Próba sumienia

Próba sumienia

Rozmowa z profesorem JANEM TOMASZEM GROSSEM, historykiem, autorem książki "Sąsiedzi"


Jerzy Sławomir Mac: - Czy publikując "Sąsiadów", książkę o mordzie w Jedwabnem, chciał pan zmusić Polaków do rachunku sumienia?
Jan Tomasz Gross: - Dla mnie Jedwabne to część większej całości. Głównym felerem polskiej narracji historycznej dotyczącej okresu okupacji jest faktyczna nieobecność w niej problematyki żydowskiej. Doświadczenia polskie i żydowskie biegną obok siebie. Taki był kanon historiograficzny. Sam padłem jego ofiarą. Napisałem dwie monografie na temat społeczeństwa polskiego pod okupacją niemiecką i sowiecką, gdzie o żydowskim wymiarze nie było ani słowa. Dopiero z czasem zacząłem rozumieć, że losów polskich i żydowskich nie da się rozdzielić. Jest to wspólna historia, splątana w potworne supły, takie jak w Jedwabnem, gdzie jedna połowa mieszkańców miasteczka wymordowała drugą. Głęboko wierzę, że poznanie casusu Jedwabnego stanie się przełomem w naszej zmitologizowanej świadomości historycznej i pomoże dokonać oczyszczenia naszych sumień.
- Może też wpłynąć - niekoniecznie korzystnie - na teraźniejszość i przyszłość stosunków polsko-żydowskich, bez przerwy zakłócanych wzajemnymi oskarżeniami o antypolonizm i antysemityzm.
- Mam nadzieję, że w tych stosunkach nastąpi wreszcie wielkie otwarcie, a Polska zyska większą wiarygodność. Jedwabne wpisuje się przecież w obraz tych wszystkich potworności, jakie nawzajem wyrządzają sobie sąsiedzi na całym świecie - od Jugosławii po Ruandę - i to ponad pół wieku po Holocauście. To wielkie wyzwanie pod adresem współczesnej cywilizacji. Najważniejsze, w jaki sposób sobie z nim poradzimy. My, Polacy.
- "Gross nie dotarł do wszystkich materiałów archiwalnych, dlatego jego sądy są pochopne i uproszczone" - to najczęstszy zarzut merytoryczny pod adresem "Sąsiadów". Uzasadniony?
- Historyk nigdy nie dociera do wszystkich materiałów. Główne zastrzeżenia dotyczą archiwaliów niemieckich, w których - jak mówią moi krytycy - podobno powinno być coś, co przesądzałoby, że zbrodni w Jedwabnem dokonali Niemcy. Jednak każdy, kto orientuje się w niemieckiej dokumentacji, wie, że taki fakt musiałby zostać odnotowany w codziennych raportach o działalności tzw. grup specjalnych, przesyłanych do głównej kwatery bezpieczeństwa Rzeszy. Przeprowadziłem ich gruntowną kwerendę. Nie ma tam ani słowa na ten temat. Nigdzie nie jest wymieniona nazwa "Jedwabne". Nie wykluczam, iż coś może się znaleźć, ale jestem pewien, że nie będą to rewelacje o zasadniczym znaczeniu, mogące podważyć fakt, że zbrodnia w Jedwabnem była dziełem samych Polaków.
- Żadna zbrodnia nie ma usprawiedliwienia, ale wielu krytyków ma panu za złe, że nie wziął pan pod uwagę tzw. kontekstu historycznego. Czy rzeczywiście mógłby on stanowić okoliczność łagodzącą?
- Rozumiem, że chodzi o to, co działo się w okolicach Jedwabnego pod okupacją sowiecką. Akurat znam się na tym bardzo dobrze, od 20 lat publikuję książki na temat okupacji sowieckiej. W okolicach Jedwabnego nie działo się nic, co różniłoby je od innych terenów zajętych przez Sowiety. Typowe w kontekście władzy sowieckiej były stosunki między Polakami i Żydami, podobny stopień zaangażowania ludności polskiej i żydowskiej w administrację sowiecką. Jedynym wyjątkiem była rozbudowana konspiracja, zlikwidowana przez NKWD przy pomocy donosicieli. Tak się składa, że na ten temat jest wiele materiałów. Cała agentura sowiecka wywodziła się jednak z polskiej grupy etnicznej.
- Miles Lerman, przewodniczący rady Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, wezwał polskie władze, by publicznie zabrały głos. Stanisław Krajewski zaapelował, by w 60. rocznicę zbrodni dokonano spektakularnego aktu ekspiacji z udziałem przedstawicieli państwa i polskiego Kościoła.
- Nie chodzi o kolejne przeprosiny ze strony władz w imieniu narodu. Znacznie ważniejsza jest ewolucja postaw społecznych wobec okupacyjnej tragedii Żydów. Oczywiście, bardzo ważne jest godne uczczenie ofiar i miejsca zbrodni, sakralizacja tego miejsca, wystawienie tam pomnika z prawdziwym napisem. Gdyby miejscowy kościół przeznaczył na ten cel na przykład jedną tacę, miałoby to ogromne znaczenie. Nie finansowe, ale moralne i wychowawcze. Chodzi jednak przede wszystkim o szeroką, otwartą debatę publiczną, która już się zaczęła w polskich mediach. Światowa opinia publiczna śledzi ją z uwagą. To, że do niej doszło, zostało przyjęte najpierw z niedowierzaniem, a później z wielką ulgą. Szkoda tylko, że tak mało ludzi śledzących dyskusję o "Sąsiadach" wie, o czym mowa, choć to ich bezpośrednio dotyczy. Ta książka jest praktycznie niedostępna w księgarniach (można ją znaleźć w Internecie - www.pogranicze.sejny.pl). Szansę na wielkie oczyszczenie widzę właśnie w powszechnej rozmowie o nas samych.
- Czy nie martwi pana, że w tej rozmowie ujawnił się też nurt negacji i do głosu doszły dyżurne antysemickie upiory?
- Rzeczywiście, są też głosy skandaliczne, takie jak tekst w "Rzeczpospolitej", gdzie straszliwy morderca z Jedwabnego został przedstawiony jako męczennik. Rozumiem jednak, że jest to bolesny temat i niełatwo sobie z nim poradzić. Polacy nie są jedynym narodem, który stanął przed takim wyzwaniem. We Francji podjęto publiczny obrachunek z okresem okupacji dopiero w latach 70., choć nie było tam cenzury, która w Polsce aż do roku 1989 stanowiła wygodne alibi. Ważne jest, by w tym publicznym dyskursie nie padły żadne oficjalne głosy wpisujące się w nurt negacji. Dlatego martwi mnie wywiad, jakiego udzielił "Gazecie Wyborczej" Sławomir Radoń, szef kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. IPN przygotowuje "białą księgę" na temat Jedwabnego. Gdyby ta oficjalna publikacja okazała się w jakiejś mierze spreparowana w celu wybielenia zbrodni, byłby to wielki skandal.
- Według raportu Centrum Wiesenthala, w październiku ubiegłego roku doszło na świecie do ponad stu antysemickich ekscesów, często krwawych - od Australii po Kanadę. Dlaczego więc akurat o polskim antysemityzmie mówi się najgłośniej, zwłaszcza w Ameryce?
- Żydów głęboko rani to, że w Polsce do aktów antysemityzmu dochodzi w takich miejscach, jak Auschwitz czy Majdanek. W ogóle cała Polska jest ziemią szczególną, wielkim cmentarzem Żydów. Tutaj Hitler z powodów logistycznych zlokalizował wszystkie miejsca masowej zagłady. Żydowska pamięć, przenoszona z pokolenia na pokolenie, przechowuje okrutny obraz nie tylko obojętności, ale również uciechy i zadowolenia na twarzach polskich sąsiadów w momentach najbardziej tragicznych dla Żydów: gdy ich spędzano do gett, ładowano do wagonów, wieziono na śmierć. Dlatego każdy antysemicki malunek i napis wykonany w pobliżu Oświęcimia czy Treblinki jest znacznie bardziej bolesny niż taki sam napis zrobiony na przykład w Paryżu. Antypolski uraz w środowisku amerykańskich Żydów, których przodkowie wyjechali długo przed Zagładą, bierze się też z pogardy, jakiej doświadczyli w Polsce, co zresztą skłoniło ich do emigracji. A ponieważ w Polsce mieszkało więcej Żydów niż gdziekolwiek indziej, toteż potomków polskich Żydów jest w Ameryce więcej niż potomków jakichkolwiek innych Żydów. I to oni kształtują opinię. Dlatego nie chciałem publikować "Sąsiadów" najpierw w Ameryce, by nie generować antypolskich nastrojów. Chciałem, by przesłanie tej książki trafiło najpierw do Polaków. Bo jest to przede wszystkim sprawa polska, sprawa naszych sumień.

Okładka tygodnika WPROST: 6/2001
Więcej możesz przeczytać w 6/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0