Kolonizacja pamięci

Kolonizacja pamięci

Dodano:   /  Zmieniono: 
Morderstwa i tortury, czyli najnowsza historia, której Francuzi wolą nie wspominać. "Kolonializm to gangrena. Proszę wziąć uczciwego, normalnego człowieka i wysłać go do kolonii, a stanie się tyranem" - powiedział "Wprost" francuski historyk Jacques Le Goff. Jego rodacy niechętnie wspominają niechlubne czyny epoki kolonialnej. Dziś jednak media zmuszają byłych generałów do rozliczenia się z morderczych wojen, porównywalnych tylko ze współczesną tragedią ludności Kosowa.
 
Jedną z najczarniejszych kart francuskiego okresu kolonialnego było stłumienie powstania na Madagaskarze. W 1947 r. miejscowa ludność domagała się własnej państwowości i wycofania obcych wojsk z wyspy. Francuzi natychmiast wprowadzili tam stan wyjątkowy i wysłali korpus ekspedycyjny. W sumie 30 tys. żołnierzy wymordowało niemal 90 tys. Malgaszów. Pierwsze informacje o tej akcji pacyfikacyjnej francuska telewizja podała dopiero po trzynastu latach, a pełne dane o jej skutkach zostały przedstawione publicznie po 47 latach od powstania.
Jeszcze trudniejsze okazuje się rozliczenie wojny w Algierii z lat 1954-1962: ośmiu lat bitew, zamachów, masakr, egzekucji i tortur. Parlament Francji dopiero 37 lat po zakończeniu walk i uznaniu niepodległości Algierii zgodził się na oficjalne przyznanie, że przez osiem lat toczyła się tam wojna, i dopuścił używanie terminu "wojna algierska" w oficjalnych dokumentach.
Do dziś nie wiadomo dokładnie, ile osób wtedy zginęło. Najskromniejsze szacunki mówią o kilkudziesięciu tysiącach, ale wymienia się także liczby dużo większe: 300 tys., 500 tys., a "Le Monde" napisał w 1985 r. nawet o 600 tys. zabitych. Teraz przez media znów przetacza się fala dyskusji na temat stosowanych wówczas przez wojsko tortur i egzekucji przeprowadzonych bez sądu. Pierwszy alarmujący głos w tej sprawie - przyrównujący metody przesłuchań stosowane przez francuskie służby specjalne w Algierii do gestapowskich - ukazał się w prasie już w 1951 r., ale pozostał wówczas bez echa.
Dziś oddźwięk jest znacznie większy, a obszerne materiały na ten temat zamieszczają regularnie takie poważne pisma, jak "Le Monde", "L’Express" czy "Le Nouvel Observateur". Zaczęło się od opublikowania przez "Le Monde" jesienią 2000 r. swoistych "wspomnień z przesłuchań" byłej działaczki algierskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego (FLN) Louisette Ighilahriz. Potem posypały się deklaracje generałów, którzy kierowali operacjami wojskowymi w Algierii: Bigearda, Massu i Aussaresses’a. Przyznawali oni mniej lub bardziej otwarcie, że torturowanie więźniów było w podległych im oddziałach praktyką powszechną, ale z wyraźną niechęcią odnosili się do myśli o oficjalnym wyrażeniu przez Francję skruchy z tego powodu. Generał Aussaresses, który wtedy był jednym z dowódców wywiadu wojskowego, przyznał publicznie, że osobiście zamordował 24 więźniów, a tortury były w armii stosowane zgoła rutynowo.
Publikowane przez prasę wspomnienia mrożą krew w żyłach. Szczególnie wstrząsająca jest pochodząca ze źródeł prywatnych beznamiętna relacja nieżyjącego już oficera Operacyjnych Oddziałów Ochronnych (DOP), podlegających wywiadowi wojskowemu. Wraz z pojawieniem się DOP uprawiane dotychczas "amatorsko" i "rzemieślniczo" tortury weszły w fazę "racjonalną, wydajną, przemysłową". Najczęściej do dręczenia więźniów stosowane były prąd elektryczny i woda. Zarówno mężczyzn, jak i kobiety męczono po rozebraniu do naga. Jedną elektrodę podłączano do ucha, drugą do genitaliów. Tortury wodne polegały głównie na wtłaczaniu na siłę do gardła 15-20 litrów wody. Kończyło się to zazwyczaj śmiercią wskutek uduszenia albo pęknięcia żołądka. Więźniów przypalano papierosami i palnikami spawalniczymi.
Zawsze można się odwołać do argumentu, że nie ma czystej wojny. Partyzanci algierscy też się z żołnierzami francuskimi nie cackali, a ponadto organizowali zamachy bombowe, uderzając na śle-po również w ludność cywilną. Trudno to jednak traktować jako usprawiedliwienie tamtych zwyrodnień. Jacques Duquesne, ówczesny korespondent prasowy w Algierii, zamieścił w tygodniku "L’Express" jedno z najrzetelniejszych spośród dotychczas opublikowanych świadectw w tej sprawie: "Kiedy wojskowi mają w rękach człowieka, o którym sądzą niemal z absolutną pewnością, że zna miejsce, gdzie są schowane bomby mające posłużyć do zamachów, można zrozumieć - choć nie zaakceptować - że aby zmusić go do mówienia, stosują środki, powiedzmy, anormalne w nadziei na uratowanie niewinnych ludzi. (…) Jednakże bardzo rzadko się zdarzało schwytać człowieka zajmującego się podkładaniem bomb czy kogoś, kto był w te sprawy wtajemniczony. Poza tym pod wpływem tortur ludzie zeznawali dosłownie byle co, aby tylko uniknąć choć na chwilę nieznośnego bólu". Jeden z więźniów powiedział po uwolnieniu: "Gdyby chcieli, to przyznałbym się, że ukrywam w domu łódź podwodną".
Inną czarną kartę tamtych czasów stanowi akcja pacyfikacyjna przeprowadzona w 1957 r. przez wojsko francuskie w setkach algierskich miejscowości, których mieszkańcy zostali wówczas wysiedleni do specjalnych obozów. W wyniku owej ewakuacji - jak ją wówczas oficjalnie nazywano - na kilka lat za druty trafiło około dwóch milionów osób.
Poczynania Francuzów - choć trudno je usprawiedliwiać - wymagają wyjaśnienia okoliczności i zarysowania kontekstu społecznego. Część z nich była kolonizatorami Afryki Północnej, ale też wielu tam się urodziło i wcale nie czuło się przybyszami. Algieria, Maroko i Tunezja były ich rodzinnymi stronami. Oddanie więc przez Francję Algierii odbierali jak zdradę ojczyzny. Najradykalniejsi wojskowi działali pod koniec wojny nie tylko przeciwko Algierczykom, ale także przeciw władzom w Paryżu i każdemu Francuzowi, który był skłonny brać pod uwagę przekształcenie "Algierii francuskiej" w "Algierię algierską".
"Jak można prawić, że ludzkość jest na drodze postępu, że wyposaża się w Międzynarodowy Trybunał Karny, by karać tych, którzy jako metody walki i rządzenia wykorzystują zbrodnie, i równocześnie odmawiać pozamiatania pod własnymi drzwiami?" - napisał niedawno "Le Monde". Na razie przedstawiciele najwyższych władz państwowych Francji wygłaszają opinie, że tortury były w Algierii zjawiskiem marginalnym i interesować się nimi powinni co najwyżej historycy. Historycy zaś na ogół pracują solidnie, ale bez pośpiechu. I o to właśnie chodzi.

Więcej możesz przeczytać w 5/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0