierano dotychczas raczej europejski model państwa socjalnego, wybierano więc wysokie bezrobocie. W ciągu ostatniego roku liczba osób bez pracy wzrosła o ponad 430 tys. i to praktycznie we wszystkich województwach.
Liczba osób pozbawionych pracy będzie w Polsce wzrastać również dlatego, że zaledwie 58,8 proc. osób w wieku produkcyjnym jest aktywnych zawodowo, podczas gdy w Unii Europejskiej - 60,5 proc., a w Stanach Zjednoczonych - 74 proc. Wkrótce na rynek pracy wejdzie też pokolenie wyżu demograficznego - Polacy będą stanowić 40 proc. młodych ludzi szukających w najbliższych latach zatrudnienia w Europie (ok. 300 tys. absolwentów rocznie). Szeregi bezrobotnych zasilą też pracownicy restrukturyzowanych gałęzi przemysłu: górnictwa, hutnictwa, przemysłu zbrojeniowego, energetyki, chemii ciężkiej oraz kolei. Wkrótce 700 polskich przedsiębiorstw zamierza zmniejszyć zatrudnienie, w wyniku czego etaty straci ok. 36 tys. pracowników. Jednocześnie spadnie zatrudnienie w sferze budżetowej, m.in. w szkolnictwie i służbie zdrowia.
- W najbliższych dwóch latach Polska odczuje większy wpływ restrukturyzacji przemysłu oraz wyżu demograficznego, który bardziej odmłodzi i tak już stosunkowo młodą rzeszę bezrobotnych. Trudności ze znalezieniem pracy będą mieć nie tylko osoby słabo wykształcone, ale też absolwenci wyższych uczelni - przewiduje Maciej Grabowski z Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową. Aby liczba osób bez pracy zaczęła spadać, wzrost gospodarczy musiałby być na tyle wysoki, by poprzez nowo tworzone miejsca pracy zrekompensował nieuchronny i konieczny spadek zatrudnienia w skostniałych gałęziach przemysłu. - W naszej sytuacji nawet kilkuprocentowy wzrost gospodarczy może wystarczyć najwyżej do zahamowania wzrostu bezrobocia. Dopiero później będziemy mogli myśleć o jego zmniejszeniu. Poza tym wzrost gospodarczy wcale nie musi dziś oznaczać tworzenia nowych miejsc pracy, może zaś na przykład zwiększyć zapotrzebowanie na wydajniejsze maszyny - zauważa prof. Witold Orłowski.
- Aby zatrzymać wzrost bezrobocia, gospodarka musiałaby się rozwijać w tempie przekraczającym 6 proc. PKB rocznie i to na zdrowych podstawach, czyli poprzez zdecydowane zwiększenie eksportu. Tempo rozwoju rzędu 5-6 proc. pozwoli ustabilizować bezrobocie na obecnym poziomie, natomiast niższe jeszcze je pogłębi - przewiduje Bogusław Grabowski. A niższe tempo rozwoju wiąże się przede wszystkim z utrzymaniem dużej sfery socjalnej. Dwadzieścia lat temu bezrobocie w USA, Japonii i w Europie było porównywalne i wynosiło ok. 6 proc. Obecnie w Europie wskaźnik bezrobocia jest trzy razy wyższy niż w Japonii i dwa razy wyższy niż w USA.

Prof. Jan Winiecki z Uniwersytetu Europejskiego we Frankfurcie, porównując gospodarkę Starego Kontynentu i Ameryki, pisał: "W świecie postkomunistycznym upowszechniły się postawy żebraczo-roszczeniowe. Ale te postawy nie są czymś obcym w Europie Zachodniej. Państwo opiekuńcze powoduje korozję moralną wolniej niż komunizm, ale działa w ten sam sposób". Efekt tych działań jest taki, że Europa załamuje dziś ręce nad poziomem bezrobocia, a Waszyngton cieszy się z najniższego wskaźnika bezrobocia od 30 lat (nieco ponad 4 proc.). Europie nie pomogło przeznaczenie w ostatnich latach aż 14 mld dolarów na zwalczanie bezrobocia. Dodatkowo zakaz handlu w niedzielę obraca się przeciwko handlującym, gdyż zapracowani przez cały tydzień klienci nie mają kiedy i gdzie wydać swoich pieniędzy.
Nie pomaga także skracanie czasu pracy. Obecnie Francuzom wydaje się,
że po skróceniu tygodnia pracy szefowie firm zatrudnią więcej pracowników i zmniejszy się w ten sposób bezrobocie. Eksperci przestrzegają tymczasem, że być może na początku uzyskają niewielki i krótkotrwały efekt, ale w dłuższej perspektywie droższa praca zmusi francuskich producentów do zmiany technologii, do inwestycji w maszyny, a nie w ludzi. Związki zawodowe chcą z kolei ochraniać miejsca pracy, torpedując restrukturyzację przemysłu, żądając wysokich zasiłków, odpraw, organizowania robót publicznych. Skutek jest taki, że zamiast chronić pracowników, utrwala się strukturalne bezrobocie.

Dotychczas najlepsze wyniki w walce z bezrobociem osiągają kraje, w których obciążenia socjalne są najniższe. W Wielkiej Brytanii, Irlandii i Holandii średnie obciążenie pracodawców obowiązkowymi składkami jest o połowę niższe niż w innych państwach Unii Europejskiej. W Polsce zobowiązania pracodawców miały być obniżone, lecz prezydent Kwaśniewski zawetował część ustaw podatkowych, przez co nie będziemy pod tym względem konkurencyjni. Prognozy dla Polski zawarte w "Narodowej strategii wzrostu zatrudnienia i rozwoju zasobów ludzkich", którą Rada Ministrów przyjęła na początku stycznia, nie napawają optymizmem. Jeżeli w najbliższych latach nie nastąpi wzrost zatrudnienia, bez pracy może się znaleźć 3,7 mln osób (20 proc. zdolnych do pracy). Najbardziej optymistyczna prognoza, zakładająca, że PKB będzie rósł o 7 proc. rocznie, mówi o spadku stopy bezrobocia do 8,7 proc. Autorzy strategii taki wariant nazywają "pożądanym", ale wydaje się on raczej trudny do zrealizowania. Bardziej prawdopodobne jest, że liczba bezrobotnych w najbliższych latach przekroczy 3 mln.
- Musimy lepiej wykorzystywać niemałe środki przeznaczane na walkę z bezrobociem. Rynek pracy musi się stać zdecydowanie bardziej elastyczny, co można osiągnąć dzięki liberalizacji przepisów kodeksu pracy, zwiększeniu terytorialnej mobilności zatrudnionych i naciskowi na szkolenia pozwalające się przekwalifikować pracownikowi. Czas skończyć też z nieszczęsną płacą minimalną, która powoduje, że pracodawcom nie opłaca się tworzyć nowych miejsc pracy - postuluje Bogusław Grabowski. Istotnie, bezrobocie jest dziś mniej uzależnione od czynników demograficznych, na jego poziom wpływają zaś wysokie podatki, zbyt małe zachęty do tworzenia miejsc pracy, duża szara strefa oraz niski poziom edukacji, (przede wszystkim nie uczy się, jak szukać pracy). W efekcie działania, które mają ochraniać pracowników, szkodzą im. Ochrona prawna pracownika zniechęca właścicieli firm do tworzenia nowych miejsc pracy, na przykład do zatrudniania kobiet, którym przedłużono płatne urlopy macierzyńskie. Tracą na tym same kobiety.
- Wszystko to nie oznacza, że ktoś skazał Polskę na europejski model rynku pracy, nawet w perspektywie integracji z Unią Europejską. To polscy politycy i wyborcy zadecydują o skali bezrobocia w naszym kraju. Ci, którzy głoszą tezę, że idąc do Europy, musimy się zgodzić na jej model rynku pracy, a tym samym na wysokie bezrobocie, uprawiają demagogię - konkluduje prof. Witold Orłowski.

Więcej możesz przeczytać w 11/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0