W tył zwrot!

W tył zwrot!

Dodano:   /  Zmieniono: 
Nie jesteśmy w stanie obsadzić należnych nam stanowisk dowódczych i sztabowych w NATO. Wśród prawie 200 tys. żołnierzy Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej nie sposób znaleźć dwustu osób, które mogą objąć stanowiska w strukturach dowodzenia i sztabach sojuszu w Europie. Wedle zdobytego przez nas dokumentu, przygotowanego przez departament kadr Ministerstwa Obrony Narodowej, w resorcie ma zostać powołany zespół negocjatorów, który będzie przekonywał naszych sojuszników, że polscy żołnierze powinni objąć mniej stanowisk, niż nam zaproponowano. Na ten cel przeznaczono nawet w budżecie MON specjalne środki - 80 tys. zł.
 
Autorzy dokumentu proponują, aby podczas rozmów kierować się "dążeniem do zmniejszenia liczby stanowisk przewidzianych do objęcia przez Polskę w strukturach NATO". Oprócz tego negocjatorzy będą się starali, aby NATO pozwoliło nam opóźnić o jedną kadencję termin przyjęcia niektórych posad, zwłaszcza dla podoficerów zawodowych (bo trzeba wcześniej wytypować kandydatów i przygotować dla nich specjalny program). Strona polska chce także uniknąć "wciśnięcia" nam stanowisk, których obsadzenie - zdaniem kadrowców MON - jest "praktycznie niemożliwe".
- Nie znam tego dokumentu, więc nie będę go komentował - mówi mjr Jerzy Smoliński, rzecznik prasowy resortu obrony. Na pytanie, czy uważa za sensowne zabieganie o mniejszą liczbę polskich żołnierzy w strukturach NATO, odpowiada: - Może będziemy obsadzać inne, korzystniejsze dla nas stanowiska. A może chodzi o względy ekonomiczne?

Dobry fachowiec, ale bez kwalifikacji
Takie kroki resortu obrony to dowód nieistnienia jakiejkolwiek polityki kadrowej w wojsku. Po dwóch latach członkostwa MON nie przygotowało programu kształcenia podoficerów, chociaż już w 1999 r. wiedziano, że w sztabach sojuszu docelowo ma ich służyć stu (rok temu w polskim wojsku po angielsku mówił tylko jeden podoficer i dwudziestu chorążych). Nie stworzono sprawnego systemu kontraktowego pozyskiwania cywilów do służby w armii. Wielu starszych oficerów, mimo że uzyskało "papiery" potwierdzające znajomość języka, w rzeczywistości go nie zna.
Resort obrony został zaskoczony także tym, że wśród stanowisk przydzielonych nam przez sojusz, "aż" 60 to etaty dla żołnierzy zawodowych o "nie znanych w Polsce specjalnościach". Jakie to specjalności? Nie chodzi ani o kaprala ze znajomością duńskiego i francuskiego (m.in. takie stanowisko nam zaproponowano), ani o oficera obsługującego okręt o napędzie atomowym. Wśród funkcji nie znanych resortowi obrony znajduje się na przykład etat dla majora, który zna angielski, potrafi koordynować działalność sztabu kryzysowego i ma doświadczenie w operacjach połączonych rodzajów wojsk. Nie wiemy także, gdzie szukać podpułkownika z doświadczeniem w planowaniu i pracy sztabowej, zdolnego przygotowywać plany i prowadzić ćwiczenia, sporządzać raporty i określić budżet ćwiczeń. Wśród naszych "zawodowców" nie można też znaleźć oficera, który w amerykańskiej bazie Norfolk byłby ekspertem ds. wywiadu i obsługiwałby automatyczne systemy przetwarzania danych.

Choroba lokomocyjna
Niechęć naszych żołnierzy do obejmowania stanowisk w strukturach NATO można było zauważyć już dwa lata temu. Wolą oni wyjeżdżać na misje pokojowe, bo można tam zarobić więcej w krótszym czasie. Resort obrony bardzo się starał, żeby to nastawienie zmienić. Minister Janusz Onyszkiewicz skracał drogę służbową podań o wyjazd na placówkę zagraniczną, bo często się zdarzało, że papiery ginęły w biurkach dowódców jednostek, którzy nie chcieli się pozbywać najambitniejszych podwładnych. Wynik: o 50 proc. zgłoszeń więcej, tyle że od żołnierzy nie nadających się "na eksport" .
Dwa lata temu Wesley Clark, ówczesny dowódca sił NATO w Europie, upomniał polskich polityków, że na stanowiskach, które powinni zajmować polscy żołnierze, pracują Amerykanie. Zaproponował więc, żeby Polska im płaciła. W MON zapadła wtedy decyzja, by podwyższyć pensje Polaków pracujących za granicą. Obecnie poważnie rozważa się możliwość wprowadzenia do ustawy o służbie wojskowej żołnierzy zawodowych przepisu zobowiązującego ich do pracy w strukturach sojuszu.
Nie wiadomo, jak MON poradzi sobie z 50 etatami dla żołnierzy służby zasadniczej, które muszą być obsadzone w tym roku. Wątpliwe, czy w naszej armii znajdzie się choć jeden szeregowiec po maturze ze znajomością angielskiego. A pierwsi z nich muszą zacząć pakować plecaki już za dwa miesiące, jeśli negocjatorom nie uda się wyprosić zmniejszenia liczby stanowisk dla tej grupy. Jakby tego było mało, na początku 2002 r. MON musi znaleźć zastępców na stanowiska dotychczas obsadzone, bo kończy się wtedy trzyletnia kadencja żołnierzy oddelegowanych do struktur NATO.

Więcej możesz przeczytać w 12/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0