Fenomen Holandii

Fenomen Holandii

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Ustawa o dopuszczalności eutanazji została właśnie zatwierdzona przez senat. Lekarze mogą zatem pomagać pacjentom, którzy życzą sobie zakończyć życie. Ale prawdą jest także, iż ułatwienie samobójstwa pacjentowi obwarowane jest wieloma zastrzeżeniami. Trzeba uzyskać wyraźną zgodę chorego, opinię innego specjalisty, a także zgodę rodziny.
Czy to prawda, że w Holandii można legalnie kupować narkotyki, lekarzom wolno uśmiercać pacjentów, homoseksualiści mogą zawierać śluby i adoptować dzieci, a gminy wyznaczają miejsca na domy publiczne? - pytają z niedowierzaniem mieszkańcy innych krajów Europy.

To wszystko prawda. Ustawa o dopuszczalności eutanazji została właśnie zatwierdzona przez senat. Lekarze mogą zatem pomagać pacjentom, którzy życzą sobie zakończyć życie. Ale prawdą jest także, iż ułatwienie samobójstwa pacjentowi obwarowane jest wieloma zastrzeżeniami. Trzeba uzyskać wyraźną zgodę chorego, opinię innego specjalisty, a także zgodę rodziny. Jeśli eutanazja budzi moralny sprzeciw lekarza, wolno mu odmówić.
Prawdą jest również, że w wydzielonych lokalach, zwanych tutaj coffee-shops, można kupić niewielkie ilości marihuany albo halucynogennych grzybków i wypalić je albo zjeść na miejscu. Właścicielom tych lokali wolno sprzedawać tak zwane miękkie narkotyki (soft drugs), nie mogą jednak przechowywać hurtowej ilości ani handlować nimi na ulicy. Zakaz używania miękkich narkotyków doprowadziłby - zdaniem ekspertów - do wzrostu przestępczości.
Prawdą jest też, iż dwoje ludzi tej samej płci może zawrzeć ślub cywilny, który daje takie same prawa jak ślub kobiety i mężczyzny. Adoptowanie dzieci przez pary homoseksualne zostało poddane pewnym ograniczeniom, ale też jest prawnie dopuszczalne.
Prawdą jest wreszcie, że rzeczowe, handlowe podejście do prostytucji doprowadziło do poddania jej takim samym wymogom, jakie stawiane są wszelkiej innej działalności usługowej.
Kiedy na zadane na początku pytania odpowiada się nieco szerzej, widać, że holenderskie rozwiązania nie są wynikiem przesadnego hołdowania modzie na nowoczesność oraz bezmyślnego ulegania atmosferze rozwiązłości, ale próbą racjonalizacji problemów, których w innych krajach w ogóle się nie rozważa, bo katolickie społeczeństwa obłożyły je bezdyskusyjną klątwą. Kto ma jednak rację - zgorszeni Hiszpanie lub Polacy czy beznamiętnie rzeczowi Holendrzy?
Z filozoficznego punktu widzenia sprawa jest stosunkowo prosta, ale też rozwiązania, które filozofowie proponują, są zrozumiałe dla stosunkowo wąskiego grona osób. Mniej więcej od czasów Fryderyka Nietzschego filozofowie wołają, że pora przewartościować wszystkie wartości, bo te, które w dotychczasowej postaci miały pełnić funkcję nadrzędnych, bezdyskusyjnych matryc wytłaczających normy zachowania dla wszystkich ludzi w każdych okolicznościach, po prostu tej funkcji nie pełnią. Trzeba się zatem pogodzić z pewną zasadniczą niedogodnością naszego położenia w świecie: nie powinniśmy liczyć na to, że ktoś nam wartości najwyższe, z których wyprowadzimy normy bezspornie uniwersalne, po prostu objawi, albo że się ich dokopiemy w Biblii czy Koranie.
Próbowano naturalnie tę niedogodność ominąć. Filozofom pierwszej połowy naszego stulecia wydawało się, że wystarczy skrupulatnie przestrzegać poprawności logicznej wnioskowań oraz czujnie śledzić postępowanie przedstawicieli nauk przyrodniczych, by można było wiarę w Boga zastąpić wiarą w oświeceniowe ideały ludzkiego rozumu. Postawa taka przyniosła nam co prawda energię jądrową, ale nie uchroniła przed jej wojskowym wykorzystaniem. Jest bowiem jasne, że wartości nie są nam dane raz na zawsze, lecz bywają tworzone oraz zmieniane przez jednostki i zbiorowości w trakcie nader złożonych procesów historycznych. Holendrom nieco łatwiej przyszło się z takim stanem rzeczy pogodzić niż Hiszpanom albo Polakom, gdyż mimo dwureligijności (katolicyzm przeważa na południu, a protestantyzm na północy) ukształtowali się pod przemożnym wpływem protestantyzmu, który skłania do krytyczniejszej postawy wobec Kościoła oraz Biblii niż katolicyzm.
Nieco bardziej skomplikowane są okoliczności polityczne tolerancyjnych rozwiązań prawnych. W Holandii władzę sprawuje tak zwana fioletowa koalicja - przewagę ma w niej socjaldemokratyczna Partia Pracy premiera Wima Koka, ale nie byłaby zdolna rządzić bez liberałów oraz Demokratów 66, partii zrodzonej na fali niepokojów studenckich z drugiej połowy lat 60. Koalicja ta rządzi, powołując się na rozwodnioną wersję polityki trzeciej drogi oraz tak zwany model polderowy.
Koncepcję trzeciej drogi wymyślił rektor Londyńskiej Szkoły Ekonomicznej Anthony Giddens, a wyznaje ją gorliwie Tony Blair. W myśl tej idei należy zostawić walkę klasową w spokoju, gdyż tylko system kapitalistyczny zapewnia nieustanny rozwój, pomnażanie bogactwa oraz modernizację wszystkich dziedzin życia społecznego. Trzeba jednak dbać o to, by ci, którym się gorzej powodzi, nie stali się wyklętym ludem ziemi.
Model polderowy, który jest oryginalnym wkładem Holandii w myśl polityczną końca XX wieku (Bill Clinton prosił nawet premiera Koka o wykład na ten temat w Białym Domu), opiera się na ramowych umowach polityków, przedsiębiorców i pracowników, zawieranych przez ich organizacje, a także na tworzeniu różnorodnych płaszczyzn w celu nieustannego negocjowania kwestii spornych między tymi trzema grupami. W zamian za prawo do podejmowania decyzji wspólnie z pracodawcami pracobiorcy zgodzili się na niższe płace oraz ich powolniejszy wzrost. Dziś jednak ten model przeżywa kryzys: powściągliwość płacową trudno zachowywać, o czym świadczy obecny strajk na kolei. Na tym tle podejmowanie decyzji o zalegalizowaniu eutanazji czy małżeństw homoseksualnych ma charakter spektaklu politycznego, mającego odświeżyć zszarzały image fioletowej koalicji.
Najtrudniejsza jest jednak kwestia obyczajowa. Czy potrafimy się godzić, tolerować, żyć w zbiorowości, która pozwala pomagać samobójcom, normalnie współżyć homoseksualistom, legalnie otwierać domy publiczne albo zażywać łagodne narkotyki? Wybitny pisarz holenderski Rudy Kousbroek napisał kiedyś, że Holendrzy są sobie doskonale obojętni i to właśnie nazywają tolerancją. Ludziom pełnym misjonarskiego zapału trudno się pogodzić z tym, że ktoś chce żyć w myśl zasad, które go niechybnie skażą na potępienie wieczne. Ale misjonarski zapał przestał rozpalać Europejczyków już u schyłku wojen krzyżowych. Dziś już mało kto próbuje jako zwykły obywatel nawracać drugiego na jedynie słuszne normy zachowań wyprowadzane ze świętych tekstów, zostawiając to zadanie duchownym. Czy jednak w ślad za tym idzie przekonanie, że jeśli pozwolimy umierać inaczej, kochać inaczej albo upajać się inaczej, nikomu nic się z tego powodu nie stanie?
Jednostki i zbiorowości, które przechwalają się swoją nietolerancją oraz upierają się przy tym, żeby dyktować każdej mniejszości recepty na śmierć, miłość i używki, skazują się na drugorzędność, na rolę biernych obserwatorów fascynującej, otwartej przygody ludzkości. Naturalnie, można powiedzieć: "Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś spokojna", z góry ją odcinając od wszelkich swobód, ale rachunki za taką postawę przyjdzie płacić długie lata. Na przykład w postaci marginalizacji w Unii Europejskiej albo wręcz poza nią.

Więcej możesz przeczytać w 16/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1