Wybite szyby

Wybite szyby

Społeczność, w której nikt nie pilnuje porządku, ulega degradacji i może być podatna na inwazję przestępców. Artykuł pod takim tytułem, opublikowany prawie przed dwudziestu laty przez Wilsona i Kellinga (amerykańskich badaczy przestępczości), robi teraz karierę w polskich mediach. Dołączony został jako aneks do książki pod tytułem "Przełom. Jak szef policji nowojorskiej powstrzymał epidemię przestępstw", w której legendarny glina Bill Bratton z pomocą Petera Knoblena przedstawił historię swego życia.
 Nie każdy ma siłę i czas, aby przebrnąć przez biografię Brattona. Łatwiej sięgnąć do krótkiego aneksu, zawierającego niezbyt trudny esej popularnonaukowy.
Esejem tym zachwycał się niedawno Stefan Bratkowski w "Rzeczpospolitej" oraz redaktorzy "Życia" i ich rozmówcy (w cyklu poświęconym problematyce przestępczości). Tekst Wilsona i Kellinga był swego czasu sensacją w Stanach Zjednoczonych. Najważniejszy wniosek, jaki z niego wynika, można sprowadzić do prostego twierdzenia: współczesna policja - zaabsorbowana głównym zadaniem, czyli wykrywaniem przestępstw i ściganiem przestępców - zaniedbała swoją historycznie wcześniejszą i ważną funkcję, polegającą na pilnowaniu porządku. Teza ta, sformułowana na podstawie doświadczeń amerykańskich, ma charakter dość uniwersalny, bo wydaje się trafna również w naszych warunkach, mimo odmienności historycznej i naszych doświadczeń z totalitaryzmem. Nie chcę się za bardzo mądrzyć, ale zaryzykuję twierdzenie, że gdyby Wilson i Kelling znali Warszawę z lat 50. lub 60., byliby zadowoleni. Ówczesna milicja z dużym powodzeniem łączyła funkcję ścigania przestępców z pilnowaniem porządku. Nie było to jednak nic osobliwego, bo to samo można powiedzieć o policji przedwojennej, uchodzącej za jedną z najlepszych w Europie. Podobnie było pewnie pod zaborami, ale to już zbyt odległe czasy.
Z pewnością Amerykanom nie chodzi o wprowadzenie u siebie totalnej kontroli policyjnej. Wskazują raczej szkody, jakie powoduje zaniedbanie funkcji porządkowej - pogardzanej roli stójkowego, "krawężnika" czy dzielnicowego. Społeczność, gdzie nikt nie pilnuje porządku, ulega degradacji i może być podatna na inwazję przestępców. Podobnie jak dom pozostawiony bez opieki, w którym jedna stłuczona i nie wstawiona szyba zwiastuje, że wkrótce wszystkie będą wybite. Jeżeli nikt nie reaguje na wałęsających się pijaczków, bankietujących i załatwiających swoje potrzeby przed sklepami, w bramach, na klatkach schodowych lub w parkach, wielu ludzi może się czuć nieprzyjemnie, a musi się z tym pogodzić. Młodzi chuligani i kandydaci na przestępców uważają się za lepszych od zwykłych "stojaków" i gdy zbierają się w grupie, są o wiele bardziej hałaśliwi i groźni. Spokojni, zajęci pracą i domem mieszkańcy okolicy niezbyt chętnie wychodzą na ulicę. Uświadamiają sobie bolesną prawdę, że nikt już nie pilnuje porządku.
Pamiętam, że w czasach mojego dzieciństwa w PRL ktoś jednak tego porządku pilnował. Nie chcę już mówić o prehistorii wielkiego miasta, kiedy można było nie zamykać domów ani samochodów. My też, jako dzieciaki z okolicy, a później młodzieńcy, mieliśmy ochotę do rozróby, ale z wielkim respektem traktowaliśmy przynajmniej dwóch gliniarzy o charakterystycznym wyglądzie, którzy zadziwiająco często wyrastali jak spod ziemi, gdy zaczynało nam być za wesoło. Pamiętam ich do dzisiaj, a i oni nas chyba też, bo jednego z nich nawet kiedyś spotkałem. Niestety, było to dwadzieścia lat temu.
Amerykańscy kryminologowie zadają pytanie, na które sami musimy odpowiedzieć: jak odzyskać utracone ulice, parki i inne miejsca publiczne i czy naszą policję stać na pilnowanie porządku? Ostatnio poseł Edward Wende przypomniał mi, że wielokrotnie i bezskutecznie proponował uruchomienie wspólnych patroli w składzie: policjant plus dwóch żandarmów. Tanio, legalnie i ładnie - ale ministrowie wciąż nie mogą się porozumieć. Widać doskonalą metody wykrywania przestępstw i ścigania przestępców. Nic to nie da, jeżeli nikt nie będzie pilnował zwykłego, prostego, codziennego porządku w najbliższym otoczeniu.
Okładka tygodnika WPROST: 17/2001
Więcej możesz przeczytać w 17/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0