Siła autentyku

Siła autentyku

Dodano:   /  Zmieniono: 
Polski film fabularny zbiera cięgi za nijakość, dokumentowi coraz bliżej do światowej czołówki. Jeszcze nie tak dawno polski dokument egzystował na prawach ubogiego krewniaka fabuły. Dziś bije ją na głowę nie tylko poziomem artystycznym, ale nierzadko także oglądalnością.
Przez lata kojarzył się z nudą. Spychany na margines zainteresowań szefów telewizji, funkcjonował jako zapchajdziura między pozycjami. Dziś w publicznej Jedynce dokument cieszy się większą popularnością niż filmy fabularne. Ostatnie przykłady - "Damsko-męskie sprawy" Ewy Borzęckiej zyskały trzynastoprocentową widownię. Prezentowany po nich spektakl Olgi Lipińskiej - zaledwie trzyprocentową.
 

Jeszcze nie tak dawno polski dokument egzystował na prawach ubogiego krewniaka fabuły. Dziś bije ją na głowę nie tylko poziomem artystycznym, ale nierzadko także oglądalnością.
Przez lata kojarzył się z nudą. Spychany na margines zainteresowań szefów telewizji, funkcjonował jako zapchajdziura między pozycjami. Dziś w publicznej Jedynce dokument cieszy się większą popularnością niż filmy fabularne. Ostatnie przykłady - "Damsko-męskie sprawy" Ewy Borzęckiej zyskały trzynastoprocentową widownię. Prezentowany po nich spektakl Olgi Lipińskiej - zaledwie trzyprocentową. Niedzielny serial "Twarze i maski" z udziałem rodzimych gwiazd miał ledwie sześcioprocentową oglądalność. Pokazaną po niej telenowelę dokumentalną obejrzało 12 proc. widzów. Bywało jeszcze lepiej. Najgłośniejszy film Borzęckiej "Arizona" (Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Filmów Dokumentalnych w Krakowie) i debiut Marcina Koszałki "Takiego pięknego syna urodziłam" miały piętnastoprocentową widownię (taką samą jak "Wiadomości"). Czy można się dziwić, że po dokument sięgnęły stacje komercyjne?
W czym tkwi jego siła? W autentyzmie. Fabuła nie może mu pod tym względem dorównać. Najlepiej zagrana scena nie wzbudzi takich emocji jak prawdziwe zdarzenia. Dokument wypełnia też najważniejszą powinność twórcy - porusza sumienia. Trudno o więcej.
Kiedy w 1996 r. twórca "Defilady" Andrzej Fidyk obejmował redakcję dokumentu Jedynki, postawił warunki: większy budżet na produkcje i dobry czas antenowy. Tematy zapowiadały jednak klęskę. - Dokumentaliści chcieli kręcić filmy o bohaterach ostatniej wojny, nocach przespanych na styropianie albo o miejscach i ludziach z drugiego krańca świata. Interesowało ich wszystko prócz polskiej codzienności - wspomina Fidyk. Nowe kredo redakcji brzmiało: robimy filmy o współczesnej Polsce, o zachodzących przemianach. Kolejnym ruchem było odpolitycznienie gatunku. - Chodziło o to, by podstawą stał się temat i solidny warsztat; jakość i przesłanie, a nie głoszona ideologia - tłumaczy Fidyk.
Kolejny rok upłynął pod znakiem sukcesów. Obok znanych w świecie nazwisk Fidyka i Łozińskiego pojawiły się nowe - Borzęcka, Jabłoński, Straburzyńska - będące synonimem ciekawej treści i formy. Polacy sięgnęli po laury międzynarodowych festiwali. "Fotoamator" Dariusza Jabłońskiego, niezwykła w formie opowieść o Holocauście, to najbardziej utytułowany polski dokument w historii gatunku. Prix Europa, Grand Prix festiwalu w Amsterdamie - to niektóre z prestiżowych nagród, jakimi go uhonorowano. Wiele międzynarodowych wyróżnień zgarnęli też "Kiniarze z Kalkuty" Fidyka - poetycka opowieść o indyjskim kinie objazdowym. Filmy Jabłońskiego i Fidyka to międzynarodowe koprodukcje. Na premierę czeka "Taniec trzcin", w którym Fidyk pokazuje, jak maleńkie Królestwo Suazi radośnie umiera na AIDS.
Po sukcesie Borzęckiej Grand Prix krakowskiego festiwalu otrzymał inny w konwencji dokument Pawła Łozińskiego "Taka historia", rok później nagroda ta przypadła Katarzynie Maciejko-Kowalczyk za obraz "Benek Blues". Podczas gdy polski film fabularny zbiera cięgi za nijakość, dokumentowi coraz bliżej do światowej czołówki. Rzeczywistość nie opisaną przez twórców fabularnych portretują dokumentaliści. Fenomen popularności polskiego "Czasu na dokument" opisał znany w świecie magazyn dla dokumentalistów "Real Screen", nazywając go "zjawiskiem bezprecedensowym".
Fidyk uważa, że - paradoksalnie - to peerelowska cenzura wymusiła na twórcach dokumentów ich wysoką jakość.
- Polacy, chcąc przemycić niepopularne prawdy, uciekali się do metafor, efektownych skrótów myślowych. W przeciwieństwie do filmowców pracujących w warunkach swobody unikali mówienia wprost. Tak zrodził się wyrafinowany w formie język polskiego dokumentu, funkcjonujący do dziś - wyjaśnia Fidyk.
O ile fabułę zaanektowała "starszyzna", o tyle dokument daje szansę debiutantom. Magdalena Piekorz, Piotr Kielar, Marcin Koszałka, Małgorzata Szumowska - to niektóre nazwiska nagrodzone za debiuty. Na premierę czeka "Jestem zły" Grzegorza Packa, szokujący portret nastolatków z warszawskich Szmulek. Oryginalnością urzeka pokazana właśnie "Dziewczyna z plakatu" Ewy Pięty - historia traktorzystki z fotografii firmującej sojusz robotniczo-chłopski.
Znakiem rozpoznawczym naszego filmu dokumentalnego stała się aktualność. Twórczyni "Arizony" mówi, że to cecha dokumentów wschodnioeuropejskich. Zamieszanie, jakie wywołał jej film, tłumaczy właśnie tematem potraktowanym bez sentymentalizmu. - Film nie pasuje do obrazu świata kreowanego przez media. Pisano, że zrobiłam krzywdę mieszkańcom. A tak wygląda ich życie. Interesowano się metodami mojej pracy, a nie dramatem bohaterów - opowiada Borzęcka. W Zagórkach, gdzie toczy się akcja filmu, powstał Komitet Obrony Mieszkańców byłych PGR-ów. Próbują pomóc sobie sami. Protesty wywołała też nadawana w Dwójce "Kawaleria powietrzna" Jacka Bławuta i Wojciecha Maciejowskiego, pokazująca relacje między żołnierzami a dowództwem w wojsku. Protestowało nawet Ministerstwo Obrony Narodowej.
W cyklu "Czas na kontrowersyjny dokument" Jedynka wyemitowała film Stanisława Latkowskiego "To my rugbiści" - opowieść o drużynie rugby z Gdyni złożonej z byłych recydywistów. To mocne, odważne kino z optymistycznym przesłaniem wywołało kontrowersje - jak wszystko, co nie poddaje się stereotypom. Cykl emitowany przed północą konsekwentnie proponuje tematy niełatwe, podane w wyrafinowanej formie. Mimo to nokautuje popularnością nocne kino fabularne. Nawet wówczas, gdy na ekranie pojawiają się Chuck Norris czy Claude Van Damme, ulubieńcy publiczności szczególnie spragnionej mocnych wrażeń.

Więcej możesz przeczytać w 11/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0