Poczytalni niepoczytalni

Poczytalni niepoczytalni

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Najgroźniejsi przestępcy symulujący choroby psychiczne, a także bandyci uznani za niepoczytalnych i z tego powodu nie podlegający odpowiedzialności karnej, nie będą już izolowani w szpitalach psychiatrycznych. Dotychczas bez problemu mogli z takiej placówki uciec lub wyjść na przepustkę, po czym popełniali kolejne przestępstwa, łącznie z zabójstwami, i wracali na oddziały.
 Problem jest o tyle istotny, że w ostatniej dekadzie przez szpitale psychiatryczne przewinęło się około 1500 sprawców groźnych przestępstw, z których wielu zdobywało "żółte papiery", uwalniające ich od odpowiedzialności karnej. Nowe przepisy, opracowane przez resorty zdrowia i sprawiedliwości, przewidują, że teraz sądy zaczną kierować takie osoby do ośrodków przypominających swego rodzaju "twierdze".

1500 groźnych przestępców znalazło w latach dziewięćdziesiątych azyl w szpitalach psychiatrycznych


Przymusowe umieszczenie w zakładzie zamkniętym stosuje się wobec sprawcy przestępstwa, który z powodu "choroby psychicznej, upośledzenia umysłowego lub innego zakłócenia funkcji psychicznych nie mógł w czasie czynu rozpoznać jego znaczenia lub pokierować swoim postępowaniem" (art. 31 par. 1 kodeksu karnego). Osoba niepoczytalna, która dopuszcza się czynów o "wysokiej społecznej szkodliwości", musi być nie tylko leczona, ale także izolowana od społeczeństwa. Gdy tak się nie dzieje, giną przypadkowi ludzie, płoną budynki. W centrum Radomia obłąkany mężczyzna zabił nożem przechodnia, a trzy inne osoby ciężko ranił. W Gdyni schizofrenik zabił śpiące w wózku niemowlę. W Szczecinie niepoczytalna kobieta zamordowała nauczycielkę akademicką, a kolejna podpaliła szpital kliniczny. Ewakuowano sześćset osób. Remont budynku kosztował 220 mln zł.

Szpitalna twierdza
Niepoczytalni przestępcy trafiają teraz do regionalnych ośrodków psychiatrii sądowej tzw. maksymalnego zabezpieczenia. Są one wzorowane na placówkach amerykańskich i holen-derskich. Placówki takie utworzono w Starogardzie Gdańskim, Gostyninie i Branicach. Sądy kierują do nich głównie zabójców i notorycznych uciekinierów z innych zakładów psychiatrycznych (spośród umieszczonych każdego roku w zakładach 850 chorych, którzy popełnili przestępstwa, ucieka 7 proc.).
Szpitale maksymalnego zabezpieczenia, w których przygotowano 200 miejsc, otoczone są sześciometrowym, gładkim murem. Za pomocą kamer telewizyjnych prowadzony jest całodobowy monitoring. Placówki wyposażono w system alarmowy, ostrzegający przed nie kontrolowanym otwarciem drzwi i okien.
- Lekarze i sanitariusze otrzymali indywidualne urządzenia alarmowe. Niektórzy pacjenci będą tu przebywać do końca życia. Ucieczka jest mało prawdopodobna, chociaż niczego nie można wykluczyć - podkreśla dr Leszek Ciszewski, dyrektor Regionalnego Ośrodka Psychiatrii Sądowej w Starogardzie Gdańskim. - Na wyposażenie pawilonów w systemy bezpieczeństwa wydaliśmy 6 mln zł - dodaje dr Ryszard Wardeński, dyrektor ROPS w Gostyninie.

Brama do wolności
Szpitale maksymalnego zabezpieczenia zatrudniają zawodowych ochroniarzy. Nie mają oni jednak ani broni z ostrą amunicją, ani nawet gazów paraliżujących. Pracownicy ochrony muszą postępować zgodnie z przepisami wynikającymi z ustawy o ochronie zdrowia psychicznego, a nie z ustawy o służbie więziennej. Dopuszczalnymi środkami przymusu pozostają więc izolatka i kaftan bezpieczeństwa. - Tymczasem do regionalnych ośrodków psychiatrii sądowej będą trafiać przestępcy podlegający obserwacji psychiatrycznej. Większość z nich to ludzie zdrowi, symulujący zaburzenia psychiczne - mówi dr Ciszewski.
Przestępcy symulujący niepoczytalnoć traktują szpital jak bramę na wolność. Dariusz H. i Stanisław Sz. z gminy Torzym oraz pochodzący z Polkowic Adam Cz., aresztowani za napady rabunkowe, uciekli ze szpitala w Gorzowie Wielkopolskim, mimo że w zakładzie tym utworzono oddział zwiększonego zabezpieczenia - z kratami i elektronicznymi systemami monitorowania i bezpieczeństwa, ale bez dozoru pracowników ochrony. - Ze szpitala w Gorzowie uciekał, kto chciał i kiedy chciał. Rekordzista oddalał się sześć lub siedem razy, wychodząc za bramę krótko po dowiezieniu go do tej placówki. Ucieczki się skończyły, gdy trafił do Gostynina - zauważa sędzia Maciej Strączyński, przewodniczący III Wydziału Karnego Sądu Okręgowego w Szczecinie. Podobnie działo się w innych szpitalach. Biznesmen S., podejrzany o wielomilionowe wyłudzenia podatku VAT, umieszczony na dwa miesiące w szpitalu w Kobierzynie, spędził tam zaledwie dwa dni.

"Żółte papiery"
Pracownicy Wydziału ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Okręgowej w Szczecinie ustalili, że przebywający na obserwacji w Gorzowie gangsterzy wielokrotnie wychodzili na długie przepustki, udzielane im już po dwóch dniach od przyjęcia do szpitala. - Skierowaliśmy do sądu akt oskarżenia przeciwko Marii S-P., ordynator jednego z oddziałów gorzowskiego szpitala. Postawiliśmy jej zarzut poświadczania nieprawdy w historii choroby kilku przestępców - mówi prokurator Aldona Lema. Według dokumentów, znajdowali się oni na badaniach, podczas gdy w rzeczywistości przebywali na przepustkach.
Bez zgody sądu przepustki udzielono Wiesławowi J. (ps. Picek), podejrzanemu o usiłowanie zabójstwa. Picek trafił z aresztu do szpitala dzięki opinii psychiatrycznej doktora Ł., ówczesnego ordynatora oddziału psychiatrii w szczecińskim areszcie śledczym. Podczas przepustek Picek popełniał kolejne przestępstwa. Z przepustek wystawianych przez Marię S-P. korzystał również Janusz Gołębiowski z Międzyzdrojów (ps. Gołąb), skazany niedawno na siedem lat pozbawienia wolności za przemyt i handel narkotykami oraz na osiem lat za przestępstwa popełnione w gangu Marka Medveska, ps. Oczko. - Gołębiowski przez lata był nietykalny. Chroniły go "żółte papiery" wystawione w poznańskim i szczecińskim areszcie oraz w szpitalu w Gorzowie. Chwytał go UOP, chwytała policja, ale lekarze konsekwentnie zapewniali mu wolność - opowiada oficer Centralnego Biura Śledczego. Innym pacjentem dr S-P. był Sylwester O. (ps. Sylwek), rzekomo cierpiący na schizofrenię. Przed dwoma tygodniami szczecińska prokuratura oskarżyła go o wymuszenia, porwania biznesmenów, handel narkotykami i udział w grupie przestępczej o charakterze zbrojnym.

Zaburzenia reaktywne
Najgroźniejsi przestępcy nie będą kierowani na obserwację do szpitali psychiatrycznych, nawet tych posiadających specjalne zabezpieczenia, lecz na oddziały w aresztach śledczych (jest ich w Polsce sześć). Stało się tak już z Januszem T., ps. Krakowiak. - Podczas śledztwa Janusz T. był wielokrotnie badany przez psychiatrów. Biegli nie mieli wątpliwości co do jego poczytalności. Prawdopodobnie Krakowiak zrozumiał, że gra toczy się o jego przyszłość, gdyż grozi mu dożywocie, dlatego teraz cierpi na "zaburzenia reaktywne" - mówi prokurator Leszek Goławski z Prokuratury Okręgowej w Katowicach. - Nawet gdyby Janusz T. symulował, nie można mieć o to do niego pretensji, widać taką linię obrony przyjął. Nie zwalnia go to jednak od odpowiedzialności karnej - zauważa biegły psychiatra, dr Jerzy Pobocha. - Nieporozumieniem byłoby umieszczanie tak groźnego przestępcy w szpitalu, nawet najlepiej strzeżonym, gdyż jego pozostający na wolności kompani na pewno zorganizowaliby mu ucieczkę.

Depresja udawana
Z doświadczeń psychiatrów wynika, że najczęstszą przypadłością przestępców jest w ostatnich latach "depresja udawana": badany udaje, że cierpi na depresję, a lekarz udaje, że ją dostrzega. Im większe zagrożenie karą, tym głębsza depresja. Podejmowane przez nich próby samobójcze mają charakter bezpiecznej demonstracji (myśli samobójcze to jeden ze sposobów na wydostanie się z aresztu do szpitala psychiatrycznego).
W udawaniu depresji wyspecjalizowali się również narkotykowi przemytnicy oraz biznesmeni oskarżeni o wielomilionowe wyłudzenia kredytów i podatku VAT. Wszyscy przed aresztowaniem wykazywali dużą odporność psychiczną, prowadzili interesy, organizowali sprawnie działające grupy przestępcze. Chorować zaczęli dopiero za kratami. Na depresję cierpi na przykład Mirosław Stajszczak, skazany na trzy lata więzienia za próbę przekupienia oficera UOP. Na depresję zapadł także Marek K., oficer UOP, skazany na dwa lata pozbawienia wolności za ujawnienie Stajszczakowi tajemnicy państwowej (od kilku tygodni jest już w więzieniu).
Specjalne oddziały psychiatryczne i nowe zasady postępowania z "niepoczytalnymi" gangsterami nie wyeliminują ani symulowania chorób, ani bezpodstawnego wystawiania "żółtych papierów" przez psychiatrów. Oni także mogą uważniej prowadzić obserwację, uniemożliwiając symulantom prowadzenie podwójnego życia: innego pod okiem kamery, innego na osobności. Nowe zasady postępowania z osobami niebezpiecznymi mogą ponadto sprawić, że szpitale psychiatryczne przestaną być azylem dla groźnych bandytów.

Więcej możesz przeczytać w 17/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 1