Wina bezwstydnych

Wina bezwstydnych

Dodano:   /  Zmieniono: 
Bywamy z naszych przodków i z własnej społeczności dumni - i mamy do tego prawo. Co zrobić, gdy zabraknie powodu do dumy? "Był jeden wielki bohater, ojciec Kolbe, ale wiedział, że ma gruźlicę i z obozu nie wyjdzie" J.L. z Jedwabnego. Te słowa wypowiedział człowiek uznany za współwinnego w sprawie jedwabińskiej stodoły. A w Polsce toczy się wielka dyskusja. Słowa i półsłówka, wielkie i małe nazwiska, hochpolitik i uliczne gadki - niepostrzeżenie Polacy rozpoczęli egzystencjalną debatę o sprawach podstawowych dla rodzaju ludzkiego, dla narodu i dla każdego człowieka.
Te słowa wypowiedział człowiek uznany za współwinnego w sprawie jedwabińskiej stodoły. A w Polsce toczy się wielka dyskusja. Słowa i półsłówka, wielkie i małe nazwiska, hochpolitik i uliczne gadki - niepostrzeżenie Polacy rozpoczęli egzystencjalną debatę o sprawach podstawowych dla rodzaju ludzkiego, dla narodu i dla każdego człowieka. Żeby uprzedzić domysły, przyznam od razu, że wypowiedzią, z którą się w zupełności utożsamiam, jest wypowiedź arcybiskupa Życińskiego. Wydaje mi się ona najbardziej kompletna i jeśli odnotowuję inne - choćby wywiad "GW", z którego zaczerpnąłem cytat, i opublikowaną w "Rzeczpospolitej" rozmowę z rabinem Bakerem z Jedwabnego - to głównie dlatego, że służą mi one jako ilustracje do słów Życińskiego, jedna z perspektywy kata, druga z perspektywy niedoszłej ofiary.
Jedwabne nie jest jedynym kontekstem polskiej dyskusji o winie i jej publicznym wyznawaniu, o przebaczaniu, skrusze i odpowiedzialności zbiorowej, o pamięci narodowej i o skomplikowanych losach ludzi żyjących w końcówce minionego tysiąclecia. Oto stykamy się ze sprawą odszkodowań za pracę niewolniczą, z rozliczeniami prawnymi i moralnymi za kolaborację lub wręcz za współsprawstwo komunizmu, a nawet (w tej samej "Rzeczpospolitej") z przypadkiem miasta Jena, gdzie żył legendarny przyjaciel niemowląt i zarazem - za czasów hitlerowskich - spec od eutanazji...
Nie wiem, czy jako naród potrafimy właściwie odpowiedzieć na Jedwabne. Dzielę się tylko refleksją o związku winy i wstydu. Wyobraźmy sobie Iksa - niechby był on osobą o nieposzlakowanie czystych rękach. Nie ruszy go prokurator, lustrator ani nawet spowiednik. Załóżmy, że nie dałoby się tego powiedzieć o którymś z jego przodków lub ziomków. Zanim ów przodek czy ziomek zgniłby w piekle - gdyby żył i gdyby mu to udowodniono, zostałby dziś jeszcze, na ludzkim padole, po tysiąckroć skazany na banicję, więzienie i infamię. Za karę i aby odstraszyć innych od pójścia w jego ślady. Współczesne doktryny prawne nie pozwalają za wyrządzone przez kogoś innego zło karać sąsiadów czy spadkobierców złoczyńcy. Odrzucono odpowiedzialność zbiorową w sensie karnoprawnym, ale czy uwolnieni zostaliśmy w ten sposób od odpowiedzialności moralnej za własną społeczność? Bywamy z naszych przodków i z własnej społeczności dumni - i mamy do tego prawo. Co zrobić, gdy z jakiejś przyczyny zabraknie powodu do dumy?
Czy wtedy Iksowi nie jest po prostu wstyd? Podpowiadają mu niektórzy psychoterapeuci, żeby nie dać sobie wmówić cudzej winy, że trzeba oddalać od siebie staroświecki wstyd za siebie i za innych, a także, że należy unikać rozdrapywania zaprzeszłych ran. Inni proponują mu seans na kozetce, który potrwa godzinkę lub dwie, i potem będzie jak nowo narodzony, z czystym kontem i komfortem wyrzuconej z siebie przeszłości. I że Kolbe miał gruźlicę...
Nie sądzę, by receptą na Jedwabne była którakolwiek z tych psychoterapeutycznych pigułek. Czuję coraz mocniej, jak ważną właściwością człowieka jest jego poczucie wstydu. Może jest ono kuzynem poczucia winy? Formalnie nie jest się winnym, ale ponieważ rzecz może dotyczyć osób bliskich z racji pokrewieństwa, uczestnictwa w tym samym narodzie, przynależności do tej samej religii lub związku z pokrewną orientacją polityczną - to czasem nie da się zwykłym machnięciem ręki oddalić niepewności co do "bycia zamieszanym" w sprawę. Warto wtedy pamiętać, że u przyzwoitego człowieka powinno występować poczucie wstydu. Za tamtego łajdaka. Za tamto zło, którego odłamki mogły przecież pozostać na naszym, choćby najczystszym dziś koncie. Może zresztą rzeczywiście pozostały? Może je słychać w niektórych tłumaczeniach, objaśnieniach i komentarzach?
Jeśli nie stać nas choćby na wstyd - obawiam się, że możemy nie poradzić sobie z winą.
Więcej możesz przeczytać w 11/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0