Euroharacz

Euroharacz

Dodano:   /  Zmieniono: 
Z popularności pokazywanego przez Polsat amerykańskiego serialu "Ostry dyżur" najbardziej cieszyły się holenderskie urzędy skarbowe. Gdyby Polsat kupował prawo do emisji filmu w Polsce, cło od opłat licencyjnych wyniosłoby 10 proc. Robiąc to z pomocą zależnej od siebie firmy zarejestrowanej w Holandii, płaci tylko 2 proc.
 "Przewiezienie" prawa do transmisji z Holandii to nie kłopot: na mocy dwustronnej umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania strona polska nie może pobierać opłat za prawa do emisji "sprowadzane" z tego kraju. Budżet polski nie zyskuje nic, holenderscy podatnicy otrzymują w prezencie 2 proc. wartości kontraktu.

Umowa stowarzyszeniowa z UE, umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania między Polską i państwami unii oraz polskie ustępstwa powodowane chęcią przyspieszenia wejścia do UE umożliwiają naszym partnerom pobieranie podobnego haraczu od polsko-amerykańskiego handlu w wielu innych dziedzinach. Opracowane na podstawie tych aktów prawnych polskie taryfy celne zakładają, że od farmaceutyków sprowadzanych z Europy nie trzeba płacić nic, ale od tych z USA należy zapłacić 9 proc. Podobnie jest z płytami i filmami naświetlonymi, a więc przede wszystkim kinowymi. Cło za komputer wyprodukowany w unii wynosi 0 proc., za przywieziony z USA - 5 proc., za europejski samochód osobowy - 5 proc., za amerykański - 30 proc.
Faworyzowanie towarów pochodzących z zachodniej Europy dyskryminuje firmy spoza UE. Tłumi konkurencję na polskim rynku i oznacza wyższe ceny. Europejczycy, korzystając z preferencji celnych, zajmują pozycję monopolisty, tańsze firmy z Ameryki i Dalekiego Wschodu nie wytrzymują konkurencji z bezcłowym importem z unii. Największą sieć supermarketów wybudowało u nas niemieckie Metro AG, znacznie większy (i tańszy) amerykański Walmart jest w Polsce nieobecny. Pozycję monopolisty na rynku telekomunikacyjnym zajmuje firma zależna od France Telecom, amerykańskiego operatora AT&T w Polsce nie ma. Dla General Motors, Forda, Exxona, IBM i innych gigantów zza Atlantyku najbardziej opłacalnym sposobem wejścia na polski rynek jest korzystanie z oddziałów zbudowanych wcześniej w Niemczech i Irlandii. Ochrona celna wcale nie służy w tym wypadku przedsiębiorstwom krajowym, lecz zachodnioeuropejskim.
- To nie firmy amerykańskie na tym tracą - uważa Szymon Moldenhawer, dyrektor wykonawczy Amerykańskiej Izby Handlowej w Polsce. - W wielu dziedzinach, na przykład w telekomunikacji, produkcji komputerów i farmaceutyków, międzynarodowe firmy z siedzibą w USA mają pozycję globalnego monopolisty. One i tak dostaną swoje pieniądze. Zanim jednak ich towary trafią do polskich klientów, na skutek cła albo marży pobieranej przez pośrednika ich ostateczna cena znacznie wzrośnie.
Tracą zatem nie Amerykanie, ale Polacy. I to podwójnie, bo firmy z USA są coraz mniej zainteresowane inwestowaniem w Polsce. W latach 1993-1997 Stany Zjednoczone zajmowały (ze znaczną przewagą) pierwsze miejsce na liście inwestorów zagranicznych w Polsce, potem dogoniły je Niemcy. W ubiegłym roku USA ostatecznie straciły pozycję lidera na rzecz Francji. Zerowe stawki taryfowe na towary sprowadzane z unii sprawiły, że nie trzeba już inwestować w Polsce, by nie płacić cła wwozowego za maszyny i podzespoły, wystarczy uruchomić produkcję w Irlandii czy Hiszpanii. W wyniku umów między Polską a UE firmy amerykańskie straciły motywację do inwestowania w naszym kraju.
- Nie wolno jednak zapominać, że preferencyjne taryfy dla firm europejskich to konsekwencja wyboru wizji przyszłości Polski - uważa Andrzej Harasimowicz, rzecznik Komitetu Integracji Europejskiej. - Zdecydowaliśmy się przecież na budowę wspólnego rynku z państwami unii, a więc na rezygnację z wewnętrznych granic celnych na rzecz wspólnych zewnętrznych. Dochodzenie do tego stanu to proces, który już się zaczął, i nie można go odwrócić bez szkody dla naszych interesów.
Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by przynajmniej do chwili uzyskania członkostwa w unii obniżyć cła na import z krajów pozaeuropejskich. Amerykanie upominają się o wyrównanie szans ich firm. Tłumaczą to zresztą naszym interesem. Strona polska faworyzuje europejskie produkty w przekonaniu, że ten gest zostanie doceniony i zapewni nam szybsze wejście do unii. Tymczasem naszą postawę szybko uznano w Europie za stan normalny.
Wiele do myślenia powinien nam dać fakt, że na liście dziesięciu największych inwestorów zagranicznych w Polsce tak mało jest firm amerykańskich. - Duże kompanie i tak znajdą sposób, by się znaleźć na polskim rynku, małe zrezygnują - mówi Szymon Moldenhawer.

Więcej możesz przeczytać w 7/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0