Co słychać w Krakowie?

Co słychać w Krakowie?

Dodano:   /  Zmieniono: 
W cieniu wąsów Franciszka Józefa zawsze żyło się bardziej swobodnie niż w Warszawie. Pisanie felietonów we "Wprost" ma tę dodatkową zaletę, że znowu mam częstszy kontakt z Warszawą. Warszawa jest moim miastem macierzystym, bo w niej spędziłem całą okupację niemiecką, studiowałem na tutejszym uniwersytecie, a potem wiele lat pracowałem w Bibliotece Narodowej.
Do Krakowa przeniosłem się 40 lat temu, co jest wystarczającym okresem, by stać się krakauerem. Określenie to wywodzi się z czasów galicyjskich, gdy to królewskie miasto stało się również miastem cesarskim w granicach monarchii austro-węgierskiej. Cesarz Franciszek miał wielkie sumiaste wąsy i w cieniu tych wąsów żyło się bardziej swobodnie, patriotycznie i cyganeryjnie niż w rusyfikowanej Warszawie.
Ślady tych różnic przetrwały do dzisiaj. Wystarczy wsiąść w ekspres czy InterCity pokonujące w dwie i pół godziny odległość między dwoma miastami, by odczuć różnice klimatów życia w obydwóch polskich stolicach. Na dworzec w Krakowie idę zawsze pełnym powagi i namaszczonym krokiem, zaś w Warszawie wybiegam staruszkowatym kłusem, goniąc jakiś autobus. I otacza mnie natychmiast aura znana z lat młodych, bo choć wszystko się zmieniło, atmosfera życia jest taka sama. Może to ten wiatr z równin? Gdy wyjdę na Rynek w Krakowie, bez ustanku albo ja się komuś kłaniam, albo mnie się ktoś kłania. W domach starszych rodzin, gdy ktoś wbił gwóźdź w ścianę i powiesił na nim wiek temu portret przodka albo kopię obrazu Kossaka, to owa ściana i gwóźdź trwają triumfalnie nadal, drwiąc z niestałości epok i przypadków losu. Jest to różnica nie tylko w stosunku do Warszawy, ale i większości dużych miast Polski. Dlatego pewnie do Krakowa podążają roje turystów z całego kraju i każdy z nich chce nakarmić gołębie na Rynku i wysłuchać hejnału. Pod kościołem Mariackim jakiś cwany facet postawił budkę i z pieczęcią w ręku stempluje zaświadczenia wysłuchania trębacza na wieży. Oczywiście za opłatą.
Za Trzeciej Rzeczypospolitej miasto niezmiernie wzbogaciło swoją ofertę turystyczną, jak to się dzisiaj nazywa. W odróżnieniu od PRL-owskich blokowisk tu nie trzeba było przystosowywać domów do kapitalistycznego handlu i wyszynku. Kapitalizm panował tu już za Jagiellonów. Swoją funkcję zmieniły jedynie średniowieczne piwnice, przeistaczając się z magazynów na gorzałę w galerie, restauracje, kawiarnie i piwiarnie.
Od 21 lat królewsko-cesarskie miasto stało się dodatkowo papieskim. To jeszcze silniej zaważyło na dobrym samopoczuciu mieszkańców. Więcej grzeszą, bo uważają, że mają taryfę ulgową w niebie. W kawiarni Biały Orzeł na Rynku moi stali kompani powiadają, że cała Polska dziś okropnie grzeszy i dlatego niedawno, po stu latach pracy, pękło na wieży wawelskiej katedry serce Dzwonu Zygmunta. Przeszczepiono mu parę dni temu nowe. Nie oddano jednak Kopernikowi na pomniku przed Uniwersytetem Jagiellońskim skradzionej mu z rąk kuli astrolabium.
Kiedy przyjeżdżam do Warszawy i pytają mnie, co słychać w Krakowie, odpowiadam: hejnał mariacki. Poczem pogrążam się w anonimowym tłumie, w którym nikt się nikomu nie kłania.
Więcej możesz przeczytać w 16/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0