Ucieczka w płatki róż

Ucieczka w płatki róż

Dodano:   /  Zmieniono: 
Styl "American Beauty" różni się od przyjętego powszechnie już nie tylko w Hollywood, ale w ogóle w kinie światowym
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, "American Beauty" to film, który został uznany przez Amerykańską Akademię Filmową za wydarzenie roku, bo dostał najwięcej nominacji do Oscara. Co w nim jest takiego nadzwyczajnego?
Zygmunt Kałużyński: - Jest to z pewnością dobry film. Podejrzewam, że doceniono nie tyle oryginalność tematu czy specjalny sukces sztuki filmowej, ile to, że styl tego obrazu różni się od przyjętego powszechnie już nie tylko w Hollywood, ale w ogóle w filmie światowym.
TR: - Skoro padło już sformułowanie "sztuka filmowa", musimy zadać sobie pytanie, czy "American Beauty" zalicza się do tej kategorii. Czy coś do niej wnosi? Na mnie "American Beauty" robi wrażenie... sfilmowanej sztuki teatralnej. Zarówno opowiadana historia, jak i rodzaj aktorstwa oraz reżyserii noszą piętno teatru!<
ZK:- Myślę, że właśnie dlatego wywołał on takie zainteresowanie.
TR:- Ale dla filmu porównanie z teatrem to raczej nie komplement.
ZK:- Jest pewien trend w ocenie sztuki filmowej, który można nazwać snobistycznym, zwracający uwagę właśnie na wartości literackie, na podobieństwo kina do teatru bądź na osiągnięcia plastyki typu wystawowego, czyli wysmakowanego obrazu. W kinie ma to swą wagę, ale w gruncie rzeczy jest zaledwie odgałęzieniem tego, czym jest ten najbardziej spontaniczny żywioł kina.
TR:- Skoro film "American Beauty" jest odległy od owego "żywiołu kina", co w nim jest tak wartościowego, że zaskarbił sobie życzliwość członków akademii?
ZK:- Właśnie to, że jest w duchu ambitnego spektaklu teatralnego. Na przykład sposób gry, który w kinie współczesnym zmierza do naturalności, spontaniczności, urywkowości i nawet do niedbałej fragmentaryczności, tutaj jest fachowo zakomponowany - jak w teatrze.
TR:- Wygląda na to, że koło się obróciło, bo przecież na początku kina był ów słynny kazus Sarah Bernhardt, wielkiej teatralnej tragiczki, która w filmie wypadła śmiesznie i sztucznie, prawie podważając zasadność swej aktorskiej sławy. Film obnażył groteskowość przesadnych gestów, przerysowanej gry, nadwyrazistej mimiki. Wtedy po raz pierwszy zrozumiano, że w kinie nie można grać tak jak w teatrze. Teraz pan mówi, że stało się coś odwrotnego: to, co nas śmieszyło u Sarah Bernhardt, podoba nam się w wykonaniu Annette Bening.
ZK: - Ależ Sarah Bernhardt śmieszy nas dopiero dzisiaj...
TR:- I wówczas była śmieszna, zresztą nie zyskała sławy w filmie.
ZK:- Ależ w ogóle nie było o tym mowy, był jeden taki wypadek, zresztą przyjęty jako ważne wydarzenie kulturalne. To my zauważamy anachronizm. Zresztą nie tylko w tym filmie, myślę, że w ogóle tamten teatr byłby dzisiaj dla nas na granicy śmiesznej szarży. Sam pamiętam, jak moje starsze otoczenie zachwycało się polskimi aktorami - Solskim, Węgrzynem. Jako mały chłopiec wybrałem się wreszcie oglądać Węgrzyna i zobaczyłem pana, który pozuje, ustawia się umyślnie profilem, aby go było widać od najlepszej strony; mówi tak, że go nie rozumiem, bo w ogóle nie szło o to, by rozumieć. I cały ten kult teatru, który wyznawali moi starsi znajomi, w moich oczach się załamał. To jest po prostu zmiana gustów. Jeśli jednak idzie o "American Beauty", mamy tu teatr współczesny, operujący środkami, jakie możemy zobaczyć, kupując dzisiaj bilet do teatru.
TR:- No dobrze, ale słyszałem też opinię, że "American Beauty" pokazuje prawdę o życiu amerykańskiej rodziny, a właściwie o rozpadzie więzi między jej członkami. Tylko czy w tak teatralny, przerysowany sposób da się wyrazić jakąś prawdę obyczajową?
ZK:- Są to dzieje przeciętnego Amerykanina żyjącego w warunkach dobrobytu...
TR:- Nie wiem, czy to przeciętny Amerykanin: bohater (Kevin Spacey) jest dziennikarzem od kilkunastu lat pracującym w tej samej redakcji; jego żona to właścicielka biura handlu nieruchomościami. Dobrze zarabiają, żyją dostatnio, jeżdżą mercedesem. To nie jest zwyczajna rodzina!
ZK:- Tak, ale wszyscy oni są niezadowoleni z życia, wszyscy męczą się, cierpią. Jego życie osobiste wygląda tak, że najwyraźniej nie ma on kontaktu uczuciowego z żoną, co jest wyrażone w sposób bardzo ostry: mianowicie w nocy onanizuje się w łóżku, gdy ona leży obok niego.
TR:- On, zdaje się, nie ma motywacji do niczego. Ani na pracy mu nie zależy, ani na żonie, ani na życiu. Właściwie wyczerpał swój potencjał życiowy, mimo że ma dopiero 42 lata!
ZK:- Ale dlaczego? Bo zauważa, że wszystko, co miał do tej pory, traci dla niego wartość.
TR:- Tak się często zdarza około czterdziestki, panie Zygmuncie.
ZK:- Prawda i to właśnie jest autentyczny problem, który się nieraz już zdarzał w kinie i literaturze nie tylko amerykańskiej. Co mu zostaje? Właściwie treścią tego filmu jest jego namiętność do nieletniej koleżanki własnej córki...
TR:- ... lolitki.
ZK:- Tak, blondyneczki. Wyraża to już tytuł filmu. American Beauty to nazwa odmiany róży ogrodowej. Nasz bohater widzi w swoich marzeniach owo nieletnie dziewczątko przysypane płatkami tej róży. To jest częścią marzenia, ale też gorzką ironią.
TR:- Ironia się dopełnia, gdy zauważamy, że jego żona zaczyna każdy dzień od ucinania róż w ogródku...
ZK:- Właśnie owych American Beauty. Mamy więc dwa tematy. Zdanie sobie sprawy z małej wartości tego, co do tej pory uważaliśmy w życiu za potrzebne, a także hipokryzji. Żeby się wyrwać z tego, co przestał uważać za wartościowe, nasz bohater musi się zachowywać w sposób naruszający porządek i niszczący więzy.
TR:- Na dodatek nic nie buduje w zamian! Nawet uwielbienie do lolitki jest raczej groteskowe. Nie daje nadziei, by jego życie zyskało nowy sens. To raczej swoiste opium zabijające zły nastrój.
ZK:- Ale to właśnie jest dla niego ludzka wartość: decyzja, by zaryzykować i rzucić się w tę pustkę, jaką ma przed sobą. To go naraża na poważne konsekwencje. Do tego stopnia, że jego żona w ataku histerii przygotowuje się do zamordowania go; rozwścieczona córka ucieka z domu, a sąsiad, nie powiemy, co...
TR:- Za co więc najbardziej należy się Oscar filmowi "American Beauty"?
ZK:- Należy się za role, które są teatralne.
TR:- Annette Bening i Kevinowi Spacey.
ZK:- No i jest to debiut kinowy wybitnego reżysera teatralnego, Sama Mendesa. Swoje zamiłowanie do teatru przeniósł on na ekran, co możemy wreszcie uznać za nowość.
Więcej możesz przeczytać w 11/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0