Euroekspres

Euroekspres

Dodano:   /  Zmieniono: 
Czy amerykański katar wywoła zapalenie płuc w Europie? Amerykański ekspres wciąż zwalnia. Ekonomiści po obu stronach Atlantyku głowią się, jaki będzie to miało wpływ na gospodarki w innych regionach globu, a zwłaszcza na europejską. Zdaniem większości z nich, spowolnienie tempa wzrostu gospodarczego USA będzie dość drastyczne, ale jeśli zastosuje się drakońską terapię, w nieodległej przyszłości wszystko wróci do normy.
Niektórzy ekonomiści prognozują wszakże, że Europa zastąpi wkrótce Amerykę w roli lokomotywy napędzającej światową gospodarkę.

Stopy Greenspana
Zwolennikami optymistycznego scenariusza zdarzeń są głównie ci, którzy wierzą w magiczne wręcz zdolności przewodniczącego amerykańskiego banku centralnego (Fed) Alana Greenspana. Ten kreator, znany w połowie lat 90. ze skutecznego przyhamowania entuzjazmu inwestorów, w ostatnich dniach zaczął się wypowiadać w nieco innym duchu. Zmiana tonu jest spowodowana, rzecz jasna, analizą danych z ostatnich miesięcy, z których wynika, że znacząco zmniejszyło się zaufanie konsumentów do rynku. Wskutek tego w styczniu 2001 r. Fed obniżył stopy procentowe i nie wyklucza kolejnych obniżek. Posunięcia te mają poprawić nastroje społeczne w USA, bo - jak uważa Greenspan - recesje są trudne do przewidzenia, gdyż w znacznym stopniu wynikają z nieracjonalnych zachowań, takich jak lęki czy obawy konsumentów.
Nadzieja na powrót gospodarki amerykańskiej na ścieżkę szybkiego wzrostu wynika również z faktu, że w USA nastąpił zwrot w polityce fiskalnej. Decyzje o obniżeniu podatków i równoczesnym zwiększeniu wydatków budżetowych sygnalizują koniec epoki zaciskania pasa. Większość obserwatorów wierzy w możliwość makroekonomicznego pobudzenia, bo jest przekonana, że obecne spowolnienie wpisuje się w makroekonomiczny przemienny cykl boomu i recesji; po każdym boomie zawsze następowało mniejsze lub większe spowolnienie gospodarki, które trwało zwykle tylko kilkanaście miesięcy.
Według sceptyków, nie brakuje jednak powodów do niepokoju. Martwi ich znaczący spadek oszczędności w Stanach Zjednoczonych. Dla gospodarki amerykańskiej istotne jest również, czy kapitał zagraniczny będzie napływał równie szerokim strumieniem jak dotychczas, co pozwoliłoby finansować deficyt bilansu rachunków bieżących. Ponadto, by w gospodarce amerykańskiej nastąpiła długoterminowa poprawa, niezbędny jest wzrost eksportu.

Kraj zachodzącego słońca
Poprawa kondycji gospodarki amerykańskiej, będącej lokomotywą wzrostu gospodarczego świata, jest ważna między innymi dlatego, że w innych regionach globu sytuacja również nie jest najlepsza. Chodzi tu głównie o Japonię, która nie tylko nie notuje już oszałamiającego postępu, ale stała się wręcz "krajem zachodzącego słońca". Od 1990 r. PKB wzrastał tam jedynie o 0,6 proc. rocznie, czyli prawie trzy razy wolniej niż w USA. Aby pobudzić gospodarkę, doprowadzono do ogromnego zwiększenia długu publicznego Japonii. Dług ten, mierzony w stosunku do PKB, wzrósł w ostatniej dekadzie z 60 proc. do 120 proc. Okazało się, że wręcz wzorcowa dawniej japońska wydajność pracy jest dziś niższa niż w Stanach Zjednoczonych o ponad 30 proc. Autorzy raportu Mc Kinsey Global Institute zauważają, że w gospodarce japońskiej występują ogromne dysproporcje. O dobrych wynikach ekonomicznych mogą mówić szefowie znanych "eksportowych" firm (np. Sony bądź Nissana), ale kondycja większości przedsiębiorstw jest fatalna. Wysokie zadłużenie, złe zarządzanie, brak presji konkurencyjnej i niska wydajność to typowe plagi pogrążające prawie 90 proc. gospodarki Kraju Kwitnącej (?) Wiśni. Duże subsydia rządowe i zła sytuacja w sektorze opieki zdrowotnej są znacznie groźniejsze niż kondycja sektora bankowego, uważanego za głównego winowajcę kryzysu. Jeśli nie zostaną podjęte radykalne reformy polityczne i gospodarcze, trudno oczekiwać, by Japonia pozostała drugą lokomotywą światowego wzrostu.

Czwarta waluta
Wielu obserwatorów uważa, że rola krajów "czwartej waluty" w pobudzeniu popytu i światowego wzrostu gospodarczego musi się zwiększyć. Trzeba pamiętać, że USA, Japonia i Euroland decydują o 75 proc. światowego obrotu towarowego. Pozostałe 25 proc. przypada głównie na kraje azjatyckie, Amerykę Południową i - jak to określają niektórzy analitycy - "gospodarki państw używających języka angielskiego". Państwa te stosują przede wszystkim politykę upłynniania kursu walutowego i w ubiegłym roku w większości z nich wystąpiła deprecjacja walut narodowych wobec dolara amerykańskiego, co pozwoliło im lepiej znieść skutki spowolnienia gospodarki amerykańskiej. Kraje te, reagując na zmiany w tej gospodarce, obniżyły stopy procentowe, a niektóre z nich ponadto rozluźniły politykę fiskalną. Działania te wywarły dodatkowe "ciśnienie" na gospodarkę amerykańską, powodujące presję deflacyjną, prowadzącą do aprecjacji dolara. Coraz powszechniej wyraża się nadzieje, że kraje "czwartej waluty" poprzez pobudzenie popytu wewnętrznego ulżą gospodarce amerykańskiej, co może mieć pozytywne skutki dla reszty świata. Ale to tylko nadzieje, które zapewne się nie spełnią. Kto więc, w sytuacji gdy słabnie lokomotywa amerykańska, gdy lokomotywa japońska od dziesięciu lat czeka na remont kapitalny, a kraje "czwartej waluty" nie są zainteresowane wspomożeniem procesu naprawczego owych lokomotyw, może przejąć rolę stymulatora wzrostu gospodarczego świata? Czy może być to Euroland?

Optymizm Duisenberga
Czy są szanse na utrzymanie przyzwoitego tempa wzrostu w Unii Europejskiej w obliczu zawirowań gospodarczych za oceanem? W 1973 r., w 1981 r., a także w 1989 r. globalne recesje zaczynały się od kryzysów ekonomicznych w Stanach Zjednoczonych. Dzisiaj Euroland może liczyć na korzyści wynikające z mniejszego niż w Ameryce zachłyśnięcia się dość iluzorycznymi, jak się okazało, możliwościami tzw. nowej gospodarki. Analitycy twierdzą, że gdyby w USA nastąpił zerowy wzrost w sektorze technologicznym, to wzrost gospodarczy obniżyłby się o 1 proc. PKB. W Eurolandzie zaś mogłoby w tej sytuacji dojść do zaledwie ćwierćprocentowej redukcji. Drugim czynnikiem, który wyraźnie różni Unię Europejską od Stanów Zjednoczonych, jest o wiele większy optymizm konsumentów. Zaufanie obywateli Eurolandu do rynku zwiększyły niewątpliwie obniżki podatków czy wręcz, jak to dzieje się w Wielkiej Brytanii, obietnice wydatkowania części nadwyżki budżetowej na edukację i opiekę zdrowotną. Kolejnym czynnikiem, stwarzającym UE dobre perspektywy, jest stosunkowo mała zależność piętnastki od gospodarki USA. Większość obrotów handlowych kraje UE dokonują między sobą. Dlatego występujący w Parlamencie Europejskim Wim Duisenberg, szef Europejskiego Banku Centralnego, nie dostrzegł symptomów wpływu spowolnienia gospodarki amerykańskiej na kondycję gospodarczą krajów UE.

Ciężar niemieckiego emeryta
Ów optymistyczny obraz zaciemnia jedynie niezbyt jasna sytuacja gospodarki niemieckiej, która cierpi nie tylko z powodu skutków i kosztów zjednoczenia oraz sztywnego rynku pracy, ale również wskutek braku determinacji w rozpoczęciu gruntownej reformy systemu emerytalnego. Dodatkowo Niemcy, czyli niemal jedna trzecia gospodarki Eurolandu, o wiele bardziej niż inne kraje zależą od koniunktury na rynku amerykańskim. Mimo tych problemów trudno przypuszczać, żeby gospodarka niemiecka nie była zdolna osiągnąć dwuprocentowego tempa wzrostu. Konsekwencją amerykańskiego kataru nie będzie zatem - jak obawiali się pesymiści - europejskie zapalenie płuc, lecz silniejsze euro, słaby jen i słabnący z tygodnia na tydzień dolar amerykański.

Więcej możesz przeczytać w 11/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0