Syndrom chytrego niewolnika

Syndrom chytrego niewolnika

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wiele społeczności w Afryce, Azji i Europie Środkowej, w tym w Polsce, łączy podobna, postkolonialna mentalność. "Lokalny polityk wygrał wybory, ponieważ obiecał, że dzięki swoim stosunkom w stolicy załatwi dla regionu specjalne dotacje. Poobsadzał stanowiska znajomymi i rodziną, komunalne przedsiębiorstwa zawierają niekorzystne kontrakty z firmą należącą do jego żony. Partie mnożą posady urzędnicze i obsadzają je swoimi członkami. Przeciętny człowiek na wybory chodzi w przekonaniu, że kandydaci kłamią, ale i ze słabą nadzieją, że jednak jakąś część obietnic spełnią".
 
Polityka pomnażania biedy
Czyż powyższy obraz nie wygląda swojsko? Czy nie można by uznać tych słów za bezlitosne podsumowanie stosunków panujących w III RP? A tymczasem tak opisał miejsce swego pobytu znajomy naukowiec, który spędził kilka lat na prowincjonalnym uniwersytecie... w Indiach.
Irytujący jest obyczaj, zgodnie z którym publicyści rozważający szanse demokracji i wolnego rynku skupiają się na demokratycznych procedurach i instytucjach. Państwo demokratyczne to takie, gdzie odbywają się wolne wybory oraz działają partie i parlament; krajem wolnorynkowym można nazwać taki, w którym większość przedsiębiorstw jest prywatnych, a rząd nie sprawuje bezpośredniej kontroli nad procesami gospodarczymi. Te warunki spełniają równie dobrze USA czy Wielka Brytania, jak i wiele państw azjatyckich, afrykańskich czy południowoamerykańskich, których nikt obdarzony zdrowym rozsądkiem nie umieści w tej samej grupie.
Nieprawidłowości w funkcjonowaniu demokracji i wolnego rynku w wielu krajach najchętniej tłumaczy się biedą. Jest to zgodne z wieloletnią lewicową tradycją ("zechciejcie pierwej dać nam wszystkim żarcie, a potem przyjdzie i na morał czas" - pisał modny ongiś intelektualista), w praktyce jednak nie można znaleźć żadnego przykładu na poparcie tezy, że równiejszy podział dóbr czyni obywateli bardziej odpowiedzialnymi. Trudno też odeprzeć argument, że to właśnie bieda i niedorozwój wynikają ze skorumpowania władzy i demoralizacji elit, a nie odwrotnie.

Ameryka kontra Ameryka
Te same procedury i instytucje mogą być przez obywateli wypełniane różną treścią. Opisane na wstępie lokalne władze jednego z indyjskich stanów korzystają z ustawodawstwa w ogólnym zarysie bardzo zbliżonego do tego, jakie obowiązuje w USA - zresztą zaczerpniętego z tej samej brytyjskiej tradycji. Stany Zjednoczone to oczywiście dla demokracji przykład wręcz wzorcowy. W liczącym 60 tys. mieszkańców mieście, które odwiedzałem z ekipą TVP, radnych jest sześciu - wszyscy pracują społecznie. Niewielkie wynagrodzenie pobiera tylko burmistrz. Zarząd miasta wspiera regularnie kilkudziesięciu ochotników, działających w kilkunastu komisjach, oraz liczne stowarzyszenia sąsiedzkie i ligi obywatelskie, zazwyczaj tworzone doraźnie, by rozwiązać jakiś problem. Publiczne szkoły i szpitale podlegają osobnej kontroli pochodzących z wyborów rad nadzorczych. Każda decyzja władz lokalnych, wiążąca się z wydatkowaniem wspólnych pieniędzy lub przysporzeniem zarobku jakiejkolwiek firmie, jest zawczasu upubliczniana i dyskutowana. Pomoc społeczna stanowi domenę prywatnych fundacji i związków wyznaniowych, w których mieszkańcowi miasteczka po prostu wypada działać. Sami Amerykanie nie są jednak z poziomu owej aktywności zadowoleni. Dyrektor miejscowej parafii rzymskokatolickiej (w USA proboszcz jest wyłącznie duszpasterzem, innymi sprawami zajmuje się menedżer zatrudniany i rozliczany przez radę parafialną, czyli wiernych) pożalił się w rozmowie, że naprawdę aktywnie uczestniczy w pracy społecznej nie więcej niż połowa parafian...
Ale wystarczyło przejechać sto kilometrów, aby w tym samym kraju, w tym samym hrabstwie móc obserwować społeczność krańcowo odmienną - zdezintegrowaną, nieufną, stanowczo niechętną zaangażowaniu nawet w działalność rady szkolnej. Owe socjalne wrzody na ciele Ameryki, jakimi są welfare states, doczekały się stosunkowo niewielu badań socjologicznych. Łatwo zrozumieć, dlaczego - zamieszkują je głównie czarni, analizowanie ich zbiorowych zachowań mogło narazić na oskarżenie o rasizm. Dopiero ostatnie lata przynoszą opisy szokującej dla przeciętnego Amerykanina mentalności, jaką wytworzyły owe, jak zwykło się mawiać, getta.

Ubodzy wyzyskiwacze
Nazwa "getto", narzucona w publicznym dyskursie przez lewicę, jest jednak myląca. Sugeruje zamknięcie ofiar biedy, izolowanie ich od społeczeństwa (w domyśle: przez drapieżny, żądny zysku kapitalizm). Tymczasem w dzielnice socjalne pompuje się ogromne fundusze, z myślą o nich prowadzi się setki programów, a awans społeczny młodego potomka bezrobotnych ułatwiono wręcz do absurdu. Mieszkańcy getta mogą, teoretycznie, korzystać z dowolnego kursu lub szkoły, zdobyć każdy zawód. W praktyce niemal nikt z tego nie korzysta. Nauka czy staranie o zmianę statusu obłożone jest anatemą, jako swego rodzaju kolaboracja. Jeszcze gorzej widziane jest zaangażowanie w działalność społeczną. Każde otrzymane pieniądze wypada natychmiast wydać, najlepiej na huczną rozrywkę i narkotyki. Poziom agresji jest ogromny, szczególnie wobec tych, którzy dzielnice te utrzymują i starają się o nie dbać.
Jeden z badaczy wysunął tezę, że czarni mieszkańcy socjalnych kwartałów powrócili do afrykańskich obyczajów plemiennych - z tą różnicą, iż rówieśnicze grupy mężczyzn "polują" (czyli oddają się bandytyzmowi) bardziej dla rozrywki niż z życiowego przymusu. Trudno jednak wytłumaczyć wszystko "pamięcią materiału": zachowania białych przebywających przez długi czas na zasiłku, są bardzo podobne. Nie tylko w USA. Przeprowadzone swego czasu studium porównujące mieszkańców kwartałów biedoty w Stanach Zjednoczonych i podobnych, bardzo zróżnicowanych etnicznie dzielnic Londynu dowiodło, że syndrom getta nie wiąże się z pochodzeniem, religią ani kulturą dorastania. Nie przeprowadzono dotychczas (a bodaj nawet o tym nie pomyślano) podobnego badania, które porównywałoby postępowanie mieszkańców gett zachodnich z zachowaniem na przykład polskiej ludności popegeerowskiej. Mogę polegać jedynie na własnej intuicji i pobieżnej analizie opisywanych nienaukowo wypadków, twierdząc, że takie porównanie wykazałoby, iż zachowania te są bardzo podobne. Co więcej, takiego samego podobieństwa należałoby się spodziewać przy porównaniu z kolei polskich zbankrutowanych pegeerów z byłymi sowieckimi kołchozami.

Sny chytrych niewolników
Rosyjski socjolog opisał człowieka posowieckiego genialnym w swej prostocie określeniem: "chytry niewolnik". Pasuje ono - acz w różnej części - do mieszkańców innych krajów postkomunistycznych. Były poddany systemu sowieckiego wciąż nie umie sobie wyobrazić życia bez pana, który wprawdzie zabraniał mu różnych rzeczy i pędził do pracy, ale równocześnie odziewał, karmił i zdejmował z głowy trud podejmowania decyzji. Niewolnik taki za stan pożądany uważa sytuację, kiedy może oszukać: przespać się w bruździe, gdy ekonom nie widzi, coś podwędzić, napluć ukradkiem do zupy. Szczyt jego marzeń - to zostać panem samemu. Chytry niewolnik nie jest zdolny wykorzystać instytucji demokratycznych, są mu one głęboko obce. Władza - to pan. Sytuacja, w której owego pana można wybrać, jest zakłóceniem porządku świata, ale trwającym na szczęście dość krótko; zaraz po wyborach wszystko wraca do normy. Tu tkwi rozwiązanie zagadki "wrogiego państwa opiekuńczego" czy irracjonalnego zachowania dużej części Afroamerykanów, szczerze nienawidzących wybieranych ich własnymi głosami władz.
Istnienie demokratycznych procedur i instytucji nie wyklucza podtrzymywania struktur społecznych, które ową sytuację niewolnika i pana zachowują. Przeciwnie: demokracja i powszechne prawo głosu sprzyjają rozbudowie systemu zasiłków, subwencji i innych form uzależnienia obywatela od władzy. Nieuchronnie pociąga to za sobą rozrost możliwości korupcji, w gruncie rzeczy akceptowanej. To właśnie te możliwości sprawiają, że kariera polityczna - generalnie potępiana, bo politycy to "oni" - staje się dla najsprytniejszych czymś atrakcyjnym. Jest oczywiste, że wstępuje się do partii i zostaje na przykład radnym po to, aby przyznać sobie wysokie uposażenie, zrobić dobry interes, wziąć łapówkę i ustawić rodzinę.

Erozja demokracji
Zastanawiające, jak trudno publicystom i badaczom skojarzyć bardzo podobne społeczne zachowania z różnych obszarów świata: Azji, Afryki, obu Ameryk, środkowej Europy. Państwa dotknięte łudząco podobną erozją demokracji mają te same instytucje i procedury jak kraje, w których demokracja jest znacznie zdrowsza. Nie w instytucjach zatem rzecz. Zjawiska erozji wyglądają podobnie, choć ukształtowały je inne kultury, religie i cywilizacje; przyczyna nie zależy więc od kultur i religii. Jest jednak coś, co łączy te społeczności. Wszystkie mają charakter postkolonialny czy postniewolniczy. Żaden nie potrafi przezwyciężyć tradycji posłuchu, braku troski o siebie samego, wyzwolić się z potrzeby posiadania pana, którego się kocha i nienawidzi. Dlaczego ta oczywista przyczyna problemów w budowie demokracji nie jest dostrzegana? Zapewne dlatego, że stanowi ważki argument na rzecz konserwatywnej wizji człowieka, obywatela i państwa oraz liberalnej, prorynkowej polityki gospodarczej. Przed tym zaś dominująca w publicznym dyskursie lewica broni się zawzięcie.

Więcej możesz przeczytać w 8/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0