Ratujmy demokrację!

Ratujmy demokrację!

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kurczowe trzymanie się zasady powszechnego prawa głosu prowadzi prosto do upadku współczesnej demokracji. Podczas pisania konstytucji USA jednym z głównych punktów spornych było prawo głosu. Obdarzyć nim wszystkich czy tylko niektórych? Ostatecznie przeważyło zdanie jednego z ojców-założycieli, Gouverneura Morrisa: "Dajcie prawo głosu ludowi nie posiadającemu własności, a rychło odsprzeda je bogatym".
Do podobnych wniosków doszli w tym samym czasie twórcy naszej reformy konstytucyjnej.
Główną zmianą, jaką wprowadzała Konstytucja 3 maja, było wszak odebranie praw politycznych szlachcie nieposesjonatom. Był to krok oczywisty, podyktowany doświadczeniem. Szlachecka gołota, nie mająca nic poza kreską na sejmiku, stanowiła posłuszną klientelę magnatów i to ona właśnie przyczyniła się w decydującej mierze do upadku szlacheckiej demokracji, która - z pozoru trwając w najlepsze - niepostrzeżenie stała się magnacką samowolą. Reforma kraju wymagała zawężenia demosu do tych, którzy jako właściciele byli mniej podatni na klientyzm.

Dyktatura postindustrialnego plebsu
Ten historyczny przykład jest jak najbardziej stosowny w odniesieniu do kierunku, w jakim zmierza współczesna demokracja. Postępujące rozwarstwienie materialne odbywa się kosztem klasy średniej, tej właśnie, na której demokracja się opierała. Wzrasta natomiast liczebność postindustrialnego plebsu, dla którego akt wyborczy nie oznacza żadnej konkretnej zmiany w życiu. Jego członkowie w oczywisty sposób skłonni są sprzedawać swe wyborcze poparcie w zamian za jakąś doraźną korzyść. Dobro kraju czy prawa obywatelskie nie mają dla nich wielkiego znaczenia, skoro nie przekładają się na osobiste powodzenie.
Wzrasta zatem liczba pełnoprawnych wyborców, którzy de facto wydziedziczeni zostali z bycia obywatelami. Akt wyborczy przestaje być wyrażeniem woli przez społeczeństwo - staje się rozgrywką pomiędzy współczesnymi możnowładcami. Tak jak w dawniejszych czasach wygrywał ten, kto zdołał skrzyknąć więcej zbrojnych lub miał większe stada bydła, tak w schyłkowej demokracji wygrywa ten, kto dzięki zaangażowaniu większych funduszy w kupowanie wyborców i specjalistów od masowej manipulacji zdoła sobie zapewnić więcej głosów.
Wiele obaw budzi coraz bardziej pogłębiająca się przepaść między dochodami najbogatszych i najbiedniejszych. Przepaść ta dzieli nie tylko kraje rozwinięte i nie rozwinięte, lecz również obywateli państw najbogatszych. Według najnowszych statystyk, w wielkich amerykańskich korporacjach stosunek wynagrodzeń prezesów i szeregowych pracowników wynosi 450:1. Inne statystyki - także amerykańskie - pokazują, że w czasie, gdy średnie zarobki menedżerów i specjalistów poszukiwanych dziedzin wzrosły kilkunastokrotnie, płace pracowników fizycznych zwiększyły się o 30 proc.
Podobne fakty dały kilka lat temu dwóm niemieckim publicystom, Martinowi i Schumanowi, asumpt do sformułowania tezy o społeczeństwie formuły 20:80 - złożonym z wąskiej, opływającej w dostatki elity i kilkakrotnie od niej liczniejszego plebsu. Pisałem kiedyś o tej wizji i ku mojemu zaskoczeniu przez wielu uznany zostałem za jej polskiego propagatora. Tymczasem ja z Martinem i Schumanem wówczas polemizowałem. Ich koncepcja stanowi powtórzenie starej tezy Marksa, jakoby w miarę rozwoju kapitalizmu bogaci się coraz bardziej bogacili, a biedni coraz bardziej biednieli. W istocie zaś rację miał nie Marks, ale Adam Smith, który twierdził, że bogactwo elit z czasem "ścieka" (trickle down) pomiędzy biednych, podnosząc ich status materialny i cywilizacyjny.
Społeczeństwo w gospodarczym wyścigu przypomina kolarski peleton. Gdy jedzie wolno, odległość pomiędzy liderami a maruderami może być stosunkowo nieduża. Gdy przyspiesza, peleton się rozciąga. A bywa, że najszybsi odrywają się od reszty, która dogania ich dopiero po pewnym czasie. Ostatnia sytuacja występuje wtedy, gdy pojawiają się nowe odkrycia i wynalazki rewolucjonizujące gospodarkę. Marks swoją błędną tezę sformułował w czasie, gdy szczególnie rażące stało się społeczne rozwarstwienie wywołane rewolucją przemysłową. Ówczesna "ucieczka" elit trwała około dwóch generacji. Dziś jednak wszystkie procesy cywilizacyjne toczą się szybciej, co pozwala optymistom twierdzić, że przepaść, jaka znowu rozwiera się pomiędzy bogactwem a biedą, tym razem zarośnie wcześniej.

Dwie rasy
Tak czy owak - rozwarstwienie rozwiniętych społeczeństw jest w najbliższym czasie nie do uniknięcia. Co gorsza, współcześnie pojawił się wcześniej nie znany czynnik, który w ciągu kilku najbliższych dziesięcioleci pogłębi przepaść między bogatymi a biednymi do rozmiarów, o jakich się nam nie śniło. Są nim osiągnięcia nauki. Już teraz do pomyślenia staje się niemal dwukrotne przedłużenie ludzkiego życia i znaczne poprawienie jego jakości. Do pomyślenia staje się odtwarzanie uszkodzonych narządów, przywracanie utraconych bądź wadliwych od urodzenia funkcji organizmu, a nawet tzw. terapia genowa, chroniąca niemowlę przed pisanymi mu w późniejszym wieku chorobami. Jedno tylko pozostaje nie do pomyślenia. Nie sposób sobie wyobrazić kasy chorych, która mogłaby te zabiegi zafundować wszystkim chętnym.
W tej sytuacji różnica statusu materialnego musi się przełożyć na różnicę biologiczną. Samo w sobie nie jest to nowością. W XVII-wiecznej Polsce przeciętny szlachcic był mniej więcej o 10 cm wyższy od przeciętnego chłopa, miał odpowiednio większą masę ciała, rzadziej chorował i dłużej żył. Różnica długowieczności między miastem a wsią zaznacza się zresztą bardzo wyraźnie także w Polsce współczesnej. Ale to, co sprawić mogły odmienne odżywianie, bardziej higieniczny tryb życia i opieka lekarska, to drobiazg w porównaniu z rozwarstwieniem, jakie pociągnie za sobą biotechnologia.

Nowa klasa
Jednocześnie obserwować możemy zjawisko, które o niepokój zaczęło ostatnio przyprawiać nawet amerykańskich publicystów, z zasady niedbałych o interesy wspólnot narodowych. Menedżerowie i specjaliści, odrywając się od reszty społeczeństwa pod względem statusu materialnego, mają zarazem skłonność do zatracania poczucia wspólnoty ze swymi współplemieńcami i współobywatelami. W nowych elitach wytwarzają się tym samym kosmopolityczne wspólnoty ludzi, którzy wyszli z różnych krajów i narodów.
Elity są wolne od uprzedzeń rasowych czy narodowych. Same tworzą przecież osobną rasę: ludzi piękniejszych, zdrowszych, długowiecznych i - co istotne - pewnych swego powołania do kierowania światem. Powszechna skłonność współczesnych bogaczy ku lewicy, oczywiście przykrojonej do wymogów korzystnego dla nich systemu, już dziś z trudem tylko daje się odróżnić od poczciwego, XIX-wiecznego paternalizmu lorda Ribblesdale’a. Ludzie decydujący o postępowaniu polityczno-biznesowo-medialnych konglomeratów, które stały się podmiotem współczesnej demokracji, słysząc o woli wyborców, podmiotowości społeczeństwa etc., uśmiechają się tylko łagodnie. Któż może lepiej niż oni wiedzieć, czego społeczeństwa potrzebują? Przecież na pewno nie one same.

Paradoks demokracji
Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której grupa pierwszych beneficjantów skoku cywilizacyjnego uzyska wystarczająco wiele, by być władną zmienić zasady gry, a tym samym nadać rozwarstwieniu społeczeństwa charakter znacznie trwalszy, niżby to wynikało z naturalnego procesu. Jest to chwila dla demokracji wielce niebezpieczna, krytyczna wręcz. Poszukiwania rady z reguły idą w jednym kierunku: nie dopuścić do tak znacznego rozziewu między bogactwem a nędzą, na jaki się zapowiada. Tym samym wchodzimy od razu w ślepą uliczkę, albowiem nie ma sposobu, by do tego nie dopuścić. Co gorsza, jedyne metody, jakie potrafimy sobie wyobrazić, to taka czy inna forma redystrybucji dokonywanej przez władzę polityczną. To recepta, która już ponad wszelką wątpliwość pokazała swą przeciwskuteczność, bo jej głównym efektem jest trwałe związanie bogactwa z redystrybuującymi, czyli z władzą polityczną. Wytwarza to formułę, zgodnie z którą władza daje pieniądze, a pieniądze dają władzę, oraz pogłębia przepaść pomiędzy bogatymi i biednymi.
Stajemy zatem przed alternatywą. Jeśli nie zrobimy niczego, "turbokapitalizm" (określenie E. Luttwaka) rychło zmieni demokrację w fasadę dla rządów oligarchicznych, które mogą się stać stanem trwałym. Jeśli spróbujemy przeciwdziałać, skutkiem też będą rządy oligarchiczne, tylko szybsze, a perspektywa dogonienia elit przez resztę społecznego peletonu znacznie się oddali lub zostanie wręcz zniweczona. Jedynym wyjściem z tej sytuacji jest pójście drogą ojców-założycieli Stanów Zjednoczonych oraz twórców Konstytucji 3 maja i ograniczenie powszechnego prawa głosu do tych grup społecznych, w których interesie leży troska o dobre funkcjonowanie państwa i utrzymanie demokracji. Tylko wtedy pomniejszona klasa średnia może zachować zdolność kontroli nad możnowładcami rzucającymi na wyborczą szalę kupione głosy plebsu i nie dopuścić do przeforsowania zmian, które nadadzą władzy oligarchicznej charakter trwały.
Wymaga to odstępstwa od demokratycznego fundamentalizmu, który powszechne prawo głosu podniósł do rangi jednej z podstaw ustrojowych. A jednak kurczowe trzymanie się tej zasady prowadzi prosto do upadku współczesnej demokracji i trwałego zastąpienia jej - przy zachowaniu pozorów, jak w Rzymie Cezarów - przez rządy oparte na klientyzmie. Warunkiem uratowania demokracji wydaje się natomiast zgoda na jej ograniczenie. Jest to pierwszy z paradoksów, z którymi kraje demokratyczne będą się musiały uporać już niedługo.

Więcej możesz przeczytać w 5/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0