Brukowce na bruku

Brukowce na bruku

Dodano:   /  Zmieniono: 
Niemiecki czytelnik ma już dość epatowania seksem i przemocą. W Niemczech spada popyt na prasę sensacyjną. - Bulwarówki są na wymarciu - stwierdził niedawno szef monachijskiej gazety "Abendzeitung" Uwe Zimmer. Kolegia redakcyjne nie zastanawiają się już, jak zwiększyć nakłady, lecz jak się utrzymać na rynku.

Pod względem liczby kupowanych gazet Niemcy są na szóstym miejscu w Europie, po Norwegach, Szwedach, Finach, Szwajcarach i Brytyjczykach. Ponad 80 proc. obywateli RFN deklaruje, że na czytanie gazet poświęca przeciętnie pół godziny dziennie. We wschodnich i zachodnich landach ukazuje się 375 dzienników z 1600 mutacjami regionalnymi i lokalnymi, których ogólny nakład przekracza 25 mln egzemplarzy. Niebawem jednak dane te będą nieaktualne. W ostatnim raporcie rządowym o sytuacji w mediach odnotowano, że od kilku lat "następuje spadek sprzedaży gazet". Zwłaszcza bulwarowych. Koloński "Express" stracił w ostatniej pięciolatce 16 proc. czytelników. Monachijski "Abendzeitung", który jeszcze niedawno znajdował ćwierć miliona nabywców, dziś ma tylko 185 tys. czytelników.

No more sex!
Wydawcy rozpaczliwie szukają recepty na wyjście z kryzysowej sytuacji. Konstantin Neven DuMont, wydawca pisma "Express", zadecydował: "Żadnego seksizmu, żadnych brutalnych stories - emocje owszem, ale dzięki ekskluzywności i fachowości publikacji". Zespół jego dziennika opracował jedenastopunktową "nową definicję dziennikarstwa bulwarowego", która ma być podstawą ambitniejszej polityki redakcyjnej.
Oceniono, że teksty bulwarówek są zbyt krzykliwe, za płytkie i za krótkie. Należy to zmienić. Informacji może być mniej, ale muszą być dokładniejsze, pożądany jest żywy reportaż i błyskotliwa recenzja. Plotkarstwo jest nieodzowne, lecz z większym umiarem. Ton doniesień powinien być wyważony. Można się posługiwać cytatami, ale lepiej być cytowanym, a więc trzeba mieć własne, oryginalne newsy. Jednym zdaniem, "nowa definicja" weryfikuje dotychczasowe pojęcie gazety brukowej. - Społeczeństwo jest coraz bardziej wykształcone, jeśli chcemy zachować czytelnika, musimy się do niego dostosować - skonstatował DuMont.

Brukowiec opiniotwórczy
Franz Josef Wagner, redaktor naczelny "Berliner Zeit-ung", jest jedynym, który zdołał przełamać złą passę. W ostatnich latach nakład jego dziennika spadł o 14 proc., ale latem ubiegłego roku znowu wzrósł. Według oceny Wagnera, w latach 70. bulwarówki przełamywały tematy tabu, na przykład nagość i seks, które dziś nikogo nie bulwersują i nie stanowią sensacji. Obecnie oczekiwania czytelników są inne. Niektóre gazety tego nie dostrzegły i stały się "głośne i puste", a kupują je już tylko ludzie "niechętnie myślący".
O słuszności poglądów szefa stołecznego "Berliner Zeitung" może świadczyć sukces, jaki odniósł "Bild" - największy niemiecki dziennik (4,5 mln nakładu). Jego zespół nadal wprawdzie wyznaje zasadę, że nic tak nie ożywia gazety jak trup, jednak bulwarówka ta awansowała do roli barometru nastrojów społecznych. Tytuły są wielkie, ilustracje duże, teksty krótkie, lecz zawarte w nich informacje podawane są szybko i odważnie. Według opinii wielu niemieckich polityków, dziennik nie grzeszy umiarem, taktem i smakiem, jednak jego propagandowej siły nikt nie lekceważy. Wielu prominentów nie kryje, że poranną "prasówkę" zaczyna właśnie od tej gazety.

Wspólna ofensywa
Ile regionalnych i lokalnych bulwarówek zdoła się obronić przed hamburskim gigantem - tego nie wie nikt. Na niemieckim rynku prasowym toczy się walka o przetrwanie. Wydawcy mniejszych dzienników próbują łączyć siły i środki. Przedstawiciele kolońskiego "Expressu", stołecznego "Berliner Kurier" i hanzeatyckiego "Hamburger Morgenpost" rozmawiali o stworzeniu wspólnej redakcji problematyki wewnętrznej Niemiec, co ma zagwarantować im wzbogacenie źródeł informacji i zmniejszenie kosztów produkcji, a równocześnie zwiększyć szanse w pojedynku z dziennikiem "Bild" i ich wspólnym wrogiem: telewizją. Sytuację wydawców prasy brukowej pogarsza fakt, że w rywalizacji o widzów poszczególne kanały wpisały do ramówek własne telebulwarówki, z odpowiednią dozą seksu, łez i krwi.
Szef dziennika "Bild" nie boi się kontrofensywy połączonych sił wydawców innych gazet ani telewizyjnej konkurencji. - Telebulwarówki podchwytują nasze tematy i tylko wzmacniają naszą pozycję - ironizuje Udo Röbel. Sytua-cja mniejszych gazet nie jest tak komfortowa jak medialnego imperium Axela Springera. Mimo to Franz Josef Wagner jest dobrej myśli: "Gdzie toczy się życie, tam prasa brukowa nie zginie".
Więcej możesz przeczytać w 11/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0