Pieszczoty

Pieszczoty

Dodano:   /  Zmieniono: 
Restaurator Jean-Luc Hatet należy do ludzi, którzy z maniackim uporem robią dobrze wszystko, co można by spokojnie spartolić, dlatego sprawiają tylko kłopoty i zaburzają naturalny porządek rzeczy. Kolektyw społeczny przewidział różne formy sprawiania nam przyjemności i pieszczenia naszego ego, ale nie każda pieszczota kolektywu trafia na podatny grunt.
Mało jest rzeczy tak pożądanych przez francuskich kucharzy jak gwiazdki przyznawane przez tzw. czerwony przewodnik Michelina, doradzający smakoszom, gdzie można zjeść najlepiej, najwykwintniej i najciekawiej.

 Znalazł się jednak taki mistrz kuchni, któremu Michelin wciska wyróżnienie nieomal na siłę, a on z równą siłą się temu opiera. Odmowa przyjęcia gwiazdki Michelina jest sensacją mniej więcej tej miary, co wzgardzenie Legią Honorową, bo trudno o bardziej prestiżowe wyróżnienie w sztuce kulinarnej, stanowiącej z kolei jeden z fundamentów prestiżu Francji w świecie. Na ten świętokradczy krok zdecydował się Jean-Luc Hatet z Montbazon nieopodal Tours nad Loarą. Postanowił przekształcić swoją restaurację w rodzaj bistra i podawać znacznie tańsze niż do tej pory posiłki. Uczynił to z pobudek - nazwijmy je - ideologicznych: żeby zdemokratyzować swoją kuchnię. Powiadomił więc Michelina, że oddaje gwiazdkę, bo jest już mniej wytworny, a bardziej "ludowy" i zależy mu jedynie na miejscu w innym przewodniku, który wskazuje stoły, przy jakich można przyzwoicie zjeść za przyzwoitą cenę.
Przedstawiciele Michelina nie dali się jednak tak łatwo zbić z pantałyku. Przyjechali, popatrzyli, posmakowali - i w tym roku znowu przyznali Hatetowi gwiazdkę. Oświadczyli przy tym wyniośle, że wyróżnienia nie można ot tak sobie beztrosko odmówić, bo przyznaje się je z myślą o zadowoleniu konsumenta, a nie kucharzy ani Michelina. Co innego gdyby Hatet nagle zaczął gotować źle i podawać do stołu niedbale, ale póki robi tanie dobre jedzenie i należycie je serwuje, przed gwiazdką Michelina nie ucieknie. Jean-Luc Hatet wyraził z tego powodu ubolewanie, bo obawia się, że będzie to odstraszać zwykłych klientów, przekonanych, że jest dla nich zbyt wytworny. Zobaczywszy gwiazdkę Michelina, pojadą gdzie indziej w obawie, że się zrujnują. Niestety, dopóki Hatet nie zacznie robić hamburgerów z frytkami, nie będzie chyba rady na jego problem - a i to nie jest pewne, bo w jego wydaniu hamburgery mogą się okazać przebojem lekkiej i wykwintnej kuchni śródziemnomorskiej. Ludzie, którzy z maniackim uporem robią dobrze wszystko, co można by spokojnie spartolić, sprawiają tylko kłopoty i zaburzają naturalny porządek rzeczy.
Kolektyw społeczny postanowił także nagrodzić wielowiekowy trud kobiet jako matek, żon i gospodyń domowych i dopuścić je szerokim frontem do polityki. No, jeszcze nie do prawdziwych konfitur, ale do rad miejskich i gminnych - owszem. Ustawa z 6 czerwca ubiegłego roku wprowadziła obowiązek umieszczania na listach wyborczych w miejscowościach liczących ponad 3,5 tys. mieszkańców taką samą liczbę kobiet jak mężczyzn. Zasada ta dotyczy nie tylko listy jako całości, ale także każdej kolejnej szóstki kandydatów. To dla uniknięcia skomponowania pierwszej połowy listy - która ma szanse na wybór - z samych mężczyzn, a drugiej - z samych kobiet. Pierwsze wybory municypalne według nowych zasad przeprowadzone będą 11 i 18 marca.
Myślą państwo zapewne, że Francuzki zachowały się jak Jean-Luc Hatet i - chcąc pozostać bliżej normalnego życia - ze wzgardą odrzuciły ofertę, a nad partiami zawisło widmo urządzania łapanek na niewiasty, które zechciałyby zająć puste miejsca na listach wyborczych. Nic podobnego. W odróżnieniu od Hateta wiele kobiet jeszcze nie odczuło na własnej skórze, jak względne są rozkosze społecznych wyróżnień. Okazało się, że w większości wypadków wystarczyło poprosić i uzyskiwało się zgodę na kandydowanie, zwłaszcza gdy kierowało się prośbę do członkiń własnej partii lub powiązanych z nią stowarzyszeń. Dotychczasowym ekipom municypalnym przyniosło to ulgę - ale nie całkowitą. Nadeszła bowiem ta przykra chwila, kiedy miejsca szczęśliwie zajęte przez kobiety (co pozwalało ich partiom nie płacić przewidzianych ustawą kar) musieli zwolnić mężczyźni, na ogół przyjaciele i wieloletni współpracownicy merów. Dla merów był to koszmar. Kogo zatrzymać, z kim się pożegnać? Wielu drżało, że działacze nie wpisani na ich listę zgłoszą własne, dysydenckie listy i odbiorą im część głosów. Dlatego często się zdarzało odwlekanie oficjalnego ogłoszenia nazwisk kandydatów dosłownie do ostatniej chwili, by nie dać czasu dotychczasowym sojusznikom na przekształcenie się w rywali.
Merowie nie będą jednak długo płakać. Ustawodawca okazał duże poczucie humoru, ale nie zabrakło mu też należytej trzeźwości. Zasada tzw. parytetu damsko-męskiego nie obowiązuje już przy wyborze władz wykonawczych rad miejskich i gminnych, a w szczególności przy obieraniu merów i ich zastępców. Partia Socjalistyczna - inicjatorka ustawy o "parytecie" - przewiduje tylko 63 kandydatki na merów 420 miast powyżej 20 tys. mieszkańców. Są więc duże szanse na to, że dotychczasowy odsetek merów płci żeńskiej (8 proc.) nie zmieni się zasadniczo. Kolektyw chętnie popieści ego kobiet, pod warunkiem wszakże, iż zgodzą się pozostać zwykłymi radnymi.

Więcej możesz przeczytać w 11/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0