Nieśmiertelna blondynka

Nieśmiertelna blondynka

Dodano:   /  Zmieniono: 
Monroe to kwintesencja amerykańskiego mitu gwiazdy, która sprzedaje siebie niczym agent handlowy . Co jakiś czas pojawiają się książki i filmy sugerujące, że ich twórcy posiedli wiedzę na temat życia i śmierci boskiej Marilyn. "Blondynka" autorstwa Joyce Carol Oates jest ich zaprzeczeniem. Oparta na historii życia Marilyn Monroe fabularyzowana powieść to fascynująca współczesna baśń o Kopciuszku, który przeistaczając się w królewnę, płaci za to najwyższą cenę.

Pół wieku temu zawładnęła wyobraźnią milionów. Jej imieniem nazwano jedną z gwiazd. Od 20 lat w Ameryce organizowany jest konkurs na sobowtóra MM. W londyńskim gabinecie figur woskowych Madame Tussaud zwiedzający najdłużej zatrzymują się przed postacią Marilyn Monroe. Strumień ciepłego powietrza podwiewa jej sukienkę jak w słynnej scenie ze "Słomianego wdowca" Billy’ego Wildera. Nie zagroziły jej pozycji w dziejach kinematografii współczesne seksbomby - może dlatego, że żadna z nich nie umiała połączyć w sposób równie perwersyjny spontanicznej naiwności ze zmysłowością. Truman Capote mawiał, że Marilyn przypomina kolibra w locie, którego poezję utrwalić może wyłącznie kamera. Joshua Logan nazywał ją "czystym kinem". I miał rację, bo na ekranie częściej niż słowem grała ustami, mimiką, sposobem poruszania się. Do historii przeszedł jej chód, kołysanie biodrami, rozchylone usta, półprzymknięte powieki. "Wnosiła na ekran autentyczną intymność, dzięki której mężczyzna mógł się czuć dumny, że jest mężczyzną" - oceniał Clark Gable po pracy nad ostatnim dla obojga filmem "Skłóceni z życiem" Johna Hustona, w którym MM stworzyła swoją najważniejszą kreację dramatyczną.

Blondynka wszech czasów
W swojej książce Oates najobszerniej opowiada o tym, jak nastoletnia Norma Jean Baker dojrzewała do roli seksbomby. Opowiada w sposób fascynujący, uciekając od stereotypów w interpretowaniu historii jej życia. Nie opisuje jednostkowego losu, traktując Marilyn jako uosobienie mitu. "Amerykanie nie mają żywotów świętych, ale mają za to mity laickie, między innymi Marilyn Monroe. Kino jest bowiem amerykańską religią" - wyjaśnia Oates w jednym z wywiadów. Niezwykłość książki bierze się także z dokonanego przez autorkę formalnego zabiegu. Decydując się na pisanie sfabularyzowanej powieści, uznała bowiem, że jej bohaterka to postać historyczna - jak John Kennedy czy Franklin Roosevelt. Podążając tym tropem, odwołała się do znanych tytułów z bohaterami historycznymi na pierwszym planie. Postąpiła podobnie jak Szekspir, który swoim postaciom przypisywał język poetycki. Dlatego właśnie język jej opowieści w niczym nie przypomina języka biografii - przesycony jest porównaniami i metaforami przynależnymi poezji. Sugestywnie pokazuje, jak wiele Monroe gotowa była poświęcić, by być kochaną przez wszystkich.

Norma Baker zmienia imię
Powieść rozpoczyna się metaforycznym opisem sceny śmierci, po nim jednak wkraczamy w świat dzieciństwa Normy, w którym niezrównoważona psychicznie matka nieustannie rani i upokarza nadwrażliwą, śliczną dziewczynkę. "Deficyt uczuciowy" Marilyn wyniosła z dzieciństwa. To bodaj najważniejszy wątek powieści, przy tym najmniej znany (bo smutny i mało efektowny) okres jej życia.
Psychologowie są zdania, że największe zło wyrządzane dziecku nie niszczy jego psychiki tak jak nieprzewidywalność zachowań najbliższych. Że nic równie skutecznie nie wyzwala poczucia niższości, kompleksów. Porzucana i odbierana, przytulana i odpychana Marilyn na zawsze miała pozostać bezbronnym, bezradnym dzieckiem. To, co na ekranie stanowiło potem jej wielką siłę, w życiu stało się przyczyną klęski. Obsesyjnie pragnęła odnaleźć ojca, którego tożsamości matka nie chciała zdradzić. Szukała go w każdym mężczyźnie, z którym była związana, niezmiennie do narzeczonych i mężów mówiąc "tatuśku". Zmieniała kochanków, nie przestając jednak marzyć o tym jedynym. Kilku z nich darzyła wielką miłością, choćby Chaplina juniora czy Roberta Mitchuma, który jednak potraktował związek z nią jak przygodny romans. Marzyła, by spełniać się jako matka. To marzenie nigdy jednak nie miało się ziścić. Co ciekawe, nie dane jej było matkować także na ekranie. Najwyraźniej producenci nie chcieli, by zwyczajne życie stało się udziałem bogini ekranu. Najgłośniejsze jej filmy - "Pół żartem, pół serio" czy "Mężczyźni wolą blondynki" - przypieczętowały ten wizerunek.

Femme fatale ť rebours
Oates odtwarza prawdziwe zdarzenia z życia Marilyn, ale zamierzeniem autorki nie jest detaliczna wierność faktom. Ważniejsze jest oddanie klimatu wydarzeń, pokazanie ich psychologicznych skutków. "Blondynka", zachowując cechy klasycznego "czytadła", pozostaje świetnym studium psychologicznym kobiety-dziecka.
W powieści - jak na ekranie - Marilyn to uosobienie femme fatale ť rebours. Mając wygląd rasowej uwodzicielki, grywała przecież niemal wyłącznie nieskomplikowane dziewczyny, marzące o księciu z bajki i wielkiej miłości. Była zaprzeczeniem zimnego, niedostępnego wampa, jakiego wcześniej wykreowały Marlena Dietrich czy Greta Garbo. I choć jej prywatny wizerunek różnił się od ekranowego, z czasem dystans między nimi malał, by wreszcie zupełnie zaniknąć. Utożsamianie życia i twórczości to w końcu jeden z najważniejszych warunków powstania legendy. Kreowanie samej siebie wpędziło ją jednak w pułapkę. Pisarz Arthur Miller, twórca "Czarownic z Salem", trzeci mąż aktorki, jest zdania, że było to główną przyczyną dramatycznego finału. Uosabiała mit beztroskiej, słodkiej kobietki, w którym nie było miejsca na cierpienie czy ból. By mu sprostać w życiu, nauczyła się skrywać prawdziwe uczucia. Rozpacz z powodu kolejnych poronień, depresje spowodowane rozpadem nieudanych związków chowała głęboko, ratując się alkoholem, proszkami uspokajającymi. Dla otoczenia pozostawała uosobieniem radości i beztroski, jakby jej życie było niewyczerpanym źródłem przyjemności. "Jak gdyby przykleiła się do ekranu. Nie miała prawa być nieszczęśliwa. Widzowie by sobie tego nie życzyli" - napisał Miller w autobiografii. Próbowała się buntować, domagając się innych ról. Na próżno. W końcu dała za wygraną, pojmując, że aby być kochaną, musi pozostać ową przymilną i uległą istotką. Uroda, talent i niepowtarzalny seksapil oddalały ją przy tym od zwykłych śmiertelników. Nimb niezwykłości sprzyjał budowaniu legendy. "Nie byłam sobą, poddana konieczności jak sile ciążenia. Nie sposób się jej oprzeć. Próbowałam, lecz nie mogłam" - żaliła się. Prawo do bycia Normą Jean Baker odebrano jej, tytułując najbardziej pożądaną kobietą świata, "boską Marilyn". "Nie uwierzylibyście, jak nudne jest bycie symbolem seksu" - mówiła.

Jak umierają nieśmiertelni
Nienawidziła swojego pseudonimu, podobnie jak nie cierpiała platynowego odcienia, jaki nadano jej włosom. Marzyła, by zagrać Gruszeńkę z "Braci Karamazow", ale w jej ręce trafiały wyłącznie scenariusze powielające wizerunek głupiutkiej laleczki z dużym biustem. A przecież była świetną aktorką komediową, w filmie Hustona udowodniła też talent dramatyczny. Miała niebagatelny atut - charyzmę, przykuwała uwagę nawet w epizodach.
W powieści Oates - wbrew najnowszym rewelacjom na temat okoliczności śmierci aktorki (Anthony Summers w "Bogini" usiłuje dowieść, że zamordowano ją na polecenie Kennedych) - Marilyn umiera śmiercią samobójczą. Według pisarki, już wcześniej próbowała się zabić. Ogarnięta obsesyjnym lękiem, iż czeka ją los matki, ubezwłasnowolnionej w zakładzie psychiatrycznym, wypatrywała u siebie objawów szaleństwa. Oates jest zdania, że to związek z Kennedym popchnął ją do samobójstwa. Zakochana bez pamięci, mała, zalękniona dziewczynka, zdradzona i wykpiona, ogłosiła światu: "Tak naprawdę nigdy nie uwierzyłam, że zasłużyłam, by żyć". 8 sierpnia 1962 r. znaleziono ją martwą w jej bungalowie. Oficjalny komunikat brzmiał: przedawkowanie nembutalu. W raporcie koronera znalazło się słowo "samobójstwo". Jej przyjaciel, poeta Norman Rosten, napisał poemat oskarżający jej fanów, kochanków, nawet agentów FBI o doprowadzenie jej do śmierci. Amerykę opanowała zbiorowa histeria. Śmierć przypieczętowała legendę Marilyn. Przedwczesna i tragiczna uczyniła ją nieśmiertelną. Kult śmierci za młodu, tak bliski kulturze masowej, przydał mitowi MM patyny, utrwalił jej pozycję w panteonie symboli XX wieku.
"Ze sławą jest jak z kawiorem: jest smaczny, ale nie da się go jeść przy każdym posiłku - mawiała Marilyn. - Powtarzałam sobie więc: żegnaj sławo, byłaś dla mnie doświadczeniem, lecz nie byłaś moim życiem". Nie miała jednak racji. Ćwierć wieku po jej śmierci wielbiciele wciąż piszą do niej listy. Jeden z nich wsławił się publikacją "MM. Życie po życiu", w której dowodził, że Marilyn żyje pod przybranym nazwiskiem na jednej z japońskich wysp. Zupełnie jak Elvis Presley, James Dean i Jim Morrison. Taka już dola nieśmiertelnych...

Więcej możesz przeczytać w 17/2001 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0