Komputer pod strzechą

Komputer pod strzechą

Dodano:   /  Zmieniono: 
Cisna w Bieszczadach liczy 480 mieszkańców (22 proc. z nich pobiera zasiłek dla bezrobotnych), ma szkołę podstawową i dwie sale komputerowe. Jeszcze dwa lata temu w tutejszym urzędzie gminy działał telefon na korbę. Dziś największą atrakcją dla mieszkańców wioski jest kawiarenka internetowa. - Gdybyśmy mieli dwa razy tyle komputerów, i tak nie starczyłoby ich dla wszystkich zainteresowanych - mówi Małgorzata Gucwa, sekretarz Urzędu Gminy w Cisnej.

Internet coraz szybciej dociera do miejsc, gdzie przez lata diabeł mówił dobranoc. W Cisnej najmłodsi tak polubili korzystanie z sieci, że nauczyciele zamykający sale komputerowe muszą ich wypraszać do domów. W kursach komputerowych uczestniczy coraz więcej dorosłych. Większość z nich wierzy, że dzięki temu znajdzie lepszą pracę. Właściciele gospodarstw agroturystycznych reklamują je w sieci. Odzew jest ogromny. Ludzie przyjeżdżają i mówią, że dowiedzieli się o Cisnej z Internetu.
Dzięki globalnej sieci mieszkańcy niektórych wiosek mogą na równi z "miastowymi" zakładać witryny, robić wirtualne zakupy i korzystać z konta bankowego. - Internet może się stać jednym z najważniejszych sposobów na wyciągnięcie młodzieży wiejskiej z szarej rzeczywistości. Może pokazać im, że na wsi popegeerowskiej możliwe jest również inne życie. Dzięki niemu niektórym otwierają się oczy. Tak jak kiedyś Polakom wyjeżdżającym na Zachód - mówi Paweł Tomczak, dyrektor biura Związku Gmin Wiejskich RP.
Mieszkańcy wiosek traktują sieć jak prawdziwe okno na świat. Dzięki niemu cała Polska może poznać Gorzyczki, Prostki, Stryszawę czy Klewinowo, malutką wieś 20 km od Białegostoku, liczącą zaledwie 40 gospodarstw. To właś-nie tam Matylda i Jacek Mojscy założyli dużą hodowlę kóz i gospodarstwo edukacyjne. - Nie mamy szans na normalną linię telefoniczną. Z Internetem łączymy się przez antenę zbiorczą w Białymstoku, mamy też specjalny maszt - tłumaczy Matylda Mojska. Dzięki sieci kontaktują się z przyjaciółmi, którzy prowadzą ekologiczne gospodarstwa w całym kraju. Za zaliczeniem pocztowym wysyłają kozie sery. Marzą, by dotrzeć do szkół i ośrodków kolonijnych. - Chcemy przez Internet ściągnąć do siebie więcej dzieci - mówią Mojscy.
Coraz więcej rolników właśnie poprzez sieć szuka zbytu na swoje produkty. "Ziemniaki!!!" - krzyczy napis na internetowej witrynie Zbigniewa Banasia z Bibic koło Krakowa (http://republika.pl/ zb_banas). Na stronie znajduje się dokładny adres, szczegółowa oferta sprzedaży i mapa ze wskazówkami, jak dojechać do gospodarstwa. Zbigniew Banaś przyznaje, że Internet to dla niego ogromna szansa i nadzieja na znalezienie kupców. - Raz było zapytanie z Warszawy o 32 tys. ton ziemniaków, które chcieli wysłać do Senegalu. Zdarzają się też e-maile z pytaniami o zboże. Nikt, niestety, nie dowiadywał się do tej pory o kapustę - mówi Banaś. Marian i Grażyna Hościłowie z Nor w północno-wschodniej Polsce są właścicielami 1,6 tys. ha ziemi i prowadzą hodowlę trzody chlewnej. W dwustuosobowej wiosce tylko oni mają komputer, a przez sieć szukają pracowników i chętnych do współpracy (www.grnory.prv.pl). - Do dziś sprzedajemy nasze produkty rzeźni w Aleksandrowie Łódzkim, która znalazła nas właśnie przez Internet - mówi Marian Hościło. Jego strona pęka w szwach od informacji o trzodzie chlewnej. Nie brakuje też zdjęć prosiąt, które - przy współudziale genetyków z angielskiej firmy Pig Improvement Company - przyszły na świat w ich gospodarstwie. Marek Walczak, producent drobiu z liczącego 300 mieszkańców Knopina na Mazurach, korzysta z sieci kiedy tylko może. Ma swoją witrynę i numer ICQ. - W Internecie sprawdzam ceny warzyw na giełdach, szukam porad prawnych. Dzięki niemu znajdują mnie producenci pasz, sprzętu do wyposażenia kurników i maszyn do pakowania - mówi Walczak. - Chciałbym też kupić program do nadzoru kurników. Dzięki niemu z dowolnego miejsca na świecie mógłbym za pomocą sieci sterować parametrami, na przykład regulować temperaturę i wilgotność.
Internet daje ogromne możliwości tym, którzy w wioskach oddalonych od większych miast prowadzą własny biznes. Korzysta z niego Piotr Romaszkan, właściciel pracowni mebli w bieszczadzkiej Kalnicy, gdzie mieszka 150 osób. Jego sto-ły, krzesła i komody można obejrzeć na internetowej stronie. On sam szuka tam m.in. ciekawych surowców na obicia krzeseł. - Rynek w Sanoku jest dla mnie za mały, a ja mam swoje wizje. Dlatego zacząłem penetrować sieć - mówi Romaszkan. Powoli tego rodzaju możliwości zaczynają dostrzegać również inni mieszkańcy wioski. Od niedawna surfują też czterej pracownicy Piotra Romaszkana.
- Internet mógłby uzdrowić polskie rolnictwo - przekonują entuzjaści sieci. Już dziś gospodarze z całej Polski szukają tam chętnych na agrowczasy. Celina Kruniewicz z Gawlików Małych na Mazurach, gdzie nie dojeżdża pociąg ani autobus, a wokół znajdują się tylko lasy, od pięciu lat bezskutecznie zamieszcza swoją ofertę w prasie i branżowych katalogach. Jest jedną z laureatek ogólnopolskiego konkursu agroturystycznego "Zielone lato", ale na odzew nie może się doczekać. Postanowiła skorzystać z Internetu, choć w domu nie ma nawet komputera. W założeniu witryny (www.turysta.net.pl/krun) pomogli jej przedstawiciele jednej z firm providerskich z Giżycka. - Jeżdżą po gospodarstwach i oferują tworzenie stron. Płacimy za witrynę 100 zł rocznie, jeśli chcemy zamieścić na stronie jedno zdjęcie - mówi Celina Kruniewicz. Aż 95 proc. turystów dzięki Internetowi trafia do drewnianego domu Zdzisława Dowchania w Mieliwie w województwie kujawsko-pomorskim - wiosce, w której stoi tylko jeden dom. - Najbliższy człowiek mieszka 4 km stąd. Nie mamy nawet elektryczności. Telefon działa dzięki akumulatorowi - opowiada Dowchań. Mimo to od dwóch lat ma swoją witrynę w Internecie (http://republika.pl/mieliwo1). Jaki jest odzew? - Na ofertę odpowiadają setki ludzi, nawet 30 osób dziennie. Pytają, czy wszystkie informacje na stronie o naszym domu są prawdziwe. Później najczęściej przyjeżdżają - dodaje właściciel.
Dzięki sponsorom i rządowym programom coraz więcej komputerów z dostępem do sieci trafia do wiejskich szkół. - Tu nie ma co robić. Czasem nawet nie docierają gazety. Ale w szkole mamy Internet i dzięki niemu mogę na przykład korespondować ze znajomymi - mówi Agnieszka z malutkiej wioski na południu Polski. Po sieci buszuje od roku i w tym czasie poznała za jej pośrednictwem dziesiątki osób. - Z komputeryzacją wsi jest coraz lepiej - potwierdza Paweł Tomczak. W wielu gminach powstały pracownie internetowe, zakupiono sprzęt. Wielu z nich nie stać jednak na szkolenia, a niektórzy sponsorzy zapomnieli wyposażyć komputery w oprogramowanie. - To tak, jakby kupić samochód, ale nie zatankować paliwa i nie przeszkolić kierowcy - mówi Paweł Tomczak, który obawia się, że jeśli tak dalej pójdzie, zamiast pracowni na wsi pow-staną muzea z komputerami przykrytymi pokrowcami...
Wiele gmin potrafi jednak dostrzec dobrodziejstwa sieci i nie czekając na pomoc z zewnątrz, na własną rękę próbuje zakładać internetowe witryny. Trąbki Wielkie koło Gdańska mają swoją stronę nawet w języku niemieckim. - Dzięki niej zgłaszają się do nas osoby zainteresowane inwestycjami w regionie, a także takie, które chciałyby się u nas osiedlić. Nabywcy działek w gminie mówią, że ogłoszenia znaleźli w Internecie - opowiada Błażej Konkol, wójt gminy. Wszystkie szkoły w regionie mają pracownie komputerowe. Wójt i jego współpracownicy na co dzień korzystają z sieci. - Internet nie jest już u nas czymś nadzwyczajnym, a ja nie wyobrażam sobie bez niego pracy - dodaje wójt.

Więcej możesz przeczytać w 11/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0