Zdrowie na kartki

Zdrowie na kartki

Dodano:   /  Zmieniono: 
Pod względem jakości opieki medycznej nie powinniśmy porównywać Polski ze Stanami Zjednoczonymi, Niemcami czy Szwajcarią, lecz z Meksykiem, Egiptem albo Turcją. Wydajemy na ten cel 3,8 proc. PKB, więc przeciętnie na pacjenta przypada 390 USD rocznie. Przy obecnym poziomie PKB na więcej nas po prostu nie stać.
Gdyby wszystkie pieniądze z budżetu przekazywane na służbę zdrowia wydać tylko na chorych leczących się w szpitalach (5,7 mln osób w ubiegłym roku), na kurację każdego z nich przypadłoby 4,5 tys. zł. Gdyby pieniądze te trafiły wyłącznie do przychodni i ambulatoriów, na leczenie każdego chorego (233 mln porad w ubiegłym roku) można by wydać 111 zł. W rzeczywistości na każdego pacjenta faktycznie leczonego w przychodni lub szpitalu przypada niemal 1500 zł. Tymczasem na przykład usunięcie przepukliny kosztuje 1350 zł, choć to jedna z tańszych operacji. Łącznie ze funduszami wydawanymi na służbę zdrowia prywatnie i w szarej strefie przeznaczamy na ten cel około 5,5 proc. PKB. Czy zgodzilibyśmy się płacić wyższe podatki, by na opiekę zdrowotną przekazać na przykład 7,6 proc. PKB - jak w Hiszpanii? Według sondażu Instytutu Badań nad Gospodarką Rynkową, 79 proc. Polaków chciałoby wzrostu wydatków na służbę zdrowia, lecz jednocześnie 68 proc. nie godzi się, by w tym celu podnieść podatki. Chcemy więc mieć lepszą opieę zdrowotną, byle nie za nasze pieniądze.

Mało dla wielu
Sytuacji nie zmieniłaby podwyżka obowiązkowych składek na ubezpieczenie zdrowotne - i to nie tylko do 10 proc., ale nawet do 20 proc.! Jedyną szansą na poprawę standardu usług medycznych jest wzrost PKB i realne powiększenie jego części przeznaczanej na służbę zdrowia. Żadna jednorazowa podwyżka podatku zdrowotnego nie spowoduje, że szybko zbliżymy się do porównywalnej z nami pod względem liczby mieszkańców Hiszpanii. Tam co roku na służbę zdrowia wydaje się około 42,7 mld USD. To dziesięć razy więcej niż w Polsce. Wynika to jednak nie z wysokości składki, ale z faktu, że PKB Hiszpanii wynosi 563 mld USD (cztery razy więcej niż PKB Polski).
Organizując niedawno happening z kartkami na zdrowie, lekarze dotknęli istoty rzeczy: przy obecnym PKB Polski wszystkim można zapewnić tylko elementarne usługi medyczne. Gdyby w ciągu roku chcieli z nich skorzystać wszyscy uprawnieni, każdy z nich mógłby spędzić dzień w szpitalu, lecz nie mógłby w tym czasie liczyć na żadne badania poza pomiarem temperatury. W USA na ochronę zdrowia wydaje się przeszło bilion dolarów rocznie, czyli sześciokrotnie więcej niż wynosi PKB naszego kraju. Co roku Amerykanie przeznaczają na opiekę medyczną 150 razy więcej niż Polacy, mimo że jest ich tylko sześć razy więcej. Wydają więcej, bo lepiej pracują i są znacznie bogatsi.
Ale nie tylko dlatego. W bogatej Ameryce na koszty związane z leczeniem oszczędza się latami - podobnie jak na studia. W biednej Polsce na wszystkie usługi, w tym najdroższe operacje, ma wystarczyć składka na kasy chorych, czyli podatek zdrowotny. To niemożliwe. Stać nas tylko na to, by wszystkim opłacić podstawowe usługi (ich koszyk trzeba jednak precyzyjnie określić), a inne świadczenia trzeba byłoby w tej sytuacji uzyskiwać za płatne dodatkowo, indywidualne ubezpieczenia. Można byłoby też wprowadzić inne rozwiązanie: powszechne ubezpieczenia obejmowałyby usługi najdroższe, zaś za podstawowe świadczenia płacilibyśmy każdorazowo z własnej kieszeni. Problemem jest to, że żaden z tych wariantów nie jest u nas realizowany - z niewielkich środków próbujemy opłacać i usługi podstawowe, i najdroższe operacje.

Stracone złudzenia
Na razie składki na kasy chorych (dysponenta świadczeń medycznych), które co miesiąc odprowadzamy od zarobków, pozwalają na sfinansowanie ledwie kilku, i to niezbyt drogich, zabiegów rocznie. W praktyce osoba otrzymująca średnie wynagrodzenie w ubiegłym roku odprowadzała co miesiąc do kas chorych 116,19 zł. Po nowelizacji ustawy (podpisanej już przez prezydenta) składka miesięczna wzrośnie do 120,06 zł. W skali roku oznacza to 46,44 zł więcej. W wypadku osób pobierających pensję minimalną, a więc 700 zł, różnica jest praktycznie niezauważalna. W 2000 r. płaciły one na kasy chorych 42,62 zł miesięcznie, w tym roku zapłacą 44,10 zł. Rocznie ludzie najmniej zarabiający przekazują do kas 529,20 zł. To za mało, by sfinansować jakąkolwiek operację chirurgiczną.
Dzięki zasadzie solidaryzmu społecznego pacjenci ci mogą na przykład poddać się laparoskopii diagnostycznej (koszt - 1130 zł), mimo że koszt takiego zabiegu pochłania ich składkę z dwóch lat, a koszt operacji resekcji trzustki (6620 zł) składkę z ponad 12 lat. Na domiar złego, w Polsce nadal nie można się dodatkowo ubezpieczyć na wypadek drogiej operacji, co dla państwa byłoby rozwiązaniem tańszym i bardziej racjonalnym.
Stawka kapitacyjna, czyli kwota przeznaczona dla każdego pacjenta na podstawową opiekę medyczną przez rok, jest zróżnicowana w zależności od zasobności danej kasy chorych. W województwie łódzkim ustalono ją na 39 zł, w województwie kujawsko-pomorskim na 70 zł. Kwota ta jest taka sama dla wszystkich ubezpieczonych w danym województwie, niezależnie od tego, ile rzeczywiście odprowadzają na opiekę zdrowotną. Nawet gdyby składkę podwyższono do 10 proc. czy 11 proc., przeciętnie zarabiający Polak mógłby liczyć dodatkowo na wyleczenie jednego zęba w ciągu roku, a obywatel pobierający najniższe wynagrodzenie - kupić małe opakowanie witaminy C.
W obecnym, nierynkowym systemie zarządy publicznych kas chorych mogą dowolnie żonglować kosztami, doprowadzając szpitale do bankructwa lub finansowego rozkwitu. Zawierane przez kasy kontrakty są tajne (stanowią tajemnicę handlową), zaś rachunek kosztów najczęściej brany z sufitu. Nie wiadomo więc, z czego wynikają różnice kosztów za te same usługi w różnych placówkach. Dodatkowo jednemu szpitalowi kasa może zwracać koszty hospitalizacji (badań, leczenia powikłań, wyżywienia), a innemu tylko operacji.

Model dla Polski
Działalność publicznych kas chorych ujawniła faktyczne reglamentowanie świadczeń medycznych. Zapis o powszechnej dostępności do służby zdrowia ograniczany jest przez ilość pieniędzy wpompowywanych do systemu ochrony zdrowia, czyli po prostu przez siłę polskiej gospodarki. W dodatku, ponieważ mogą działać tylko publiczne kasy chorych, nie ma realnej konkurencji i rzeczywistego rachunku kosztów. Dopiero powstanie prywatnych kas i dobrowolnych ubezpieczeń zdrowotnych pozwoliłoby na urealnienie kosztów. Lęk przed nimi wydaje się być w Polsce irracjonalny. - W większości cywilizowanych krajów zachodnich obowiązują systemy mieszane. Z obowiązkowych składek pokrywane są tylko koszty podstawowych, wyszczególnionych w odpowiednich przepisach usług medycznych. Inne - droższe i bardziej skomplikowane - są opłacane przez prywatne ubezpieczalnie albo po prostu z kieszeni pacjenta - konkluduje prof. Paweł Januszewicz, dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie.
Więcej możesz przeczytać w 6/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0