Entuzjazmujemy się wskaźnikami wzrostu PKB, lekceważąc wysokie koszty jego uzyskiwania. Jak za Gierka. Kiedyś o wstydliwych chorobach mówiono półgębkiem lub wcale. Dziś otwartość uznaje się za wstępny warunek skutecznej terapii. Wstydliwą chorobą, o której nadal mówi się mało i niechętnie, którą usiłuje się przemilczeć, jest globalna nieefektywność gospodarki.
Usiłuje się nie widzieć tego, że naszą gospodarkę cechuje niekorzystny stosunek osiąganych efektów do ponoszonych nakładów. Jesteśmy skłonni - jak za Gierka - entuzjazmować się wskaźnikami wzrostu PKB, lekceważąc niezwykle wysokie koszty uzyskiwania tego wzrostu. Ten i ów wmawia nam nawet, że brutto to netto!
Tymczasem gołym okiem widać, że przyrosty PKB okupywane są wysokimi ujemnymi saldami bilansu obrotów bieżących, przejadaniem majątku narodowego, przeznaczanego na pokrycie rosnących należności z tego tytułu i - last but not least - ciągłym wzrostem długu publicznego, który - przypomnijmy - osiągnął w przeliczeniu 75 mld USD. Wystarczy porównać wielkość rocznego przyrostu PKB (ostatnio około 25 mld zł w cenach porównywalnych i 50-60 mld zł w cenach bieżących) z rocznym przyrostem długu publicznego (w 2001 r. niemal 20 mld zł) i ujemnym saldem rachunku bieżącego w bilansie płatniczym (40 mld zł w 2000 r.). Jeśli nawet policzymy najbardziej optymistycznie, okaże się, że nasz przyrost PKB jest mniejszy lub najwyżej równy przyrostowi zobowiązań płatniczych gospodarki w tym samym czasie. I można jedynie zapytać, jak długo jeszcze będziemy mogli sobie pozwalać na pokrywanie tych zobowiązań dopływem kapitału zagranicznego ze sprzedaży majątku i inwestycji. Na razie proponuję wprowadzenie do naszych ocen rozwoju sytua-cji gospodarczej mierników uwzględniających: 1) relację przyrostu PKB do przyrostu długu publicznego i 2) relację przyrostu PKB do salda bilansu obrotów bieżących. Sumując te wskaźniki, uzyskamy prawdziwszy obraz nakładochłonności naszego wzrostu gospodarczego. Unikanie takich porównań ze względu na rzekomą nieporównywalność tych wielkości byłoby chowaniem głowy w piasek.
Przyczyny, także historyczne, naszej globalnej nieefektywności i niechęci do mówienia o tej wstydliwej chorobie są dobrze znane. Jedna to tradycja nieefektywności pseudosocjalistycznej gospodarki scentralizowanej, nieefektywności skrzętnie ukrywanej, ale rzeczywistej. Przypomnijmy, że w socjalizmie miarodajne były wyłącznie efekty brutto, uzyskiwane przez sumowanie nakładów uważanych zawsze za wartościotwórcze. Nie było rozdziału między rachunkiem efektów a rachunkiem nakładów. Nadwyżka efektu nad nakładem była wręcz podejrzana. Nie wolno było chwalić się wysoką stopą zysku. Dlatego dziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy w pierwszym pięcioleciu Gierka nie odzwierciedlał dynamiki efektów, lecz wzrost nakładów. O stosunku efektu do nakładu nie było w ogóle mowy. Im większe nakłady i koszty, tym lepiej. Skutki znamy.
Powiedzmy sobie szczerze, że coś z tych obyczajów nam zostało. Kłopoty z obniżaniem kosztów wytworzenia produktu społecznego są nadal ogromne. Nadal zbyt łatwo ponosimy i uznajemy za uzasadnione wszelkie koszty, nie troszcząc się o ich międzynarodową akceptację przez prawdziwy rynek. Dlatego jesteśmy niekonkurencyjni, dlatego nasz produkt krajowy nie jest groźny dla współzawodników na światowym rynku.
Druga przyczyna naszej makroekonomicznej nieefektywności to nie zakończona transformacja, niepełna mikroekonomizacja gospodarki, wszechobecny kosztowny etatyzm, centralizm i "dojutrkostwo" w finansach publicznych. Najgorsze jest to, że nasz establishment polityczny nadal nie rozumie, że warunkiem zdrowej makroekonomii, zdrowej gospodarki jest zdrowa mikroekonomia, czyli przynoszące zyski, wydajne, inwestujące, nie tłamszone przedsiębiorstwa prywatne. Ale w państwie rządzonym przez związki zawodowe oraz prawicowych i lewicowych "dobrych wujków" poczekamy chyba jeszcze trochę na zrozumienie tych elementarnych prawd. Oby nie było za późno!
Tymczasem gołym okiem widać, że przyrosty PKB okupywane są wysokimi ujemnymi saldami bilansu obrotów bieżących, przejadaniem majątku narodowego, przeznaczanego na pokrycie rosnących należności z tego tytułu i - last but not least - ciągłym wzrostem długu publicznego, który - przypomnijmy - osiągnął w przeliczeniu 75 mld USD. Wystarczy porównać wielkość rocznego przyrostu PKB (ostatnio około 25 mld zł w cenach porównywalnych i 50-60 mld zł w cenach bieżących) z rocznym przyrostem długu publicznego (w 2001 r. niemal 20 mld zł) i ujemnym saldem rachunku bieżącego w bilansie płatniczym (40 mld zł w 2000 r.). Jeśli nawet policzymy najbardziej optymistycznie, okaże się, że nasz przyrost PKB jest mniejszy lub najwyżej równy przyrostowi zobowiązań płatniczych gospodarki w tym samym czasie. I można jedynie zapytać, jak długo jeszcze będziemy mogli sobie pozwalać na pokrywanie tych zobowiązań dopływem kapitału zagranicznego ze sprzedaży majątku i inwestycji. Na razie proponuję wprowadzenie do naszych ocen rozwoju sytua-cji gospodarczej mierników uwzględniających: 1) relację przyrostu PKB do przyrostu długu publicznego i 2) relację przyrostu PKB do salda bilansu obrotów bieżących. Sumując te wskaźniki, uzyskamy prawdziwszy obraz nakładochłonności naszego wzrostu gospodarczego. Unikanie takich porównań ze względu na rzekomą nieporównywalność tych wielkości byłoby chowaniem głowy w piasek.
Przyczyny, także historyczne, naszej globalnej nieefektywności i niechęci do mówienia o tej wstydliwej chorobie są dobrze znane. Jedna to tradycja nieefektywności pseudosocjalistycznej gospodarki scentralizowanej, nieefektywności skrzętnie ukrywanej, ale rzeczywistej. Przypomnijmy, że w socjalizmie miarodajne były wyłącznie efekty brutto, uzyskiwane przez sumowanie nakładów uważanych zawsze za wartościotwórcze. Nie było rozdziału między rachunkiem efektów a rachunkiem nakładów. Nadwyżka efektu nad nakładem była wręcz podejrzana. Nie wolno było chwalić się wysoką stopą zysku. Dlatego dziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy w pierwszym pięcioleciu Gierka nie odzwierciedlał dynamiki efektów, lecz wzrost nakładów. O stosunku efektu do nakładu nie było w ogóle mowy. Im większe nakłady i koszty, tym lepiej. Skutki znamy.
Powiedzmy sobie szczerze, że coś z tych obyczajów nam zostało. Kłopoty z obniżaniem kosztów wytworzenia produktu społecznego są nadal ogromne. Nadal zbyt łatwo ponosimy i uznajemy za uzasadnione wszelkie koszty, nie troszcząc się o ich międzynarodową akceptację przez prawdziwy rynek. Dlatego jesteśmy niekonkurencyjni, dlatego nasz produkt krajowy nie jest groźny dla współzawodników na światowym rynku.
Druga przyczyna naszej makroekonomicznej nieefektywności to nie zakończona transformacja, niepełna mikroekonomizacja gospodarki, wszechobecny kosztowny etatyzm, centralizm i "dojutrkostwo" w finansach publicznych. Najgorsze jest to, że nasz establishment polityczny nadal nie rozumie, że warunkiem zdrowej makroekonomii, zdrowej gospodarki jest zdrowa mikroekonomia, czyli przynoszące zyski, wydajne, inwestujące, nie tłamszone przedsiębiorstwa prywatne. Ale w państwie rządzonym przez związki zawodowe oraz prawicowych i lewicowych "dobrych wujków" poczekamy chyba jeszcze trochę na zrozumienie tych elementarnych prawd. Oby nie było za późno!
Więcej możesz przeczytać w 13/2001 wydaniu tygodnika Wprost .
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.