Bogowie z KC

Bogowie z KC

Dodano:   /  Zmieniono: 
Na wybrzeżu zginęli ludzie, bo w Warszawie toczyła się walka o fotel I sekretarza i stołki w biurze politycznym. Rzadko ukazują się teksty ważne, wnoszące nową wiedzę o współczes-nej historii. Do takich należy rozmowa "Michnik - Kiszczak: Pożegnanie z bronią", opublikowana w "Gazecie Wyborczej". Teoretycznie jest to wywiad dwu pań, Agnieszki Kublik i Moniki Olejnik. Trudno jednak przeprowadzać rozmowę z politykami, z których jeden jest wytrawnym dziennikarzem, a drugi - specjalistą od wywiadu.
Zdjęcie na pierwszej stronie tekstu dobrze ilustruje tę sytuację - panowie przy stole na pierwszym planie, panie z tyłu - jakby w tle. Ten niby-wywiad jest raczej prezentacją poglądów żegnających się z bronią korespondentów. Korespondentów, gdyż klamrę artykułu stanowią dwa listy, Michnika do Kiszczaka z 11 grudnia 1981 r. i trochę spóźniona odpowiedź Kiszczaka z 24 grudnia 2000 r.
Największe wrażenie zrobiło na mnie następujące wspomnienie: "Nazajutrz po plenum KC, które odwołało Gomułkę i powołało Gierka na pierwszego sekretarza - Jaruzelski do mnie zadzwonił. Spytał: - Towarzyszu pułkowniku, czy nie zechcielibyście razem z żoną i dziećmi spędzić z moją rodziną świąt Bożego Narodzenia? (...) Wszystko było jeszcze takie ciepłe, rozedrgane. I oczywiście rozmawialiśmy na temat najświeższych wypadków. Pierwszy raz w życiu widziałem Jaruzelskiego rozkrochmalonego. (...) I wtedy wziął mnie za szyję, przycisnął i taki rozkrochmalony, dosłownie pamiętam te słowa, nie zapomnę do końca życia, on mówi: - Czesławie, Czesławie, gdyby nam to nie wyszło, stracilibyśmy nie tylko epolety, ale i głowy".
Co tak łączy, co każe wspólnie spędzać święta i przechodzić z per "towarzyszu" na "ty"? Co jest tak groźne, że może kosztować głowy urzędującego ministra i szefa kontrwywiadu? Nic tak ludzi nie spaja, jak wspólnie przeprowadzony udany zamach stanu (obaj panowie dekadę później mieli to głęboko w pamięci i aby nikt im nie wykręcił podobnego numeru, wprowadzili stan wojenny). Skóra cierpnie, gdy czytamy, jak rozdawano ostrą amunicję i granaty, jak uzbrajano wozy bojowe. Głównym celem sił z Mińska Mazowieckiego był ośrodek władzy, gmach KC. Ten natomiast był strzeżony przez oddziały MSW. MSW kontra WSW. Spiskowcy dokonali rekonesansu dróg dojazdowych, ale ostatecznie nie dojechali. Dlaczego? Bo już nie było takiej potrzeby. To, co miało się rozegrać na rogu Nowego Światu i Alei Jerozolimskich w Warszawie, rozegrało się na wybrzeżu.
W świetle tego wywiadu zaczynam inaczej rozumieć wypadki Grudnia ’70. Krew w Gdyni potrzebna była w Warszawie. Istnieje pojęcie "homerycka wersja historii". U autora "Iliady" to bogowie walczą między sobą. Walczą jednak rękami ludzi. Śmierć Hektora czy Achillesa, zwały trupów pod Troją - to tylko blotki w rozgrywce mieszkańców Olimpu; ci dalej raczą się ambrozją. Podobnie krew tych, którzy szli do pracy w Stoczni im. Komuny Paryskiej, była kartą przetargową w rozgrywkach między partyjnymi frakcjami. Ludzie zginęli tam, bo w Warszawie toczyła się walka o fotel I sekretarza i stołki w biurze politycznym i sekretariacie KC. I podobnie jak u Homera, giną tylko ludzie, bogowie z KC - ci przegrani - idą na zasłużone emerytury lub w misjach ambasadorskich reprezentują majestat Naj-jaśniejszej Rzeczypospolitej. Nie ma tu racji abp Józef Życiński, nazywając wspomnienia Czesława Kiszczaka "liryzmem emerytalnym", bo to emerytalny dramat.
Atakowanie budynków publicznych nie usprawiedliwia strzelania do ludzi. Przy strzelaniu do ludzi nie ma (i nie może być) automatyzmu. Adam Michnik powiada: "Ale we Francji nie ma człowieka władzy, który nie wydałby takiego rozkazu w momencie, gdy tłum pali merostwo w Paryżu". Nie chcę bronić Francuzów, ale w maju ’68 nad Sekwaną nie strzelano, choć w tym samym roku na placu Trzech Kultur w meksykańskim Tlatelolco (nie niszczono tam żadnych budynków) krew lała się szeroką strugą. Nie ma co sięgać po przykłady Francji czy Meksyku, kiedy mamy własne. Sześć lat po wypadkach na wybrzeżu w Radomiu znowu zapłonął komitet. Pacyfikacja była brutalna, ale obyło się bez strzelania. Widocznie można i tak.
W systemach, w których nie ma demokracji, nie ma też komunikacji między władzą a społeczeństwem. Władza jest skazana na metodę prób i błędów. Gierek wiedział, że Gomułka stracił władzę za strzelanie, więc nie strzelał ani w roku 1976, ani w 1980. Podobną racjonalnością wykazał się Czesław Kiszczak, dając rozkaz wycofania ZOMO i wojska po tragedii w kopalni "Wujek". Nie było to oparte na przesłankach humanitarnych i nie na lęku przed strzelaniem, ale na pamięci o tym, jak z Jaruzelskim wykręcili numer Gomułce, i obawie, by ktoś nie wykręcił im podobnego numeru.
Metodą prób i błędów uczyła się nie tylko władza, ale i społeczeństwo. Oto jakie wyciągnęło nauki: jedynym sposobem przeciwstawienia się polityce ekonomicznej państwa (podwyżki) jest protest - lata 1970, 1976, 1980. Protest może się odbywać na ulicach - czysto destrukcyjnie, może też skłaniać do stworzenia organizacji: "Nie palcie komitetów, zakładajcie własne". Taka była geneza KOR, WZZ i "Solidarności". Nie wiem, czy metoda prób i błędów była w tym wypadku sprawiedliwa. Wiem natomiast, że była nierówno łaskawa dla obu stron. Społeczeństwo stawało się coraz dojrzalsze i silniejsze, władza miała zaś coraz mniejsze pole manewru. Ta ścieżka zaprowadziła ówczesnego ministra spraw wewnętrznych do "okrągłego stołu". Bogowie zostali zmuszeni do zejścia z Olimpu.
Trudno jest pisać o takich pojęciach, jak "honor" czy "patriotyzm", podobnie jak trudno pisać o miłości. Nikt jednak nie zaprzeczy, że miłość to ważna sprawa. Patriotą można być na wiele sposobów, lecz nikt mnie nie przekona, że rezultatem miłości ojczyzny jest służba dla takich ludzi jak płk Dymitr Wozniesienski, osławiony szef Głównego Zarządu Informacji, przełożony mjr. Czesława Kiszczaka - "oficer radziecki, który [jak wspomina jego podwładny] karierę zaczynał z naszym wielkim rodakiem Feliksem Edmundowiczem [Dzierżyńskim]". Albo weźmy komendanta Akademii Sztabu Generalnego, który nie zadawał sobie trudu, by mówić po polsku. Być może nie mogło być po Jałcie i Poczdamie innej Polski niż ta, która była. Nie jestem zwolennikiem alternatywnej historii, ale jestem też przeciwnikiem fatalizmu - przekonania, że jeśli coś było, to musiało być.
Takie myślenie prowadzi do stwierdzenia, że między rokiem 1939 a 1944 nie mogło być innego polskiego bytu niż Generalne Gubernatorstwo. Nie ma zgody na takie myślenie, ale gdyby nawet była, to i w GG, aby się zachowywać jak porządny człowiek, nikt nie musiał być bohaterem, wystarczyło, że nie był zdrajcą, nie współpracował z obcym aparatem przemocy. Wiele osób, w tym gen. Czesław Kiszczak, tłumaczy swój akces od aparatu represji nowego ustroju tym, że przed wojną była bieda. Dobrze by to świadczyło o wrażliwości społecznej przyszłego przełożonego SB, gdyby nie fakt, że to on właśnie był beneficjantem przemian. Dla mnie to nie idealizm, ale materializm - i to nie dialektyczny czy historyczny, ale rozumiany jako kryterium własnej korzyści. Chłopi w spółdzielniach i robotnicy w fabrykach mieli inną wizję postępu - ci ostatni dali temu wyraz w Poznaniu. Z Olimpu wyglądało to jednak inaczej.
"Pożegnanie z bronią" jest tekstem ważnym. Po raz pierwszy zostało publicznie powiedziane, że w grudniu 1970 r. mieliśmy do czynienia z zamachem stanu. Polemika wokół tego tekstu wpisuje się w nową dyskusję o "dziejach honoru w Polsce". Rozpoczęła ją emisja filmu Jerzego Zalewskiego "Obywatel poeta" i polemiki wokół tego dokumentu. Możliwość składania wniosków do Instytutu Pamięci Narodowej będzie jej kontynuacją.

Więcej możesz przeczytać w 7/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0