TEATR śmierci

TEATR śmierci

Dodano:   /  Zmieniono: 
Aż do schyłku XIX wieku publiczne egzekucje były największymi widowiskami. Tabu przemocy naruszane jest ostatnio coraz drastyczniej. Projekt telewizyjnej transmisji egzekucji Timothy’ego McVeigha w USA jest jedynie kolejnym tego dowodem. W obiegu kultury masowej pojawiają się dzieła w wymyślny sposób ukazujące masakrę ludzkiego ciała. "American Psycho", "Cela" i "Tytus Andronikus" dostarczają opisów rzezi przekraczających wszystko, co pokazało dotychczas kino popularne. W ten trend wpisuje się stylistyka koncertów Marylin Mansona, chociaż warto pamiętać, że pokolenie rodziców dzisiejszych nastolatków straszył demoniczny Alice Cooper.
 
Upublicznianie masakry wywołuje zaniepokojenie, obawę o jej deprawujące skutki. Zapominamy jednak, że jest to tylko zepchnięta na drugi plan masowej wyobraźni namiastka spektakli kaźni, dawanych na żywo przez zbrodniarzy i katów, a gromadzących publiczność nie mniejszą niż współczesne wielkie widowiska. Słowo "kaźń" oznaczało powolne wyniszczanie ciała przestępcy, mające mu przynieść jak największe cierpienie, a zarazem nie powodujące jego przedwczesnej śmierci. Procedura wymagała więc fachowego mistrza ceremonii, kata, i ofiary w jak najlepszej kondycji. Skazaniec wstępował na szafot zdrowy - chorych przed spektaklem leczono.

Egzekucja, czyli wielki spektakl
Aż do schyłku XIX wieku, gdy zaczęto organizować spektakularne imprezy sportowe, a potem koncerty rockowe, największymi widowiskami były egzekucje. W wielkim stylu wykonano karę śmierci na Łukawskim i Cybulskim, zamachowcach na życie króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. W krwawym spektaklu uczestniczyło 20 tys. osób, a porządku pilnowało 540 żołnierzy. Wstępem do ceremonii był przejazd skazanych na plac straceń. Spiskowców w tzw. śmiertelnych koszulach wieziono na wózkach ulicami, którymi uprowadzali króla. Gdy dotarli na miejsce, pierwszy na rusztowanie wkroczył Łukawski. Wyznał swą winę i poprosił o wybaczenie Boga i ojczyznę. Potem kat obciął mu głowę i ręce, a poćwiartowawszy tułów, złożył zmasakrowane szczątki na płonącym stosie. Po egzekucji przemówił kat, przekonując rodziców, aby dobrze wychowywali dzieci i chronili je przed podobnym końcem. Następnego dnia powiesił ucięte ręce Łukawskiego na dwóch palach przy trakcie zakroczymskim i rozrzucił jego prochy.

Odwaga skazańca
Skazańcy zapisywali się w pamięci widzów ostatnim gestem i słowem. Kiedy 9 maja 1794 r. wieszano zdrajców ojczyzny, jeden z nich, Józef Ankwicz, marszałek Rady Nieustającej, "dobył z kieszeni swej tabakierkę i trzasnął w nią ręką, a otworzywszy ją, zażył tabaki i zaraz wyciągnąwszy rękę do mistrza, dał mu tę złotą tabakierę, mówiąc do niego: Oto ja daję ci moją tabakierę na pamiątkę, żeś marszałka koronnego miał w rękach swoich". Angielski turysta J. G. Millingen relacjonował w 1794 r. ostatnią drogę francuskich arystokratów: "Większość nieszczęśników wstępowała na szafot pewnym i zdecydowanym krokiem; wielu z nich śmiałym okiem spoglądało na przerażające narzędzie śmierci, skąpane w blasku wspaniałego słońca, które dla nich już za chwilę miało zgasnąć. Widziałem nawet kilku młodych ludzi, którzy - zanim przywiązano ich do pionowo stojącej deski - wykonywali na szafocie taneczne pas". Baron de Biron, któremu ucięto głowę w ostatnim dniu roku, miał powiedzieć: "Niedługo znajdę się już na tamtym świecie, akurat na czas, by złożyć życzenia noworoczne wszystkim moim znajdującym się tam przyjaciołom". Zbrodniarz Józef Szwarc w czasie egzekucji w 1821 r. wykazywał nie tylko opanowanie, lecz wręcz lekceważenie dla całego widowiska. Wystawiony najpierw pod pręgierzem zjadł kilkanaście gruszek i wypił piwo, które kończył, gdy prowadzono go już na szafot.

Mistrzostwo kata
Spektakl kary śmierci miał dwóch bohaterów. Pierwszego już poznaliśmy, drugim był kat, od którego profesjonalizmu zależała jakość imprezy.
Mistrz wstępujący na szafot znajdował się w centrum uwagi publiczności, która chłonęła każdy jego gest. Kat oprawiający ze znawstwem skazanych zbierał owacje, partaczący robotę był wygwizdywany i nierzadko musiał się salwować ucieczką. Tak było ze sprowadzonym do Lwowa w 1772 r. mistrzem ceremonii, który był już starszy i słaby. Miał zedrzeć z niejakiego Makowskiego trzy pasy skóry i łamać go kołem od stóp aż do głowy. Robił to jednak nieudolnie: "Tłukł on Makowskiego na oślep kołem, wybił mu zęby i oczy, strzaskał nogi i żebra, lecz ducha z ciała wydostać nie mógł". Nieszczęśnik wył jedynie z bólu, wprawiając w oburzenie widownię. Aby nie doszło do linczu na kacie, przerwano egzekucję i Makowskiemu pośpiesznie ścięto głowę.

Nieodparty urok egzekucji?
Amerykanin Henry Wikoff opisywał swoje przeżycia ze zgilotynowania, które obserwował w 1836 r. w Paryżu: "Skamieniały, przypatrywałem się tej straszliwej tragedii, byłem urzeczony tą ohydną sceną, od której na moment nie mogłem oderwać oczu. Byłem odrętwiały ze zgrozy". Po egzekucji razem z zaciekawionym tłumem ruszył, by dostać się w pobliże narzędzia zbrodni: "Poszedłem w ślad za ludźmi, którzy powodowani niezdrową ciekawością zbliżyli się do nie strzeżonej gilotyny. Ociekała krwią, a kosze zawierające głowy i tułowia zgładzonych ofiar przedstawiały przerażający widok".
Nie ulega wątpliwości, że reakcją tłumu na widowisko kaźni była groza, ale nie tylko ona. Sebastian Mercier pisał: "Gmin powodowany uczuciami niepojętej ciekawości tłumnie przybiega na te straszliwe widowiska; gdy przestępstwo lub przestępca jest niepospolity, nie braknie wśród gawiedzi światowców". W oczach Wiktora Hugo spektakl kaźni był jedynie fascynującą atrakcją, wydarzeniem dnia dla tłumu, który dowcipkował i śmiał się, nie wykazując żadnego szacunku dla powagi śmierci. Karol Dickens o swoich wrażeniach z egzekucji donosił: "Było to ohydne, brudne, niechlujne, obrzydliwe widowisko, będące wyłącznie rzezią, wyjąwszy moment krótkiego zainteresowania dla jednego nieszczęsnego aktora". Lew Tołstoj pisał, że państwo za pomocą publicznych egzekucji deprawuje obywateli. Podobny spektakl wywołał też odrazę u Iwana Turgieniewa, a Fiodor Dostojewski wskazywał na mroczne instynkty, które przyciągają ludzi do tego widowiska, tak że nie mogą oderwać od niego oczu.

Czułe serce niewiasty
Na temat publiczności spektakli kaźni dowiadujemy się rzeczy osobliwych. Markiz de Sade w 1791 r. pisał: "A już szczególnie uderza to, że prawie zawsze tłum ten składa się w większości z kobiet; płeć żeńska przejawia większe skłonności do okrucieństwa niż my, a to dlatego, że system nerwowy kobiet jest delikatniejszy od naszego". Taką konstatację przynosiło też sprawozdanie "Kuriera Warszawskiego" z 1821 r. To samo słyszymy od Aleksandra Dumasa, syna: "Kobiety i dzieci stanowiły większość widzów. Był tam czteroletni brzdąc, który płakał z zimna. Jeżeli nie przestaniesz płakać, wrócisz do domu - zagroziła matka". Zamiłowanie pań do krwawej łaźni trudno zrozumieć, ale jeszcze bardziej zadziwiają powtarzające się informacje o obecności na egzekucjach dzieci. Lew Tołstoj opowiadał, jak słyszał w tłumie ojca tłumaczącego dziecku, jakim zręcznym i eleganckim mechanizmem jest gilotyna.

Pręgierz, dyby, chłosta
Spektakle kaźni bywały różne. Wielkie egzekucje, gromadzące tysiące gapiów, zdarzały się rzadko. Na co dzień obserwowano makabryczne epizody. Przypadkowy podróżnik wjeżdżający do miasta natykał się na przykład na strzępy ludzkie rozwieszone na szubienicach czy hakach. Taki los spotkał trzech służących, którzy w 1779 r. zamordowali generała wojsk polskich Bernarda Puszeta. Wyrokiem sądu zostali poćwiartowani, a owe ćwierci rozwieszono przy traktach publicznych z przyczepionymi kartkami: "Za zabicie pana swego". Podczas codziennego spaceru po mieście można było napotkać delikwentów zamkniętych w kunach, pod pręgierzem, w dybach, powieszonych w klatkach, chłostanych bądź obrzucanych błotem przez gawiedź - ofiary pospolitego i niewymyślnego dręczenia ciała.
Epoka oświecenia przyniosła zmiany wrażliwości na widowisko kaźni i zadawanie cierpień. Elity zaczęły się domagać likwidacji najokrutniejszych kar. Zamiast nich pojawiło się więzienie, choć w przyszłości krwawe żniwo zbierać jeszcze miała humanitarna, bo bezbolesna gilotyna.

Więcej możesz przeczytać w 8/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0