Partyjne prawybory

Partyjne prawybory

Dodano: 
Wybory prezydenckie - oprócz wyłonienia głowy państwa - służą partiom do innych celów
Instrukcja obsługi kampanii prezydenckiej

To właśnie z myślą o tych dodatkowych celach w każdych wyborach prezydenckich startują politycy, o których z góry wiadomo, że w drugiej turze się nie znajdą. Udział w kampanii prezydenckiej daje partiom darmowy czas w radiu i telewizji, okazję do mobilizowania własnego elektoratu, pozyskiwania sympatyków, do promowania programów i liderów. Tym razem wybory prezydenckie tylko rok dzieli od parlamentarnych, a to sprawia, że właściwie wszyscy traktują je instrumentalnie. Kierownicze gremia głównych sił parlamentarnych (poza SLD) najwięcej rozmyślają o możliwych stratach. To dlatego z takim trudem wyłaniani są kandydaci na prezydenta. Szczególnie wiele do stracenia ma AWS, ale nie ona jedna. Unia Wolności nie chce zaprzepaścić szansy na zostanie pierwszą partią "obrotową". PSL z kolei nie jest pewne, czy znajdzie się w przyszłym parlamencie. Najmniej ryzykuje SLD, ale sytuacja prezydenta kandydata jest bardziej złożona.

PSL - wielki strach (po cichu)
O problemach PSL publicznie mówi się niewiele. Dbają o to również działacze tej partii w mediach publicznych. Tymczasem ugrupowanie, które nie tak dawno miało drugi co do wielkości klub parlamentarny, marszałka Sejmu i premiera, dziś nie wie, czy za rok nie potknie się na Wiejskiej o próg wyborczy. Ale nawet jeśli uzbiera niezbędną liczbę głosów, nie ma gwarancji, że uda się powtórzyć rządowy mariaż z SLD. A to - obok przetrwania w parlamencie - jest drugim celem ludowców. Dlatego PSL nie może w kampanii prezydenckiej drażnić SLD antyeuropejską retoryką, choć boi się, że Lepper przyklei stronnictwu gębę "popleczników Brukseli". I PSL faktycznie już po cichu wybrało "poplecznictwo" jako warunek powrotu do rządu. Milej będzie brać udział w rozdawaniu unijnych funduszy rolnikom, niż stać za płotem i wołać do chłopów: "Nie bierzcie! ". Tyle że nie jest to dobry temat na kampanię prezydencką. Nie widać też kandydata. Józef Zych byłby niezły, ale czy zechce zaryzykować swoją osobistą popularność w tak niepewnej sprawie? Jarosław Kalinowski też nie zapomniał, jaki los spotkał kandydata na prezydenta Waldemara Pawlaka. Nie mając pomysłów, PSL gra na zwłokę.

Unia Wolności, czyli Unia Polityki Arcyrealnej
O ile PSL swoje "prezydenckie" rozterki przeżywa dyskretnie, o tyle Unia Wolności cierpi publicznie. Ale z umiarem. Dla partii grupującej tak wiele osobowości to żaden wstyd nie móc łatwo wyłonić kandydata do prezydentury. Tym bardziej że serio się na nią nie liczy. "Choć uwaga opinii publicznej kieruje się na wybory prezydenckie, są one mniej ważne niż parlamentarne" - stwierdził ostatnio Leszek Balcerowicz, przy okazji informując, że UW wystawi w wyborach własnego kandydata bez oglądania się na AWS. Rezygnację z szukania wspólnego kandydata koalicji Balcerowicz oficjalnie uzasadnił niezdecydowaniem AWS. W istocie chodzi o to, że dla unii wszelka współpraca z AWS staje się coraz bardziej nieporęczna, bo na wybory parlamentarne ma własną strategię.
Unia chce wreszcie zostać partią "obrotową", trzecią siłą parlamentarną, bez której udziału rządzić w Polsce się nie da. Sojusznika znalazła w prezydencie Kwaśniewskim, który w ubiegłym roku zapowiedział, że nie podpisze ordynacji wyborczej do Sejmu, gdyby ta miała prowadzić do parlamentu dwubiegunowego, zdominowanego przez największe ugrupowania. W wyborach prezydenckich UW nie może jednak oficjalnie poprzeć Kwaśniewskiego i tego nie chce (to zadanie dla tej części unijnego elektoratu, która co innego deklaruje w sondażach, a kogo innego skreśla na kartce do głosowania). Kandydat UW powinien być w zasadzie "etosowy". Ale Tadeusz Mazowiecki odmawia. W sprawie oferty Andrzeja Olechowskiego Leszek Balcerowicz jest "za, a nawet przeciw" (ostatnio podobno znowu "za"), lecz osoba Olechowskiego zbytnio dzieli unię. Sam wicepremier może i dałby się skusić, ale uzyskanie przezeń w pierwszej turze kompromitująco niskiego wyniku byłoby fatalne dla i tak kontestowanego od czasu do czasu przywództwa "nieetosowego" przewodniczącego. Prestiż wymaga jednak, by UW wystawiła własnego kandydata. I wystawi tego, kto zagwarantuje honorową przegraną w wyborach "mniej ważnych od parlamentarnych". Trudno przewidzieć, jak unijny elektorat zniesie taką strategię i taki stosunek do wyborów prezydenckich.

SLD, czyli Miller na prezydenta
SLD nie przeżywa poważnych dylematów, ma bowiem swojego kandydata "z urzędu", a kandydat trzyma się mocno (przynajmniej w sondażach). Oczywiście sojusz wolałby uniknąć tego, by w drugiej turze fałszywy magister spotkał się z prawdziwym doktorem (Olechowskim), który medialnie bije na głowę obecnego prezydenta (także wzrostem). Ale perspektywy Olechowskiego nie są wyraźne, a przewaga sondażowa Kwaśniewskiego aż nadto wyraźna. Z kolei ewentualne starcie z kandydatem AWS zostało przez SLD wkalkulowane w koszt kampanii. Sojusz przećwiczył już nawet na AWS zadawanie ciosów. To, co jest dobre dla SLD, nie musi być jednak dobre dla Aleksandra Kwaśniewskiego. Chociaż jest on bliski reelekcji, ma też powody do goryczy. Traci przecież wpływy we własnym obozie - z lidera lewicy przeistacza się w zakładnika kierownictwa SLD. W 15 z 16 regionów władzę nad zunifikowanym sojuszem dzierżą ludzie Leszka Millera. Kiedy prezydent Kwaśniewski wdał się w spór kompetencyjny z rządem w sprawie BBN, Miller ani myślał podać mu pomocnej dłoni. To Miller będzie naprawdę prezydentem, jeśli zostanie nim Kwaśniewski. A jeśli Miller zostanie premierem, Kwaśniewskiemu pozostanie już tylko podpisywanie ustaw, a po upływie kadencji jakaś synekura w międzynarodowym ruchu olimpijskim, bo na polskiej lewicy już żadnego posunięcia wykonać nie zdoła.

AWS - między niemożnością a nadzieją
PSL i UW bez większej dla siebie szkody mogą zwlekać z wyłonieniem kandydata na prezydenta, a nawet spokojnie znieść jego porażkę w pierwszej turze (byle wynik nie był szokująco niski). AWS zwlekać nie może. A jeśli jej kandydat nie przeszedłby do drugiej tury wyborów, byłaby to wręcz klęska. UW prawdopodobnie wyszłaby jesienią z koalicji, obwiniając za jej rozpad AWS. Wybory parlamentarne odbyłyby się przedterminowo wiosną 2001 r., a jeszcze przed wakacjami UW i SLD zawarłyby pewnie "historyczny kompromis". AWS ma zatem do stracenia i reputację, i szanse na dobry rezultat w najbliższych wyborach do Sejmu. A mimo to w zeszłym roku nie doszło do wyłonienia kandydata akcji na prezydenta ani do prawdziwej debaty na ten temat. Taktyka gry na zwłokę - niezbyt szkodliwa dla UW czy PSL - dla AWS może się jednak okazać zabójcza. To ta taktyka ośmieliła Andrzeja Olechowskiego, obudziła z letargu Lecha Wałęsę i ułatwiła zadanie Unii Wolności, która coraz bardziej umywa ręce od wspólnej z AWS odpowiedzialności za cokolwiek. Wreszcie wahania i kłopoty AWS są pożywką dla wewnętrznych konfliktów, przyczyną złej prasy i jeszcze gorszych wyników w sondażach.
AWS ma jednak coś, czego nie ma nikt inny - mechanizm, który z jej wewnętrznej różnorodności (a nawet wewnętrznych tarć) może uczynić mocny atut w walce o prezydenturę. Ową potencjalną, a przy tym realną bronią byłaby instytucja prawyborów prezydenckich. Koncepcja ta ma kilka fundamentalnych zalet: angażuje w proces wyłaniania kandydata nie wąskie gremia kierownicze, lecz kilkanaście tysięcy osób mających w dodatku demokratyczny mandat (posłowie, senatorowie i radni AWS wszystkich szczebli). Kandydatów, którzy odpadną, zobowiązuje zaś do solidarnego poparcia zwycięzcy. Wreszcie - prawybory w AWS rozwiązują problemy z rozpoczęciem kampanii prezydenckiej, gdyż to one stanowią jej początek. Kandydat z marszu rusza do ataku na pałac prezydencki: przy podniesionej kurtynie i bez łaski mediów, gdyż takie widowisko, jak prawybory - z całym ich kolorytem - zainteresowanie mediów zwyczajnie wymusza. Wyłoniony w ten sposób kandydat nie powie, że "nie chce, ale musi", lecz że "chce i może".
Byłoby to korzystne rozwiązanie dla kandydata "naturalnego", ale pełnego wahań, czyli Mariana Krzaklewskiego (też w końcu prawdziwego i przystojnego doktora). To on ma największe szanse, by od całej AWS w superdemokratycznym trybie usłyszeć: "Chcesz i możesz!". Prawdziwą siłą AWS jest to, co wielu niesłusznie uważa za jej przekleństwo - pluralizm. Bogactwo osobowości, poglądów, sympatii oraz myśli państwowej polskiej prawicy, która na AWS postawiła. Jeśli w sposób zorganizowany, poprzez sprawnie przeprowadzone prawybory, AWS zdoła w kampanii prezydenckiej zrobić użytek z tej swojej wyjątkowej siły, przyprawi o bezsenność nie tylko Aleksandra Kwaśniewskiego, ale też Leszka Millera.

Sprostać - nie komu, lecz czemu
Jeśli kampania i wybory prezydenckie mają poważnie zainteresować kogoś więcej niż twardy elektorat obecnego prezydenta, jego oponenci powinni spełnić pewien mentalny warunek. Mam już serdecznie dość słuchania z ust prawicowych i centrowych polityków o potrzebie poparcia kandydata, który "sprosta" Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. Sprosta - w czym? Jakie to przymioty osobiste ma urzędujący prezydent, którym - na zdrowy rozum - trzeba by "sprostać"? Czy chodzi o wizję rozwoju kraju, dobry życiorys, prawdomówność, czy może o nienaganny styl bycia (także na narodowych cmentarzach)? Istotnym wyzwaniem są wyniki sondaży i może to tylko im trzeba sprostać. Sporo tu miejsca na socjotechnikę wyborczą, ale nie o nią chodzi. AWS powinna zaoferować wyborcom kandydata dobrego dla Polski, a nie "dobrego dla Kwaśniewskiego". Kampania prezydencka powinna się toczyć wokół spraw dla Polski fundamentalnych. Przecież realny wpływ prezydenta na sprawy publiczne Aleksander Kwaśniewski
- jeszcze jako poseł SLD - przykroił do potrzeb nie przemęczającego się recenzenta cudzej pracy i beneficjanta cudzego politycznego ryzyka. Skoro podatnicy ponoszą tak znaczne koszty powszechnych wyborów prezydenckich, należy im się na pewno coś więcej niż konkurs piękności i krasomówstwa.

Okładka tygodnika WPROST: 12/2000
Więcej możesz przeczytać w 12/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0