Aleje Ujazdowskiego

Aleje Ujazdowskiego

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ministerstwo Kultury uprawia politykę rozdawnictwa. - Upartyjniona telewizja publiczna nie realizuje swej misji w dziedzinie programów kulturalnych - tym oświadczeniem Kazimierz Michał Ujazdowski otworzył nowy front walki o umocnienie kultury narodowej. Nowa kampania nie różni się niczym od poprzednich. Ministerstwo ma funkcjonować na prawach superurzędu, który będzie administrował z Krakowskiego Przedmieścia wszystkimi dziedzinami kultury narodowej.
 
Tyle że taka struktura jest anachroniczna zarówno ze względów finansowych, jak i merytorycznych.

Minister przypomina w trybie oskarżenia, że w trakcie monitorowanego miesiąca telewizyjna Dwójka poświęciła literaturze światowej zaledwie 2 minuty i 17 sekund, a literaturze staropolskiej tylko 6 minut i 27 sekund. Tymczasem "Teatr Telewizji" - największa i bezkonkurencyjna scena w Polsce - prezentuje rocznie 70 premier, a wraz z powtórkami emituje prawie 430 przedstawień. Od dziesięciu lat za telewizyjne pieniądze powstaje w Polsce rocznie co najmniej 20 filmów fabularnych. Tylko w 2000 r. programy kulturalne kosztowały przeszło 315 mln zł. - To znacznie więcej, niż łoży na ten cel resort kultury - precyzuje Janusz Cieliszak, szef działu promocji TVP. Tak duże sumy uzyskuje się częściowo z abonamentu, który jest formą egzekwowania podatku na kulturę - nawet jeżeli jego ściągalność sięga 50 proc., a dochody z niego pochodzące pokrywają najwyżej 30 proc. potrzeb telewizji. Kulturę narodową finansują więc głównie klienci supermarketów, do których adresowana jest telewizyjna reklama najbardziej powszechnych dóbr konsumpcyjnych. Dla porównania: w tegorocznym budżecie państwa na dofinansowanie polskiego kina przeznaczono 13,5 mln zł, a telewizja w zeszłym roku na ten sam cel wyłożyła 90 mln zł.
Głównym problemem rodzimego życia kulturalnego nie jest więc brak pieniędzy, lecz brak umiejętności menedżerskich twórców i organizatorów. System dotacji ministerialnych i samorządowych konserwuje resztki peerelowskich przyzwyczajeń, które psują rynek dóbr kulturalnych.
Szarpanina wokół budżetowych promili to tylko zasłona dymna dla bezczynności resortu w dziedzinie, która na początku nowego wieku powinna być osią jego działalności - w przygotowaniu odziedziczonej po PRL ociężałej infrastruktury kulturalnej do odnalezienia się w nowych warunkach. Autorzy raportu ministerialnego z 1997 r. podawali, że w Polsce pustynniejącej kulturalnie ukazuje się aż 550 czasopism poświęconych relacjonowaniu wydarzeń kulturalnych, w tym 30 miesięczników. Podobnie było w zeszłym roku. Z ministerialnej kasy wydawano 5,5 mln zł na finansowanie lub współfinansowanie takich periodyków. I to nie tylko na znaną szerzej "Odrę" (144,5 tys. zł) czy "Teatr" (301 tys. zł), ale takie pisma branżowe, jak kwartalnik "Teatr Lalek" (85 tys. zł), tygodnik "Niwa" (345 tys. zł) czy tygodnik "Nasze Słowo" (340 tys. zł).
Bez wątpienia w kulturze polskiej nie dzieje się aż tyle, by zapełnić wszystkie te łamy. Redakcje opłacane z funduszy ministerstwa i samorządów są więc najczęściej przechowalniami pisarzy i dziennikarzy, którzy wegetowali w PRL, a wymiótł ich wolny rynek. Zamiast utrzymywać instytucje, których pokrewieństwo z zamykanymi hutami i kopalniami jest oczywiste, należałoby pomóc temu literackiemu i dziennikarskiemu personelowi w przekwalifikowaniu się. Pisma mające najwyżej kilkuset odbiorców można bez porównania taniej publikować w Internecie - na przykład na serwerach należących do lokalnych urzędów. Tymczasem co jakiś czas z braku dofinansowania pada kolejny zasłużony periodyk regionalny, ale nikt się nie kwapi, żeby w prosty sposób potanić jego edycję. Zamiast tych pilnych ozdrowieńczych działań resort mnoży pretekstowe tematy służące podtrzymywaniu systemu dotacji. "Ochrona kultury ludowej i amatorskiego ruchu artystycznego", "prace badawcze nad kondycją kultury i dziedzictwa narodowego", "wspieranie bibliotek publicznych w tworzeniu systemu informacji o kulturze" - to trzy z osiemnastu priorytetowych celów, jakie zdecydował się finansować minister w roku 2001.
W dodatku ministerstwo uprawia politykę rozdawnictwa, najchętniej przydzielając fundusze w dwóch kategoriach: dla najbiedniejszych i dla reprezentacyjnych. Pokaźne wsparcie otrzymuje więc Teatr Narodowy w Warszawie (w minionym roku 23,3 mln zł), Stary Teatr w Krakowie (13,8 mln zł) czy Teatr Wielki - Opera Narodowa (47,8 mln zł). Jednocześnie najubożsi, czyli związki twórcze, przejęli w zeszłym roku od ministerstwa 17,5 mln zł, a samorządowe instytucje kultury - 24,3 mln zł. Tego typu rozdawnictwo opóźnia proces prywatyzacji kultury, a przecież sektory nie mogące liczyć na dotacje rozwijają się dynamicznie o własnych siłach. Zapaść na rynku księgarskim w ciągu kilku ostatnich lat przerodziła się w nadpodaż - w sektorze publicznym pracuje zaledwie kilku wydawców, a o nabywcę walczy na rynku prawie 4 tys. edytorów. Ministerstwo dotuje ten sektor kultury w sposób symboliczny. W 1988 r. wyłożono 2 mln zł na pomnikową edycję dzieł Mickiewicza w stulecie urodzin poety. Równie dobrze radzi sobie branża muzyczna.
Tymczasem skutecznie i bez rozgłosu miejsce opuszczone przez Ministerstwo Kultury bez większych trudności zajął sponsoring prywatny. Wspiera on niemal wszystkie prestiżowe przedsięwzięcia kulturalne ostatnich lat. Nawet imprezy drobne, przeznaczone dla wyselekcjonowanej klienteli, mogą liczyć na pomoc firm, które chcą swój wizerunek skojarzyć z pewnym segmentem działalności muzycznej - krakowskie Zaduszki Jazzowe organizowane są w 90 proc. za pieniądze darczyńców. Na tym rynku ministerstwo ciągle jeszcze uchodzi za mało ruchliwą, zramolałą instytucję PRL-owskiego chowu, od której należy wyciągnąć jak najwięcej pieniędzy.
Relikty tego myślenia konserwuje nawet rodzimy przemysł filmowy, który bywa przedstawiany jako przyczółek wolnego rynku w kulturze narodowej. Od 1991 r. za pieniądze Komitetu Kinematografii i Telewizji Polskiej nakręcono prawie 250 filmów fabularnych - najwyżej 10 proc. z nich zostało zauważonych przez rodzimą widownię. Reszta "zarobiła" na siebie w ten sposób, że pokazywano je w pewnych odstępach czasu w każdym z czterech (wliczając TV Polonię i stacje regionalne) kanałów TVP i tym sposobem z czasem wypełniły nawet dobę programu telewizyjnego. Doba programu telewizyjnego za cenę jednego filmu - czysty zysk.
Minister, którego redystrybucyjna działalność została drastycznie uszczuplona, rozpoczął akcję popularyzacji kultury poprzez telewizyjne spoty i uliczne billboardy. Tyle że ograniczają się one do ogólnych zachęt do podtrzymywania kontaktów z kulturą - głownie tą z najwyższej półki. Przy tym ani słowa choćby o takich motywacjach, że kulturalne obycie lepiej rokuje w przyszłym życiu zawodowym. Kultura jawi się w tych ekspozycjach jako działalność hobbystyczna i luksus - niewiele bardziej przydatny niż zasady dobrego wychowania. W dodatku 56 proc. Polaków pytanych o najwłaściwsze cele sponsoringu (badania ARC Opinia i Rynek) stawia potrzeby kulturalne - i to w formie koncertów muzyki pop - dopiero na trzecim miejscu. Daleko pod względem wysokości za potrzebami służby zdrowia.

Więcej możesz przeczytać w 11/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0