Gazpromrurka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ujawniamy "kontrakt stulecia" - jeden z najbardziej strzeżonych dokumentów ostatnich lat. 27 września 1996 r. w polskiej prasie ukazały się krótkie informacje o tym, że podpisany został wart około 27 mld USD kontrakt na dostawy gazu z Rosji. Ówczesny premier Włodzimierz Cimoszewicz uznał go za jedno z największych osiągnięć swojego rządu. Wkrótce się okazało, że podpis polskich negocjatorów oznacza przedłużenie naszego uzależnienia energetycznego od Rosji o kolejne ćwierćwiecze.

Nasi negocjatorzy zachowali się jak amatorzy, choćby z tego powodu, że prognozy dotyczące zapotrzebowania Polski na gaz sporządzono tylko na 14 lat, licząc od daty podpisania kontraktu, czyli do 2010 r. Nie wiadomo, na jakiej podstawie zawarto umowę na 25 lat z możliwością przedłużenia o kolejne pięć lat, do roku 2026. "Kontrakt stulecia" to efekt misternie tkanej przez Gazprom intrygi, wspierających ją działań zarządu Polskiego Górnictwa Naftowego i Gazownictwa z lat 1990-2000 i błędów popełnianych przez wszystkie rządy po zmianie systemu w Polsce. Decyzje podejmowane od początku lat 90. w sprawie dostaw gazu z Rosji zmierzały do zbudowania gazociągu jamalskiego przez terytorium RP (co mogłoby być dla nas niezwykle korzystne), możliwie dużego zaangażowania finansowego naszego kraju w inwestycję, sprzedaży Polsce jak największej ilości gazu i w konsekwencji oddania rynku Gazpromowi. Do dzisiaj nie ma w naszym kraju konkurencyjnych dostawców gazu i jeszcze długo nie będzie. Redakcja uzyskała dostęp do tajnego "kontraktu stulecia". Oto, co wynegocjowali polscy urzędnicy.
PGNiG SA ma małe szanse na uzyskanie odszkodowania od Gazpromu w wypadku przerwania dostaw. Zgodnie z punktem 12.1 umowy "jako straty rozumie się wydatki poniesione i udowodnione przez Kupującego (PGNiG) (...). Do takich strat zalicza się kwoty, które będą zasadnie i rzeczywiście wypłacone przez Kupującego". Zatem - zgodnie z kontraktem - PGNiG musiałoby najpierw zapłacić odszkodowania swoim odbiorcom i fakt ten udowodnić. Dopiero wtedy Gazprom oceniłby, czy zostały one wypłacone "zasadnie", i jeżeli uznałby, że tak, przyznałby odszkodowanie. Poważniejszą blokadą jest wymóg "rzeczywistego" wypłacenia przez PGNiG rekompensat odbiorcom, zanim wystąpi o pieniądze do Gazpromu. Straty zakładów chemicznych, hut czy innych dużych przedsiębiorstw mogą sięgać milionów złotych dziennie, a PGNiG nie ma w zapasie tak dużych sum. Zatem w razie przerwania dostaw z Rosji nie będzie zdolne wypłacić odszkodowań i w związku z tym nie będzie mogło się domagać pieniędzy od Gazpromu. Gdyby jednak PGNiG spełniło warunki kontraktu, to na wszelki wypadek, aby odszkodowanie nie było zbyt duże, ograniczono jego wysokość do wartości jednomiesięcznych dostaw.
Na mocy kontraktu cały zamówiony w Rosji gaz (12,5 mld m3 rocznie) PGNiG musi pobierać z gazociągu jamalskiego. Istniejące od lat połączenia (pod Przemyślem przez Ukrainę i w okolicach Brześcia przez Białoruś) przed uruchomieniem gazociągu tranzytowego mają zostać wyłączone. I znów punkt dla Gazpromu. Zapis ten przynosi PGNiG same straty, za to uzasadnia ponoszenie przez stronę polską wysokich kosztów budowy. W porozumieniu między rządami Polski i Rosji z 1993 r. zapisano bowiem, że finansowy udział strony polskiej będzie proporcjonalny do stopnia wykorzystania przez nas gazociągu tranzytowego. Ustalono go na 15 proc., co przelicza się na 350 mln USD plus wielomilionowe ulgi celne i podatkowe przyznane spółce EuroPol Gaz - właścicielowi rury jamalskiej. Gdyby negocjatorzy z PGNiG ustalili, że zakontraktowany gaz będzie pobierany zarówno z istniejących połączeń, jak i z gazociągu jamalskiego, wykorzystanie tego ostatniego byłoby znacznie mniejsze, a więc i nasz udział finansowy powinien zmaleć. Zakładając pełne wykorzystanie istniejących połączeń (8-10 mld m3 gazu rocznie), przez gazociąg jamalski na potrzeby naszego kraju mogłoby płynąć maksymalnie 2-4 mld m3 gazu rocznie, a więc co najmniej trzykrotnie mniej, niż zapisano w kontrakcie. Pozwoliłoby to zaoszczędzić przynajmniej 200 mln USD, które zostały niepotrzebnie wydane na budowę polskiego odcinka gazociągu służącego głównie Gazpromowi do tranzytu gazu do Europy Zachodniej. Negocjatorzy z PGNiG nie wzięli tego pod uwagę.
Wymuszone kontraktem zamknięcie istniejących połączeń z systemem rosyjskim spowoduje nielogiczne dysponowanie strumieniem gazu w kraju i związane z tym straty PGNiG. W kontrakcie określono dwa punkty odbioru gazu z gazociągu jamalskiego: w okolicach Włoc-ławka i Poznania. Gaz z Rosji musi więc pokonać trasę od granicy do Włocławka, by następnie wrócić kilkaset kilometrów do wschodniej i południowo-wschodniej Polski. Droga od punktów odbioru przy istniejących połączeniach (w okolicach Brześcia i Przemyśla) do największych odbiorców w Polsce była najkrótsza, więc najtańsza. Wożenie gazu setki kilometrów w tę i z powrotem podniesie koszty PGNiG i w konsekwencji cenę gazu w Polsce, na co również nie zwrócili uwagi nasi negocjatorzy.
Ponadto - co chyba ważniejsze - wyłączone z użycia połączenia o przepustowości 8-10 mld m3 gazu rocznie mogą zostać wykorzystane do dodatkowych dostaw gazu z Rosji (ponad ilości zakupione w "kontrakcie stulecia"). Gazprom niewątpliwie skorzysta z tej możliwości po wprowadzeniu w Polsce zasady TPA (Third Party Access - dostęp stron trzecich do sieci). W Unii Europejskiej TPA obowiązuje od sierpnia 2000 r., w Polsce zostanie wprowadzona najpóźniej w dniu wejścia do unii. Zasada ta mówi, że jeżeli istnieją techniczne możliwości dodatkowych dostaw, właściciel gazociągów (w tym wypadku PGNiG) zobowiązany jest je udostępnić dostawcy gazu (w tym wypadku spółce Gazprom).
Negocjatorzy "kontraktu stulecia" przewidzieli taką możliwość. W punkcie 17.4 zapisano, że jeżeli Gazprom sprzeda w RP jakąś ilość gazu bezpośrednio polskim odbiorcom, PGNiG będzie mogło odebrać o taką samą ilość gazu mniej z gazociągu tranzytowego. Zapis ten jest wprawdzie zabezpieczeniem PGNiG przed skutkami zasady take or pay (bierz lub płać), nakładającej na kupującego obowiązek zapłaty za gaz zamówiony, a nie odebrany, ale jednocześnie stanowi zgodę na sprzedaż gazu bez pośrednictwa PGNiG. Zarząd firmy zrezygnował w ten sposób na rzecz Gazpromu z części dochodów płynących ze sprzedaży rosyjskiego gazu krajowym odbiorcom. PGNiG za gaz zamówiony i nie odebrany nie zapłaci, ale może zostać bez gazu na sprzedaż i bez dochodów, jeśli większość rynku przejmie Gazprom. Czy nie jest to działanie na niekorzyść spółki?
W porozumieniu o zasadach dysponowania zdolnościami przesyłowymi gazociągu tranzytowego z października 1994 r., będącym integralną częścią "kontraktu stulecia", znalazł się zapis (art. 8.), iż wszystkie dochody płynące z opłat za tranzyt rosyjskiego gazu przez Polskę są przeznaczone na budowę polskiego odcinka gazociągu jamalskiego. Ponownie traci na tym PGNiG, a zyskuje Gazprom. Jest to kolejna, ukryta tym razem forma finansowania gazociągu budowanego na potrzeby Gazpromu z funduszy polskiej firmy, a dokładniej z części zysków przypadających na PGNiG jako udziałowca spółki EuroPol Gaz, pobierającej opłatę tranzytową. Opłata owa ma być ponadto przeznaczana na "koszty eksploatacyjne podczas przesyłu gazu w ramach projektu", czyli PGNiG ma z własnej części finansować koszty tranzytu rosyjskiego gazu do Europy Zachodniej. W bardziej cywilizowanych częściach świata to firma korzystająca z tranzytu płaci firmie świadczącej taką usługę. U nas jest odwrotnie.

Więcej możesz przeczytać w 7/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.